FANDOM


Notka autora: Historia dzieje się miesiąc po wydarzeniach z „Too Shy for a Rainbow”. Fanfik ten wyjaśnia, czemu Rainbow Dash i Fluttershy są parą i pomaga lepiej zrozumieć kontekst. Jednakże, jeśli potrafisz po prostu zaakceptować to, że się spotykają, znajomość nie jest wymagana.

Rozdział 1Edytuj

- W jaki sposób to działa? – młoda klaczka wpatrywała się, zahipnotyzowana przez delikatną muzykę, pieszczącą jej uszy.

- Nie potrafię ci dokładnie powiedzieć – do jej uszu dobiegł kojący głos starszej klaczy, jak gdyby próbowała ją przytulić samymi słowami. Jej głos był cichy i delikatny. – Ale jest to coś w rodzaju instrumentu. Każda część w środku jest dobrze nastrojona i kiedy uderza o nie rdzeń, wydaje z siebie te delikatne dźwięki.

- Ale gra tylko jedną melodię... – powiedziała w zadumie młoda klaczka, nie odrywając wzroku, ciesząc się ciepłem siedzącej z nią klaczy. – I... brzmi trochę smutno... – pochyliła się w stronę większej postaci i ułożyła na niej swoją głowę.


- Tak, przypuszczam, że brzmi trochę smutno – starsza klacz uśmiechnęła się ciepło. Jej długa grzywa opadała na twarz klaczki. Mała lekko zachichotała, z powodu łaskoczących ją włosów, po czym odgarnęła je i uśmiechnęła się na widok pozytywki. – Ale ta pozytywka, ma dla mnie szczególne znaczenie. – Starsza klacz westchnęła radośnie.


- ... Lubię ją. – klaczka uśmiechnęła się, słuchając melodii z zamkniętymi oczami. Melodii, która łagodnie przepływała przez jej uszy. Uważała, że jest przepiękna.


- Proszę cię, pamiętaj zawsze... że cię kocham... – głos starszej klaczy zaczął cichnąć z tymi słowami.


- Wiem mamo... Też cię kocham. – Klaczka otarła się radośnie o swoją matkę. Starsza klacz ucichła. Cisza zawisła w powietrzu, wypełniana tylko delikatną, uspokajającą muzyką, dochodzącą z pozytywki.


-... Mamo? – młoda klaczka przerwała ciszę, ale tylko na chwilę. Mechanizm, wygrywający melodię zwolnił, nienaturalnie przeciągając każdy, pojedynczy dźwięk. - ... Mamo... – zawołała ponownie, podnosząc głowę i próbując spojrzeć na swoją matkę. Starsza klacz, nagle całkowicie zamilkła.


- Mamo... powiedz coś... – błagała klaczka, szturchając matkę kopytkami, próbując zwrócić na siebie uwagę. Ciało klaczy wydawało się stawać coraz zimniejsze, tuż przed tym, jak zachwiało się i upadło. Starsza klacz leżała na podłodze. Jej rozsypane na ziemi włosy, przypominały pajęczynę. Jej skóra zaczęła matowieć. Nieruchoma postać wyraźnie odznaczała się na ciemnym klepisku.


- Mamo! – krzyknęła klaczka, wciąż szturchając ją kopytkami, podczas gdy pozytywka ciągle zwalniała, rozmbrzmiewając w jej głowie dźwiękami, z których każdy z nich informował ją, że coś jest nie tak. Klaczka odsunęła się od matki i spojrzała na swoje kopytka. Kopytka pokryte krwią. Ciało klaczy zaczęło usychać, jednocześnie obficie krwawiąc.


- Mamo... Mamo... MAMO! – klaczka krzyczała, przez napływające do jej oczu łzy. Próbowała potrząsnąć matką, żeby ją obudzić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Melodia z pozytywki ucichła.

Ciało matki młodej klaczki zamieniło się w pył, który wkrótce rozwiał wiatr, nie pozostawiając po sobie nic, oprócz wsiąkającej w posadzkę, krwi.

Klaczka trzęsła się i płakała obfitymi łzami, które ściekały jej po policzkach. Dotknęła plamy krwi na podłodze, próbując poczuć choćby resztki ciepła, które powiedziałyby jej, że jej matka ciągle tam jest.

Krew była zimna, bez śladu jakiegokolwiek życia.

Pozytywka zaczęła ponownie wygrywać melodię, ale nie była to już ta przepiękna, smutna pieśń. Teraz słychać było syk potwornego dźwięku, jakby pudełko wypełniał rój pszczół. Klaczka spojrzała w ciemność, czując że całe jej ciało paraliżuje paniczny strach.


W mroku błysnęły czerwone oczy, zdradzając czyjąś obecność. Górowały nad klaczką, ciągle się przybliżając. Ciało istoty spowijał mrok. Ciemność drgała i spływała po jej ciele. Jej otwarte usta ukazywały ogromny otwór, w którym mieszały się jednocześnie biel i czerń. Obecność potwora przytłoczyła klaczkę; nie była w stanie się ruszyć, nie była w stanie oddychać. Była sparaliżowana, stojącą przed nią istotą. Jednym szybkim ruchem, potwór skrócił dzielący go dystans. 

Jego zęby zatopiły się w karku klaczki, unosząc ją i trzymając w górze, jakby była jakimś trofeum. Do płynących po jej twarzy łez, dołączyła teraz, ściekająca po jej ciele krew. Stwór zaryczał, po czym rzucił klaczką, na kupkę pyłu, który, jeszcze niedawno, był jej matką. Klaczka nie mogła zrobić nic, poza wpatrywaniem się w ciemność otaczającego ją Nawet ta ciemność zaczęła wkrótce zanikać, przysłonięta inną.

Pole widzenia klaczki zostało całkowicie wypełnione przez bestię. Jej poszarpane, białe usta, wyszczerzyły się w uśmiechu, po czym jeszcze raz zatopiły kły w twarzy klaczki.

Fluttershy obudziła się z krzykiem. Usiadła, dysząc ciężko i wpatrując się w swoją poduszkę, pośród otaczających ją ciemności. Na ramiona miała zarzucony koc, a całe jej ciało przesiąknięte było potem. Chłodne, nocne powietrze wypełniło jej płuca, które piekły ją z bólu. Położyła kopytko na twarzy i poczuła ślady świeżych łez. Czknęła cicho, próbując je wytrzeć i jednocześnie czując, że w kącikach jej oczu zbierają się nowe.

Coś poruszyło się pod pościelą obok niej i Fluttershy zamilkła, przysłuchując się biadoleniom budzącego się kucyka.

- Jeszcze jeden? – jęknęła Rainbow Dash, siadając po swojej stronie łóżka i przecierając oczy. – Który to już? Chyba z dziesiąty... – ziewnęła przeciągle, wyraźnie nieprzystosowana do bycia ciągle budzoną, w środku nocy.

- J-Ja... Ja... Ja... przepraszam... – czkała Fluttershy, zaciskając swe oczy, próbując desperacko powstrzymać nabiegające do jej oczu łzy. Jej ciało drżało. – C-Ciągle cię budzę... J-Ja... nie powinnam... prosić cię o w-wsparcie... – Fluttershy jąkała się, czując w gardle słowa, które nie potrafiły wydostać się z jej ust. Łzy rzęsiście płynęły spod jej zamkniętych powiek.

- Ech...- Rainbow położyła kopytko na twarzy. Przesunęła się na łóżku, po czym pocieszająco objęła kopytkiem ramiona swojej dziewczyny. Fluttershy pochyliła się ku piersi Rainbow i teraz cicho w nią łkała. – Oj Fluttershy, do tej pory powinnaś już wiedzieć, że mój sen nie jest tak ważny, jak to, żebyś ty czuła się dobrze – powiedziała cicho Rainbow, zniżając głowę bliżej Fluttershy. Żółty pegaz nic nie odpowiedział, tylko kontynuował swój cichy szloch. – Więc to, że spędzenie ostatnich kilku nocy u ciebie, nie pomogło na twoje koszmary, to nic takiego. To po prostu pokazuje nam, jak poważna jest to sprawa – powiedziała Rainbow, próbując zaoferować jej słowa pocieszenia. Nie potrafiła tego zbyt dobrze, ale starała się jak mogła.

Fluttershy, w odpowiedzi, potrafiła teraz tylko zakwilić. Koszmary przerażały ją – ledwo była w stanie zasnąć, wiedząc że one już tylko na nią czyhają w zakamarkach jej umysłu. Nie chciała dłużej spać, chciała wstać i nie przebywać dłużej w krainie snów, ale jej ciało było wyczerpane - żądało snu - mimo że jej umysł domagał się czegoś zgoła odmiennego. Ten wewnętrzny konflikt wywoływał u niej tylko więcej łez.

Rainbow wpatrywała się w mrok pomieszczenia, desperacko próbując znaleźć odpowiednie słowa, którymi mogłaby jakoś pomóc. ‘Gdybym tylko była mądrzejsza...’ – pomyślała Rainbow Dash.

Zupełnie jakby w umyśle Rainbow nagle zapaliło się światełko.

- Fluttershy, z samego rana pójdziemy do Twilight. Jestem pewna, że będzie ci mogła pomóc z tymi koszmarami, no wiesz, ma te wszystkie książki. Jestem pewna, że ma też coś, co pomogłoby ci na twoje problemy – mówiła Rainbow pewnym, aczkolwiek delikatnym głosem, upewniając się, że słowa trafiają do Fluttershy.

- ... Czy... czy naprawdę uważasz... że potrafi mi pomóc? – zapytała Fluttershy, wycierając twarz. Jej oddech stawał się coraz spokojniejszy.

- No jasne, że tak – powiedziała Rainbow, próbując dodać otuchy i ocierając się o Fluttershy. – W końcu to Twilight, nawet jeśli sama nie będzie potrafiła znaleźć odpowiedzi, może zapytać Celestii! Pozbędziemy się tych koszmarów, zanim się obejrzysz.

-... Dziękuję... – Fluttershy uśmiechnęła się ciepło; łzy przestały w końcu płynąć po jej twarzy.

- Hej, od czego ma się dziewczynę? – odpowiedziała Rainbow, całując Fluttershy w czoło.

- Jednak ciągle nie czuję, że mogłabym zasnąć... – powiedziała Fluttershy, wpatrując się w swoją poduszkę. Cały czas był środek nocy.

- ...Hmm... – zamyśliła się Rainbow. Nie wiedziała co na to odpowiedzieć. Wpatrywała się w sufit, zastanawiając się nad tym. Bezwiednie wzruszyła ramionami, gdy przez jej umysł przewinęła się pewna myśl. ‘Wydaje mi się, że teraz albo nigdy’.

- H-Hę? – powiedziała zmieszana Fluttershy po tym, jak została popchnięta na łóżko. Leżąc na plecach, zobaczyła nad sobą Rainbow, która pochyliła się w kierunku Fluttershy i pocałowała ją namiętnie.

- Nie martw się; zabiorę twój umysł daleko od tych koszmarów, więc będziesz mogła w końcu się zrelaksować. – Rainbow uśmiechnęła się, intensywnie się rumieniąc. Fluttershy również się zarumieniła, zaskoczona, ale w jej oczach widać było przyzwolenie. Zamknęła oczy, a ich wargi spotkały się ponownie.

- Nie powinnaś przeganiać chmur? – zapytała Fluttershy, ziewając, gdy wraz z Rainbow przechodziły przez miasteczko. Po niebie wędrowały ospale tylko nieliczne chmurki, z rzadka przysłaniając przyjemnie grzejące słońce.

- To jest ważniejsze – powiedziała Rainbow, delikatnie głaszcząc Fluttershy po głowie. – Mogę je przegonić w dziesięć sekund. Najpierw musimy pomóc tobie – uśmiechnęła się.

- Chyba tak... – Fluttershy przetarła oczy, ciągle próbując usunąć resztki senności. Z braku snu, zaczynała dostawać worków pod oczami, ale nie było to nic poważnego.

- Chyba na pewno! To dużo ważniejsze – powiedziała Rainbow, starając się zwiększyć pewność siebie swojej dziewczyny. – Po prostu skup się na tym, żebyś poczuła się lepiej. Wszystko inne może zaczekać.

- Poczuła lepiej? Fluttershy jest chora? – Rainbow Dash i Fluttershy zatrzymały się i zobaczyły za sobą Pinkie, która stała tam, trzymając kosz wypełniony listami.

- Och, hej Pinkie Pie. - powitała ją Rainbow, posyłając jednocześnie uśmiech swojej różowej przyjaciółce – I nie, nie jest tak naprawdę chora. Po prostu ostatnio miewa naprawdę złe koszmary, więc idziemy do Twilight zobaczyć, czy może coś na to poradzić.

Cisza, która zapadła na moment, była praktycznie ogłuszająca. Koszyk wypadł z kopytek Pinkie, uderzając w ziemię z głośnym łomotem, rozsypując dookoła listy.

- K-K-K-K-Koszm-mary? – z widocznym szokiem na twarzy, wyjąkała Pinkie.

- Yyy, Pinkie, upuściłaś kosz – wskazała na niego Rainbow.

- Nie ma na to czasu! – powiedziała Pinkie, szybko przysuwając się do Fluttershy. Obeszła ją dookoła, lustrując uważnie spojrzeniem. Żółty pegaz lekko cofnął się przed Pinkie, wpatrującą się prosto w jej oczy. – Jak złe są te koszmary? Jak długo już je masz?

- S-Są... okropne... – pisnęła Flutterrshy, przestraszona zaaferowaniem Pinkie. – Przez ostatnie półtora tygodnia budzę się z krzykiem... Myślałam, że obecność Rainbow Dash mogłaby pomóc mi je odgonić, ale one ciągle mnie nachodzą... więc Rainbow zasugerowała, że powinnyśmy pójść do Twilight.

Pinkie patrzyła na Fluttershy, z otwartymi ustami. Fluttershy zaczęła się delikatnie pocić, nie mogąc pojąc, co dzieje się teraz w głowie różowego kucyka. Pinkie przez chwilę wyglądała bardzo poważnie, po czym odwróciła głowę od Fluttershy, zupełnie jakby rozważała coś w swoim umyśle.

- ... No tak... pójście do Twilight, jest naturalnym porządkiem rzeczy – mruknęła Pinkie pod nosem.

- ... Pinkie Pie, o co chodzi? Zachowujesz się dziś nawet dziwniej, niż normalnie. – Rainbow spojrzała na Pinkie, zmieszana jej zachowaniem.

- ...To nic takiego – skłamała Pinkie, cofając się o krok od Fluttershy. – Ale mam zamiar iść do Twilight z wami. – Zabrzmiało to bardziej jak żądanie, niż jak propozycja.

- O-Och, nie, w-w porządku Pink-

- Idę. Z. Wami. – przerwała Pinkie tonem, nie dopuszczającym odmowy.

- W-W porządku... – pokornie zgodziła się Fluttershy. Pinkie pokiwała głową i ruszyła przodem, w kierunku domu Twilight.

Rainbow Dash spojrzała na rozrzucone na ziemi listy. Podniosła je i spojrzała podejrzliwie na różowe koperty.

- Co w nią wstąpiło? – spytała Fluttershy, zmieszana tym, co się stało.

- Nie wiem... ale dla tego porzuciła zaproszenie nas na przyjęcie. – Rainbow pokazała jej kopertę.

- ... Łał... To JEST poważne – stwierdziła Fluttershy, nie kryjąc zdziwienia.

- Hej! Chodźcie, musimy dostać się do Twilight, natychmiast! – Pinkie Pie zawołała obydwie klacze, gdy zorientowała sie, że nie ruszyły za nią od razu.

- ... Myślę, że najlepiej będzie, jeśli będziemy robić to, co mówi – powiedziała Rainbow, nie chcąc nawet myśleć, co mogłaby uczynić poważna Pinkie Pie.

- Racja – Fluttershy przytaknęła i obydwie szybko podążyły za Pinkie.

- O, hej Pinkie P-

- Twilight, mamy tu poważny problem. – Pinkie wtargnęła do domu Twilight, nie dając purpurowemu jednorożcowi szansy na powitanie. – I mam na myśli, że problem jest tak duży, jak ostatnim razem, gdy odwiedziłam cię z problemem.

- ...Co? Masz na myśli, że twoje koszmary wróciły? – spytała Twilight lekko zmieszana, lustrując Pinkie od kopytek do głowy – Ale twoja grzywa wygląda normalnie...

- Nie nie, tym razem to nie ja mam problem – powiedziała Pinkie, wskazując kopytkiem na drzwi, którymi przed chwilą weszła. Twilight obróciła głowę i zobaczyła wchodzącą Rainbow Dash.

- Raany Pinkie, czy naprawdę musiałaś tu tak gnać? – mruknęła Rainbow, przesuwając się w stronę Twilight. – Jasne, to ważna sprawa, ale Fluttershy nie jest zbyt dobra w bieganiu na krótkie dystanse.

- Ale tu naprawdę POTRZEBNY był pośpiech, Dashie! Musimy naprawić wszystko jak najszybciej! – próbowała przekonać Pinkie.

- ...Czy to Dash ma problem? – spytała Twilight, patrząc uważnie na swoją przyjaciółkę o tęczowej grzywie.

- Nie, to nie ona – powiedziała Pinkie, ponownie wskazując na drzwi. Twilight jeszcze raz się obróciła i ujrzała powoli wchodzącą, Fluttershy.

- Przepraszam, że przeszkadzamy, Twilight. Mam nadzieję, że nie przerwałyśmy ci niczego ważnego – powiedziała, jak zwykle, Fluttershy.


- Żaden problem Fluttershy. Tylko sobie nadganiałam zaległości w nauce – Twilight uśmiechnęła się pocieszająco. – Czy coś cię niepokoi, Fluttershy?

- Och... więc... tak... właściwie tak. Po to przyszłyśmy się z tobą zobaczyć – powiedziała Fluttershy, skrobiąc kopytkiem o podłogę. – Mam... pewne problemy ze spaniem... i-i miałam nadzieję, że mogłabyś mi pomóc.

- Właściwie problemy z ‘nie-spaniem’ – dołączyła się Rainbow, przysuwając się do Fluttershy. – Fluttershy ma od pewnego czasu paskudne koszmary, które mocno jej przeszkadzają. Nie może spać i boi się nawet zbliżyć do łóżka. Mamy nadzieję, że mogłabyś nam pomóc, Twilight – Dash przekazała więcej szczegółów.

- Heh... no więc, tak się składa, że znam jedno takie zaklęcie, które działa po prostu cud-mmphmm – słowa Twilight zostały stłumione przez różowe kopytko, które natychmiastowo zatkało jej usta.

- Nie, nie, nie możemy użyć tego zaklęcia – wyjaśniła Pinkie.

- Blee. Czemu nie? – zapytała Twilight, po wyjęciu kopytka z ust.

- Po prostu nie – powiedziała Pinkie, zamykając oczy, jakby próbowała zachować spokój. – Musimy znaleźć inny sposób, żeby pomóc Fluttershy.

- Ale... to zaklęcie podziałało tak dobrze ostatnim razem. Czemu nie mogę go użyć teraz? – Twilight była mocno zmieszana. Pinkie Pie wyjaśniła jej wcześniej, że zaklęcie pomogło jej pogodzić się z tragedią odejścia jej siostry, ale nie wyjaśniła, co dokładnie stało się, podczas działania zaklęcia, które doprowadziło do szczęśliwego finału. Jedynym, co widziała Twilight podczas wizji, było coś, co wyglądało na zniekształcony obraz na zamglonym tle. Gdy próbowała zobaczyć go dokładniej, zaczął się zmieniać, a po chwili umysłowe połączenie zerwało się samo z siebie, w przebłysku światła.

- Zaufaj mi, Twilight, użycie go na Fluttershy nie skończy się dobrze. Więc musimy pomóc jej bez tego – wyjaśniła Pinkie.

- Ale byłoby dużo łatwiej po prostu użyć tego zaklęcia. Zajęłoby to tylko kilka minut i pomogłabym jej z koszmarami. Czy to nie prostsze? – Twilight próbowała przekonać Pinkie swoim logicznym rozumowaniem, lecz bitwa była już z góry przegrana.

- Nawet jeśli, to i tak się nie zdarzy – odparowała Pinkie.

Fluttershy i Rainbow Dash patrzyły się na siebie mocno zmieszane, słuchając wymiany zdań Pinkie i Twilight. Nie miały pojęcia, o czym rozmawiały ich przyjaciółki.

- Więc, yyy... co właściwie ZROBIMY w takim razie, żeby pomóc Fluttershy? – zapytała w końcu Rainbow, przerywając dyskusję sprzeczających się kucyków.

- Uch... dobra. Pójdę po mój egzemplarz ‘Snów: Zrozumienie Psychologiczne’ – powiedziała Twilight, odchodząc od różowej klaczy, która usiadła, bardzo zadowolona ze zwycięstwa.

- Dziękuję Twilight. Zapewniam cię, że tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. – Pinkie pokicała do Fluttershy, objęła ją ramieniem i uśmiechnęła się do niej ze wsparciem. – Nie martw się, Fluttershy. Obiecuję, że sprawimy, że twoje złe sny odejdą daleko stąd.

- ...N-Naprawdę myślisz, że to zadziała? – Fluttershy patrzyła na Pinkie wzrokiem pełnym nadziei.

- Jeśli jakikolwiek kucyk może coś tu wskórać, to jest to Twilight. Jestem tego pewna – uśmiechnęła się Pinkie.

- W porządku – powiedziała Twilight, powracając z unoszącym się w powietrzu, egzemplarzem książki. Otworzyła go i przejrzała w kilku miejscach. – Pierwszą rzeczą, którą powinnam zrobić, jest zobaczenie, jakiego rodzaju snów doświadczasz. Ponieważ nie możemy bezpośrednio przeskoczyć do zaklęcia Zgłębienia Umysłu, (Mind Delve-przyp.tłum.) tu są wypunktowane inne rozwiązania, które mogą zadziałać w zależności od powagi twoich snów – wyjaśniła Twilight, kładąc książkę na stole.

- O-Och... a jak się tego dowiesz? – zapytała dociekliwie Fluttershy.

- W tej książce jest zaklęcie, które pozwoli mi zobaczyć twoje sny. Będę wtedy mogła sama ocenić, z jak poważną sytuacją mamy do czynienia – powiedziała Twilight, podchodząc do Fluttershy.

- ... A-Ale... – próbowała protestować Fluttershy.

- Nie martw się, Fluttershy; Twilight wie co robi, prawda? – spytała Rainbow, próbując uspokoić przejętego pegaza.

- Oczywiście, to zajmie tylko chwilkę. – Twilight uśmiechnęła się i nie czekając na reakcję Fluttershy, delikatnie odgarnęła włosy z jej głowy i puknęła swoim rozjarzonym rogiem, w jej czoło.


‘NIECHCĘLATAĆ NIECHCĘLATAĆ NIECHCĘLATAĆ NIECHCĘLATAĆ’ Słowa wybuchały krzykiem raz po raz, wiercąc dziurę pod jej czaszką i doprowadzając ją do szaleństwa. Jej skrzydła uderzały powietrze tak szybko i tak mocno, jak tylko mogły, mimo tego, że każdy gram jej istnienia nakazywał jej ich powstrzymanie. Całe jej ciało domagało się odpoczynku; ból wypełniał jej grzbiet oraz nogi. Jej skrzydła były zagięte i potwornie zdeformowane. Nie wyglądały, jakby były w stanie ją unieść, a mimo to niosły ją teraz w przestworzach. Łzy omiatały jej twarz, z każdym, rozdzierającym bólem, machnięciem skrzydeł, miażdżąc u podstaw jej całą psychikę.

Głośny ryk rozdarł jej uszy i wstrząsnął nią dogłębnie. Jej głowa, z wielkim bólem, powoli odwróciła się, gdy zza chmur wyłoniła się gigantyczna postać. Pędziła na nią z powietrza, na pełnej prędkości, rozwiewając kłęby gęstego dymu. Z przerażeniem machała nogami i czuła, jak gdyby każdy ruch pozbawiał ją kości i rozszarpywał jej mięśnie.

Ogromne szczęki bestii otworzyły się, zatapiając swoje gigantyczne zęby bezpośrednio w jej ciele.


Chciała krzyknąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Chciała zamknąć oczy, ale jej ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Chciała się wyłączyć i po prostu umrzeć, lecz jej ciało nie pozwalało jej na to. Kotłowisko odgłosów tortur, wypełniało każdy jej centymetr. Atakowały ją przekrzywione twarze i okropne krzyki. W jej głowie, w nieskończoność powtarzało się tylko jedno słowo.

Ból.

Ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból.


Nie było tu nic do odszyfrowywania, jedynie wirujący wokół niej, krwistoczerwony koszmar. Wrzaski i krzyki. Piski i hałas. Cierpienia bez końca. Zarówno tego, jak i jej. To wszystko osaczało jej umysł; czuła ból, jakby każde włókno jej istnienia było niszczone przez otaczający ją horror.


Jej nóż opadł w dół. Dosięgnął celu. Podniosła nóż do góry. Machnęła nim w dół; uderzyła w cel ponownie. Powtórzyła to jeszcze raz... i jeszcze raz. Jedna struga krwi po drugiej, nóż uderzał w leżące przed nią ciało. Była cała pokryta ciepłym płynem, który chlapał wszędzie dookoła. Każde nowe pchnięcie buchało na jej ciało kolejną kaskadą ciepłej cieczy.

Jej twarz przyozdabiał uśmiech, który nie schodził z jej ust od samego początku. Tworzyła nowe otwory, bryzgające świeżą krwią, z każdym atakiem. Zanurzanie noża w tą i z powrotem, w ciele kucyka, wydawało się sprawiać jej ogromną satysfakcję.

Zasłużyli na to, ona zasłużyła na to, by być tą, która to uczyni. Tak właśnie powinno być. Tak zostało zapisane.

Zagłębiła nóż w ciele ostatni raz, dysząc i patrząc podekscytowana na swoje dzieło. Poprzebijane ciało nie wydawało żadnego ruchu. Nawet najmniejszego drgnięcia. Po prostu leżało przed nią. Ciało już nigdy się nie poruszy.

Odrzuciła nóż na bok i przybliżyła się. Ocierała się o ciało z uśmiechem.

To była prawdziwa miłość.



Twilight cofnęła się o krok pod wpływem wspomnień snów, napływających do jej mózgu. Skrzywiła się, czując że przewraca jej się w żołądku i nie może wykrztusić ani słowa. To były przerażające sny – sny wypełnione bólem, cierpieniem, szaleństwem i stratą. To nie były jakieś zwykłe koszmary, o nie. Już wcześniej widziała podobne sny...

- ...Czy... Czy wszystko w porządku, Twilight? – zapytała nerwowo Fluttershy, niepewna jakiej reakcji jednorożca oczekiwać.

- ...T-Tak... w porządku... – Twilight w końcu zdołała usunąć ‘knebel’ ze swoich ust.

- Jesteś strasznie blada, jak na bycie ‘w porządku’ – powiedziała Rainbow, patrząc na Twilight z troską. Nie myślała, że koszmary mogłyby być tak złe, że spowodowały utratę przez Twilight jej naturalnego koloru.

- Ale tym razem nie wpadłaś w regał z książkami; czyżby nie były tak złe? – spytała Pinkie, przechylając głowę.

- ... Och, są... bardzo złe. – Twilight potarła swój róg – Ale... są złe w trochę inny sposób. Nie sądzę, żebym mogła przeprowadzić wystarczająco trafne porównanie... koniec końców, jeśli chodzi o intensywność, wydają się być takie same.

- W-Więc... c-co mam zrobić? – Fluttershy spytała jękliwie.

- Poczekaj, muszę skonsultować to z książką – powiedziała, lekko kręcąc głową, Twilight, po czym przylewitowała ją do siebie. Przeleciała pobieżnie kilka stron i przeczytała kilka ustępów.

- ... Tu jest wiele zaklęć na lżejsze koszmary, lekarstwa uspokajające, metody relaksacji, psychologiczna ocena umysłu metodą normalną oraz magiczną... ale... – westchnęła Twilight, patrząc na Pinkie – Z tego co właśnie widziałam, jest tylko jedno zaklęcie, wystarczająco mocne, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w umyśle Fluttershy.

- ...Jesteś absolutnie pewna? W tej książce nie ma ŻADNEGO innego zaklęcia? – spytała Pinkie, desperacko próbując znaleźć inną odpowiedź.

- Jestem pewna Pinkie. Zaklęcie Zgłębienia Umysłu będzie tu najlepszym rozwiązaniem.

- Czemu jesteś tak przeciwna użyciu tego zaklęcia, Pinkie? – spytała Rainbow, patrząc dziwnie na ziemskiego kucyka. – Powiedziałaś, że tobie pomogło. Czemu nie powinnyśmy go użyć na Fluttershy?

Pinkie milczała. Przez chwilę toczyła w myślach zażartą walkę, po czym spojrzała poważnie na Twilight.

- Twilight, przeczytaj mi opis zaklęcia.

Twilight znalazła odpowiednią stronę i zaczęła czytać:

„Zaklęcie Zgłębienia Umysłu jest używane w przypadkach, gdy przyczyny koszmarów lub problemów psychologicznych nie są łatwo dostrzegalne. To często oznacza, iż problem jest zakorzeniony głębiej w podświadomości pacjenta i nie może być uchwycony poprzez normalne metody psychologiczne, bez poświęcenia pacjentowi wystarczająco dużej ilości czasu na kurację. To zaklęcie pozwala jego użytkownikowi na skrócenie niezbędnego czasu, potrzebnego do przywrócenia pacjenta do stanu pełnego zdrowia. Dla każdego pacjenta, poddanego działaniu zaklęcia, notuje się inne doznania i rezultaty. Dzieje się tak ze względu na odmiennie ukształtowaną podświadomość każdego kucyka. Nie ma dwóch pacjentów doświadczających wyzdrowienia w ten sam sposób, podczas działania tego zaklęcia.”

Pinkie ostrożnie rozważała te słowa. Jej mózg pracował na najwyższych obrotach.

- ... No dobrze... – powiedziała w końcu Pinkie, budząc się z zamyślenia – Możemy użyć zaklęcia Zgłębienia Umysłu na Fluttershy... jednak pod jednym warunkiem.

- Tak? – Twilight zamrugała, delikatnie zmieszana.

- Musisz znaleźć sposób, żeby umieścić mnie w umyśle Fluttershy, podczas działania zaklęcia.

- T-Ty chcesz... wejść do mojego umysłu? – spytała Fluttershy, mocno zdziwiona.

- Tak. Nie pozwolę ci przejść przez to samotnie. Chcę tam być, aby móc pomóc ci z twoim problemem – powiedziała Pinkie, przechylając delikatnie głowę, przesuwając grzywę tak, by Fluttershy lepiej ją widziała. – Noszę tę czerwoną wstążkę jako przyrzeczenie, że moi przyjaciele zawsze będą dla mnie najdrożsi. To znaczy, że jeżeli będą w kłopotach, to zrobię wszystko żeby im pomóc. I to właśnie mam zamiar zrobić, Fluttershy, więc nie tylko będziesz się mogła poczuć lepiej, ale również nie będziesz musiała iść przez to w pojedynkę. – Pinkie uśmiechnęła się.

- Więc ja też w to wchodzę – powiedziała Rainbow, przybliżając się do Fluttershy – Przecież nie mogę pozwolić mojej dziewczynie, na zrobienie czegoś takiego beze mnie. Mam zamiar być przy niej do samego końca. – Rainbow uśmiechnęła się, ocierając czule o Fluttershy.

Twarz Fluttershy pokrył delikatny rumieniec. – D-Dziękuję ci... wam obu...

- ...Ech... – Twilight położyła kopytko na twarzy – A ja nawet nie wiem JAK ja mam to zrobić. – powiedziała, ruszając w stronę regału z książkami – Musicie dać mi trochę czasu. W „Snach – Zrozumieniu Psychologicznym” nie ma niczego, co tłumaczyłoby, jak scalić ze sobą kilka umysłów – rzekła. Zaczęła ściągać książki z półki, sprawdzając je jedna po drugiej i odkładając na bok. Dało się usłyszeć, jak niewyraźnie mruczy coś o tym, że nie powinna wysyłać Spike’a na zakupy akurat dzisiaj.

- To może chwilkę potrwać – powiedziała Rainbow, patrząc na pozostałe dwie klacze.

- To żeby zająć czymś czas, zagrajmy w jakieś gry! – wtrąciła pogodnie Pinkie.

- To brzmi miło – uśmiechnęła się Fluttershy.


- Damka! – ucieszyła się Pinkie, zwycięsko przeskakując kilka pionków Dash i lądując na przeciwległym końcu planszy do warcabów.

- Rany Pinkie, czemu jesteś w to taka dobra? – Rainbow zmarszczyła brew, patrząc na planszę. Była bliska porażki - już piąty raz z rzędu. Pinkie właśnie zyskała swoją trzecią damkę.

- Lata praktyki, Dashie – zachichotała Pinkie, czekając na ruch swojej rywalki.

- Myślę, że obydwie radzicie sobie bardzo dobrze – uśmiechnęła się Fluttershy, czerpiąc przyjemność z obserwowania potyczki.

- W PORZĄDKU! – nagle oznajmiła Twilight, energicznie odkładając książkę, którą studiowała, czym spowodowała całkiem duży hałas. – Wydaje mi się, że coś znalazłam. Przez użycie mieszanki kilku różnych zaklęć POWINNAM być zdolna do włączenia was w zaklęcie Zgłębienia Umysłu, które rzucę na Fluttershy. Nie wiem na ile skutecznie to zadziała. W tym momencie to tylko teoria. Ale już wcześniej robiłam rzeczy oparte na teorii! Mogę zrobić to i teraz – przytaknęła Twilight, podchodząc do przyjaciółek.

- Całe szczęście. I tak byłam już znudzona tą grą – powiedziała Rainbow, wstając i wskazując kopytkiem na planszę do warcabów.

- Tylko dlatego, że przegrywałaś – zaśmiała się Pinkie, podskakując w miejscu, po czym odwróciła się do Twilight, z poważnym wyrazem twarzy. – Jesteś absolutnie pewna, że dasz radę, Twilight?

- Absolutnie. Czy pamiętasz, żebym kiedykolwiek spaprała jakieś zaklęcie, gdy byłam pewna tego, jak ono działa? – zapytała Twilight dociekliwie.

Pinkie położyła kopytko na podbródku i spojrzała w bok, po czym mruknęła pod nosem – Cóż... nie do końca...

- Coś mówiłaś? – spytała Twilight, nie słysząc jej dobrze.

- Nic – Pinkie uśmiechnęła się, po czym odwróciła się do Fluttershy. – Jesteś gotowa, Fluttershy?

- M-Myślę, że jestem na tyle gotowa, na ile tylko mogę być – powiedziała, podchodząc do Pinkie.

- Przy nas poczujesz się lepiej w oka mgnieniu, zobaczysz. – Rainbow Dash uśmiechała się, również stojąc obok żółtego pegaza, obdarzając ją uśmiechem pełnym pewności siebie.

- W takim razie, zaczynamy. – Twilight skoncentrowała się i jej róg zajaśniał światłem. Podeszła do stojącej przed nią, trójki przyjaciółek, po czym delikatnie puknęła nim w czoło każdej z nich. Z każdym dotknięciem, pomiędzy ich głowami rozciągnęła się cienka, niebieska nić. Światło otaczające jej róg, rozbłysnęło mocniej, po czym podeszła bliżej i stuknęła swoim rogiem w czoło Fluttershy.

W jednej chwili świat uciekł Fluttershy spod kopyt. Czuła jak wszystko dookoła staje się mgliste, a jej ciało drętwieje. Nie była w stanie dostrzec swojego otoczenia, a jednak czuła, jakby spadała. Jedyną wskazówką, która dawała jej odczuć, że się porusza, było poczucie wirującego dookoła niej wiatru. Leciała w dół, pośród mętnej mgły w swoim umyśle, nie potrafiąc tego wszystkiego pojąć.

Głośno wciągnęła powietrze, które w końcu powróciło do jej płuc. Dyszała przez moment, po czym ostrożnie otworzyła oczy. Powoli poznawała swoje otoczenie. Potrafiła teraz dostrzec wszystko dookoła. Była ciągle w domu Twilight; jednak teraz brakowało w nim fioletowego jednorożca.

- Uch... Twilght, co to za pomysł? To zaklęcie-... – Głosem, który usłyszała po chwili, był głos Rainbow. Odwróciła głowę i ujrzała swoją dziewczynę, która właśnie wstała i rozglądała się dookoła w poszukiwaniu Twilight. – Zaraz, gdzie ona mogła pójść?

- Uch, chyba nigdy do tego nie przywyknę – tym razem to Pinkie się odezwała. Rainbow i Fluttershy obejrzały się za siebie i ujrzały różowego kucyka, wstającego z lekkim trudem. – Ale jestem szczęśliwa, że to zadziałało. – Uśmiechnęła się na widok dwójki przyjaciółek.

- O co tu chodzi Pinkie? Gdzie jest Twilight? – zapytała Rainbow, rozglądając się dookoła, zmieszana brakiem przyjaciółki.

- To normalne. Nie miało jej być tu z nami – powiedziała Pinkie, patrząc na otoczenie. Podbiegła do okna i wyjrzała za nie. Zamilkła, wpatrując się w okno pustym wzrokiem.

-... Pinkie Pie? – spytała Fluttershy, patrząc z niepokojem na swoją przyjaciółkę.

- Czy właśnie przez to przechodziłaś, gdy pomogła ci Twilight? – zapytała Rainbow z ciekawością.

Nastała chwilowa cisza. Rainbow i Fluttershy, lekko zdezorientowane, wpatrywały się w siebie, po czym Pinkie w końcu odpowiedziała.

- Tak. – Odwróciła się od okna i spojrzała na obydwie klacze poważnym wzrokiem. – Jest praktycznie tak samo, jak gdy ja tu byłam i to jest głównym powodem, dla którego powiedziałam, że idę z wami – odparła Pinkie, galopując wzdłuż biblioteki, do półki, z której chwyciła leżącą na niej mapę.

- Co masz na myśli? – zapytała Fluttershy, gdy Pinkie rozłożyła mapę na stole, aby Fluttershy i Rainbow Dash również mogły na nią spojrzeć.

- Będziemy tego potrzebować, aby wiedzieć, gdzie jesteśmy – wyjaśniła Pinkie, wskazując na rozpostartą mapę Ponyville. Pinkie podniosła wzrok znad mapy i dostrzegła leżącą na stole torbę. – Fluttershy, ty powinnaś ją nosić – powiedziała Pinkie, celując w nią kopytkiem.

- C-Czemu? – spytała zmieszana Fluttershy, chwytając torbę. Przysunęła ją bliżej do siebie i otworzyła.

- Zaufaj mi; będziemy jej potrzebować. Czy w środku jest coś w rodzaju instrumentu? – zapytała Pinkie, widząc że Fluttershy zagląda do środka.

Jak gdyby pod wpływem słów Pinkie, z wnętrza torby zaczęła się wydobywać delikatna, zapadająca w pamięć, melodia. Fluttershy ostrożnie sięgnęła do środka i wyciągnęła starą pozytywkę, która wygrywała spokojny utwór.

- T-To... – Fluttershy wpatrywała się w pozytywkę z niedowierzaniem – To... jest pozytywka mojej matki...

- Co ona tu robi? – zapytała Rainbow, patrząc na nią z ciekawością.

- Ja... nie wiem... Zgubiłam ją dawno temu. Jakim cudem znalazła się tutaj? – zastanawiała się cicho, Fluttershy.

Muzyka powoli ucichła, a żółty kucyk nie przestawał się wpatrywać w pozytywkę. Pinkie Pie zwinęła mapę Ponyville i włożyła ją do torby.

- Chodźcie, musimy ruszać – powiedziała Pinkie, uśmiechając się do Fluttershy, po czym skierowała się do drzwi frontowych.

- Ruszać? A gdzie mamy iść? – Rainbow spojrzała zdezorientowana na swoją różową przyjaciółkę.

- Pójdziemy do chatki Fluttershy. Jeśli mamy znaleźć jakieś odpowiedzi, myślę że to jest pierwsze miejsce, które powinnyśmy sprawdzić – wyjaśniła Pinkie, otwierając drzwi.

- Odpowiedzi? Na koszmary? – powiedziała zmieszana Rainbow – A co ma do nich to dziwne miejsce? Czemu w ogóle tu jesteśmy?

Fluttershy delikatnie odłożyła pozytywkę do torby i przysłuchiwała się teraz pytaniom Rainbow Dash. Zamknęła torbę za pomocą klamry w kształcie niebiesko-różowego motyla. Podniosła ją do góry i założyła na grzbiet.

- Ja... Ja nie jestem w stanie powiedzieć, czym dokładnie jest to miejsce. Myślę, że jesteśmy wewnątrz umysłu Fluttershy, lecz jednocześnie... wygląda to na zbyt solidne, żeby było tylko zwykłym wytworem wyobraźni. – Pinkie tłumacząc, szorowała delikatnie kopytkiem po podłodze. – Jedyne, co wiem na pewno... to, że musimy być gotowe absolutnie na wszystko. – Pinkie otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz.

- Ruszajmy za nią – powiedziała Fluttershy, uśmiechając się do Rainbow – Wygląda na to, że wie o czym mówi, więc powinnyśmy się jej słuchać, dopóki nie wyrobimy sobie o tym wszystkim własnego zdania.

- W porządku, to wydaje się mieć sens – odpowiedziała Rainbow, po czym podążyła za Pinkie Pie. Fluttershy zrobiła to samo, wychodząc za próg domu Twilight.

- H-Hej! Co jest z tą pogodą!? – krzyknęła zmieszana Rainbow. Fluttershy stała wstrząśnięta widokiem.

Ponyville tonęło w gęstej mgle. Nie dało się dostrzec żadnego budynku w zasięgu kilku metrów. Miasteczko było ciche.

Rozdział 2Edytuj

Rainbow pomachała desperacko kopytkiem, ale nieważne jak mocno się starała, nie była w stanie chwycić mgły. Unosiła tylne nogi i kopała, tak mocno, jak tylko mogła, ale jej kopyta napotykały tylko powietrze.

- Uch! Co jest z tą mgłą? Nie mogę jej dotknąć! – obruszyła się Rainbow, uderzając z bezsilności kopytkiem w ziemię.

- Nie jestem do końca pewna; poprzednio było tak samo – powiedziała Pinkie, patrząc w niebo – Na początku próbowałam wydostać się stąd za pomocą mojego balonu, ale był cały podziurawiony. Nie wiem, co znajduje się za tą mgłą.

- Mam zamiar sie przekonać! Jeśli to nic takiego, powinnam być w stanie ją rozpędzić! – powiedziała Rainbow, rozkładając skrzydła i wzbijając się w powietrze. Szybko zniknęła z pola widzenia.

-... Myślisz, że to bezpieczne? – spytała Fluttershy, spoglądając z niepokojem na Pinkie.

- Cóż, jeśli ktokolwiek może sobie z tym poradzić, to jest to Rainbow Dash. Jestem pewna, że wyczyści to miejsce w niecałe dziesięć sek-

Wypowiedź Pinkie przerwał rozdzierający ryk, który wypełnił całe miasteczko. Był tak doniosły, że wydawało się, iż od wibracji zatrząsł się cały świat. Fluttershy i Pinkie odruchowo spojrzały w niebo, w kierunku źródła dźwięku i ujrzały Rainbow, pikującą z mgły, wprost na nie. Pozytywka w torbie Fluttershy zaczęła wydawać syczący dźwięk, przywołujący na myśl brzęczenie zamkniętych w pudełku, pszczół.

- KRYĆ SIĘ! JUŻ! – wrzasnęła głośno, chwytając i ciągnąc kopytka swoich przyjaciółek, zanim w ogóle zdążyły zarejestrować jej słowa. Praktycznie zaciągnęła je za bibliotekę, gdy usłyszały potężny huk, który zatrząsł ziemią, zupełnie jakby niedaleko wylądowało coś ogromnego.

- O co cho- - spróbowała zapytać Pinkie, lecz szybko została powstrzymana przez Rainbow, która zatkała jej usta kopytkiem, z głośnym „Ciiii”.

- Wyjrzyj za róg, tylko ostrożnie – szepnęła krótko Rainbow, po czym również wystawiła głowę zza drzewa. Pinkie i Fluttershy powoli uczyniły to samo. Oczy Fluttershy rozwarły się szeroko, a widok jaki się przed nią rozpościerał spowodował, że jej serce zatrzymało się.

Gigantyczny, czarny smok wylądował tuż przed domem Twilight. Z jego nozdrzy buchał gęsty dym i dało się słyszeć jego cichy pomruk. Parsknął, wyrzucając w powietrze kłęby dymu, które otoczyły jego głowę. Szukał kucyka, który zniknął z jego pola widzenia. Powoli ruszył do przodu, sprawdzając czy nie czai się gdzieś w okolicznych budynkach.

Wydał z siebie pełne frustracji parsknięcie, po czym rozpostarł skrzydła i machnął nimi, wzbijając się w niebo. Wszystko dookoła zabrzęczało i zatrzęsło się od siły podmuchu. Po kilku machnięciach zniknął we mgle. Bzyczenie pozytywki ucichło wraz z ucieczką smoka.

Trzy klacze stały wstrząśnięte tym, co stało się przed chwilą. Czekały, aż całkowicie ucichnie odgłos bicia skrzydeł, po czym odetchnęły z wyraźną ulgą.

- Co tu robi smok? – spytała Pinkie, wyskakując zza drzewa i patrząc w kierunku, w którym przed chwilą odleciał mityczny stwór.

- Nie wiem, ale zdawał się dokładnie wiedzieć, gdzie jesteśmy, w tym samym momencie, w którym wzbiłam się w powietrze. – Rainbow spojrzała na swoje skrzydła. – Nie mogę polecieć w niebo i oczyścić tej pogody, jeśli gdy latam, on wie gdzie jesteśmy... – jęknęła Rainbow – A to znaczy, że nie mogę latać W OGÓLE i musimy pogodzić się z tą mgłą.

- W porządku – uśmiechnęła się pocieszająco Pinkie – ta mgła nie jest taka zła. Jak już w nią wejdziemy, widoczność znacznie się poprawi.

- Skoro tak mówisz. Dobra, idziemy Fluttershy- - powiedziała Rainbow, odwracając się, by ujrzeć leżącą na ziemi, zwiniętą w kłębek, różowo-żółtą kulkę. – Fluttershy? – zapytała zmartwiona, szybko podbiegając do swojej dziewczyny.

- S-s-s-s....smok, k-który... g-goni cię... k-k-kiedy latasz... – wyjąkała w strachu Fluttershy, skomląc i trzęsąc się na ziemi, za drzewem. Z przerażenia odchodziła od zmysłów.

- Hej, hej, no już, już poleciał – powiedziała Rainbow, zniżając się i delikatnie ocierając o Fluttershy. – Nie ma go i juz cię nie skrzywdzi, obiecuję.

Fluttershy zaczęła się uspokajać, czując wsparcie Rainbow Dash. Przestała drżeć, wstała i przytuliła się do Rainbow.

- To tylko jeden smok. Dotrzemy do twojego domu, znajdziemy przyczynę twoich koszmarów i wydostaniemy się stąd w try miga, okej? – Rainbow próbowała pocieszyć swoją partnerkę.

- Cóż... – powiedziała Pinkie, niepewnym tonem – Ja... nie chcę was okłamywać... ale... możemy napotkać więcej rzeczy.

- Co? Masz na myśli, że jest coś jeszcze? – zapytała zaskoczona Rainbow.

- Więc... kiedy to przytrafiło mi się wcześniej... ja... ja napotkałam... wiele potworów. – Pinkie pokornie zwiesiła głowę, nie chcąc wyjawiać całej prawdy. – To... dlatego nie chciałam, żeby Fluttershy szła tu sama. Bałam się, że będzie musiała, tak jak ja, stawić czoła potworom... i nie potrafiłam znieść myśli o tym, że ma radzić sobie z tym wszystkim w pojedynkę.

Po usłyszeniu słów Pinkie, Fluttershy ponownie zwinęła się w kłębek.

- I nie przyszło ci na myśl, żeby POWIEDZIEĆ NAM o tym, kiedy dyskutowałyśmy o zaklęciach!? – powiedziała Rainbow podniesionym tonem, siłą woli powstrzymując się od krzyku.

- Hej! PRÓBOWAŁAM przekonać Twilight, żeby użyła innego zaklęcia! Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby upewnić się, że to jest jedyne wyjście! A kiedy już było to pewne, nie pozwoliłam Fluttershy przyjść tu samej! – Pinkie zaprotestowała wobec oskarżeń Rainbow Dash.

- A JEDNAK MOGŁAŚ nam powiedzieć, że mogą być tu potwory! – Rainbow, czuła jak jeży jej się grzywa – Mogłyśmy być lepiej przygotowane! Można było przygotować się na stawienie im czoła albo na ucieczkę! Mogłybyśmy wziąć ze sobą nasze Elementy! – Rainbow ryczała w złości, zamykając oczy – Mogłyśmy zrobić naprawdę COKOLWIEK, żeby nie narażać naszego ŻYCIA na takie niebezpieczeństwo!

Rainbow ciężko dyszała. Była wściekła. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek odczuwała taki gniew.

- ... Ja... Ja przepraszam... – Pinkie zniżyła głowę i położyła po sobie uszy. Rainbow otworzyła oczy i spojrzała na Pinkie, która wyglądała, jakby była na skraju łez. Rainbow już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili ponownie je zamknęła. Ciągle była zła, ale nie potrafiła złościć się w ten sposób na swoją przyjaciółkę. Rainbow odwróciła głowę, by spojrzeć na Fluttershy, która trzęsła sie, zakrywając swoją głowę kopytkami.

Rainbow słyszała ciche łkanie żółtego pegaza.

Tęczowowłosy kucyk westchnął cicho i podszedł do Fluttershy, która leżała teraz obok jej kopytek, zniżyła głowę i delikatnie otarła się o swoją klaczkę. Fluttershy czknęła, próbując złapać oddech. Ciągle nie potrafiła przetrawić wszystkich informacji, które zostały powiedziane przed momentem.

- Fluttershy... posłuchaj mnie, proszę – rzekła Rainbow, zamykając oczy, starając się mówić z głębi swego serca – To nie jest najlepsza sytuacja, w jakiej mogłyśmy się znaleźć. Ale chcę, żebyś wiedziała, że niezależnie od tego, co się zdarzy, lub co napotkamy po drodze, wszystko będzie w porządku.

Fluttershy zaczęła powoli się uspokajać, pociągając nosem i biorąc głęboki wdech. Czuła wsparcie swojej dziewczyny. Pomału zaczęła się rozluźniać, przysuwając się bliżej Rainbow, by poczuć ciepło jej karku, którym Dash przyjemnie ocierała się o szyję żółtego pegaza.

- Chcę, żebyś teraz była silna, dobrze?

Fluttershy spojrzała w oczy Rainbow, w których dostrzegła ciepło i wsparcie. Jej słowa rozbrzmiewały echem w jej głowie. Głośno przełknęła całe napięcie, które czuła w gardle, po czym powoli skinęła głową.

- Moja dziewczyna. – Rainbow pocałowała ją w czoło. Pomogła Fluttershy wstać na kopytka. – A teraz pokaż mi swój uśmiech.

Zajęło to chwilę, ale Fluttershy udało się wykrzesać z siebie resztki odwagi i przywołać uśmiech na swą twarz. Rainbow odpowiedziała tym samym, po czym odwróciła się do Pinkie Pie, której twarz ciągle wyrażała głęboką skruchę.

-Yyy... hej, już w porządku Pinkie Pie. – Rainbow uśmiechnęła się do swojej przyjaciółki. – Wiem, że miałaś dobre chęci... przecież nie naraziłabyś nas na niebezpieczeństwo celowo. Ale skoro już tu jesteśmy, to po prostu musimy sobie z tym jakoś radzić.

-... Jak zwykle masz rację, Dash... – Pinkie odwróciła głowę, a z jej twarzy ciągle nie znikał wstyd. – Naprawdę byłam głupim McGłupolem Głuptalskim... – Pinkie westchnęła, ale na jej twarzy zagościł uśmiech. – Ale zrobię, co w mojej mocy, aby temu zadośćuczynić i wyciągnąć nas stąd jak najszybciej. A więc ruszajmy do domu Fluttershy.

- Jasne – przytaknęła Rainbow, uśmiechając się. Trzy klacze wkroczyły we mgłę.



Zanosiło się na długi spacer na przedmieścia miasteczka, gdzie znajdowała się chatka Fluttershy. Nad miastem unosiła się złowroga cisza. Zdarzyło się raz, lub dwa, że zastygły w miejscu, myśląc że usłyszały bicie smoczych skrzydeł, ale odgłos ten znikał, równie szybko, jak się pojawiał.

Ponyville stało się wymarłym miastem. Jedynymi jego mieszkańcami były teraz trzy klaczki, przemierzające ponure ścieżki, prowadzące wzdłuż parku, drzew, aż do domu, w którym mieszkała Fluttershy.

Atmosfera wokół nich zgęstniała. Odkąd wyruszyły, żadna z nich nie odezwała się ani słowem. Jedynym słyszalnym dźwiękiem był stukot kopytek i szum wiatru, który okazjonalnie omiatał puste ulice miasteczka.

- No i jesteśmy – powiedziała Pinkie, gdy wkroczyły na kładkę przed domkiem Fluttershy. Cała trójka, ledwo dostrzegała zarys chatki we mgle.

- Czy... Czy myślicie, że wszystko w porządku z moimi zwierzątkami? – zapytała Fluttershy, rozglądając się dookoła, próbując dostrzec chociaż jedno stworzonko

- Wydaje mi się, że nie ma tu żadnego z nich – powiedziała Rainbow, patrząc na okolicę, po tym jak już przeszła przez niewielki mostek.

- Nie jestem do końca pewna, co decyduje o tym, co znajdziesz, a czego nie znajdziesz w tym świecie. Szczerze, to pomyślałam, że powinnyśmy najpierw przyjść do domu Fluttershy, ponieważ w moim przypadku, ‘dom’ był pierwszym miejscem, do którego poszłam. Ale to ma sens tylko dlatego, że jesteśmy w umyśle Fluttershy. Kiedy byłam w swoim, ścieżka do jej domku była zablokowana – wyjaśniła Pinkie, podchodząc do drzwi frontowych chatki, sprawdzając, czy są na nich jakieś zamki.

- Rozumiem... cóż, właściwie to cieszę się, że nie ma tu moich zwierzątek. – Fluttershy podeszła do Pinkie z uśmiechem – Nie cierpię narażać ich na niebezpieczeństwo.

Pinkie otworzyła drzwi i trójka kucyków wkroczyła do domu Fluttershy. Ku zaskoczeniu Pinkie, dom był nietknięty. Wszystko było tak, jak być powinno, nic nie było zniszczone, lub zepsute. Nie było nawet śladu kurzu, który wskazywałby na to, że dom był nieużywany przez dłuższy czas.

- O co chodzi Pinkie? Wyglądasz na zdziwioną – parsknęła Rainbow, idąc w głąb domu.

- Ja... chyba jestem. Troszeczkę – niezręcznie zaśmiała się Pinkie, zamykając drzwi za nimi.

- Więc czego tak właściwie szukamy? – spytała Rainbow, rozglądając się po domu.

- Nie jestem pewna... To może być wszystko, co wydaje się dziwne, lub niepasujące do tego miejsca. Coś, czego byś się tu nie spodziewała, albo po prostu wskazówka mówiąca o co tu chodzi – wyjaśniła Pinkie, zaczynając rozglądać się po półkach w pomieszczeniu.

- Och... więc, w takim razie, chyba ja powinnam wiedzieć to najlepiej... – rzekła Fluttershy, trąc podbródek kopytkiem, dokładnie zaglądając w każdy kąt swojego mieszkania.

Podczas gdy Pinkie Pie i Rainbow Dash przeszukiwały pokój gościnny, Fluttershy czuła, że jakaś więź ciągnie ją mocniej do kuchni. Wyszła z salonu i wkrótce znalazła się w miejscu, w którym często spędzała wiele czasu, na udoskonalaniu swoich dań. Rozejrzała się uważnie dookoła, próbując odkryć, co wywoływało u niej to dziwne uczucie, że znajdzie tu coś ważnego.

Jej wzrok padł na lodówkę. Do jej drzwi, magnesem w kształcie motylka, przyczepiona była kartka papieru, poznaczona czymś, co wyglądało na ślady kredki. Fluttershy zamrugała, nie przypominając sobie wcześniej czegoś takiego. Powoli podeszła do nowego znaleziska, aby lepiej mu się przyjrzeć. Wyglądało to jak rysunek dziecka, narysowany kilkoma kolorami kredek. Przedstawiał prosty domek i słońce; na zewnątrz stał szczęśliwy kucyk, pracujący w ogródku. Pod obrazkiem znajdowało się kilka słów, wypisanych krwistoczerwoną kredką:

Kiedy urosnę, bede mieć dom i dużo zwierząt. Koham Kocham pomagać zwierzaczkom. Zatrzymam ten klócz klucz, żeby pamiętać, że kiedyś będę miała domek.

Pod kartką znajdowała się niewielka wypukłość, zupełnie jakby coś było tam ukryte. Fluttershy ostrożnie uniosła kartkę i spojrzała na jej drugą stronę. Ujrzała przyczepiony do niej taśmą, klucz. Odlepiła go i przyjrzała się mu uważnie; klucz również miał kształt motyla.

- Hej, czemu te drzwi są zamknięte? – uszy Fluttershy szybko wyłowiły pytanie. Pegaz szybko wrócił do pokoju gościnnego. Ujrzała Rainbow Dash, która walczyła z drzwiami do schowka, bezskutecznie próbując ją otworzyć.

- Czy mają zamek? – zapytała Pinkie Pie, przerywając poszukiwania w drugiej części pokoju, by spojrzeć na drzwi.

- Tak, mają – odpowiedziała Rainbow – Nad dziurką od klucza jest kształt motyla.

- Och, więc ja właśnie znalazłam klucz z motylem – powiedziała Fluttershy, podnosząc go do góry.

- W takim razie on prawdopodobnie otwiera te drzwi – powiedziała Pinkie z namysłem – jednak... może to ja powinnam je otworzyć.

- A czemu? – zapytała, lekko zmieszana, Fluttershy.

- Cóż... Po prostu nie chcę, żeby coś stamtąd wyskoczyło i zrobiło ci krzywdę. – pomyślała Pinkie, po czym spojrzała na torbę Fluttershy. – Ale... myślę, że skoro pozytywka nie wydaje nawet najmniejszego dźwięku, możemy czuć się bezpiecznie.

- Moja pozytywka? – mrugnęła Fluttershy, zwracając wzrok w kierunku swojej torby.

- Tak, pamiętasz jak zaczęła hałasować kiedy próbował zaatakować nas smok? Pozytywka powiadomi cię, czy zbliża się coś, co może cię skrzywdzić. Ale bądź ostrożna, dobrze? – wyjaśniła Pinkie, starannie dobierając słowa.

- Rozumiem... W porządku, będę uważać – przytaknęła Fluttershy, podchodząc do drzwiczek. Rainbow cofnęła się, przyglądając się jak jej ukochana klacz przekręca klucz w zamku. Fluttershy weszła powoli do mrocznego pomieszczenia, zauważając że zniknęły wszystkie rzeczy, które zazwyczaj znajdowały się w schowku, a w ich miejscu stoi stary, drewniany zegar, z wypisanymi na jego ścianie, słowami.

Moje ręce są zmrożone, ale nie zawsze tak było. Używałem ich, by sięgnąć gwiazd i machać ponad tłumem, Podczas gdy przyjaciel po mojej prawej, oferował mi swoją przekąskę.

- Co tam jest? – Fluttershy usłyszała zza pleców, pytanie Rainbow.

- Myślę, że to zagadka – powiedziała Fluttershy, rozmyślając nad słowami i spoglądając jednocześnie na zegar. – Jednak myślę, że znam już odpowiedź... – powiedziała, ostrożnie podnosząc kopytko na wysokość tarczy zegara. Przekręciła dłuższą wskazówkę, by wskazywała północ, zaś krótszą ustawiła na godzinę trzecią.

Fluttershy usłyszała głośne kliknięcie, zupełnie jakby coś odczepiło się za sprawą jej działań. Spojrzała na zegar, czekając na to co się stanie, kiedy jego wskazówki nagle przyspieszyły, a on sam zaczął znikać jej z pola widzenia.

Fluttershy krzyknęła, czując że traci grunt pod nogami, wpadając w gigantyczną dziurę, która rozwarła się pod nią chwilę wcześniej.

- FLUTTERSHY! – wrzasnęła Rainbow Dash, słysząc huk pokrywy, która zatrzasnęła się nad otworem, skutecznie blokując jej pościg za Fluttershy.

Czuła podmuch wiatru w uszach. Spadała w ciemność. Płakała i krzyczała, próbując rozłożyć skrzydła i powstrzymać upadek, lecz one trzymały się mocno jej boków, zupełnie jakby zostały przyklejone. Machała kopytkami, próbując chwycić się czegoś, czegokolwiek. Spadała w niezbadaną, bezdenną przepaść.



Fluttershy jęknęła, próbując podnieść się z ziemi. Potarła głowę i otworzyła oczy. Było zbyt ciemno, by była w stanie cokolwiek zobaczyć.

- Rainbow Dash? Pinkie Pie? – zawołała Fluttershy, próbując znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Odpowiedziała jej jednak tylko głucha cisza. Poczuła pod kopytkiem swoją torbę i przypomniała sobie o czymś, co się w niej znajdowało. Ostrożnie otworzyła ją, by znaleźć pożądany przedmiot. Przesunęła na bok pozytywkę, po czym chwyciła w zęby uchwyt latarenki, wyciągnęła ją i włączyła światło.

Była w pustym pokoju, którego cementowe ściany nosiły na sobie piętno czasu. Dźwięk kapiącej wody rozbrzmiewał echem po pomieszczeniu. Spojrzała na sufit; w jego miejscu znajdowała się metalowa krata, za którą próbowała znaleźć jakiś ślad tunelu, którym tu zleciała. Miała nadzieję, że może udałoby się jej wlecieć nim z powrotem na górę. Nie znalazła jednak nic takiego.

‘Jak... przedostałam się przez te kraty?’ zapytała się w myślach, nie do końca wiedząc, co się stało. ‘I... czemu nie jestem ranna, skoro spadałam przez tak długi czas?’ – spojrzała na swoje ciało, nie zauważając żadnych obrażeń i nie czując bólu. Wyglądało to tak, jakby lądowanie na twardej posadzce po upadku z dużej wysokości, nie wywołało u niej najmniejszej, negatywnej reakcji.

‘Ja... Ja muszę się stąd wydostać. Muszę znów spotkać się z Rainbow Dash i Pinkie Pie!’ – pomyślała Fluttershy, szybko rozglądając się w poszukiwaniu wyjścia. Ujrzała metalowe drzwi, znajdujące się na ścianie, tuż za jej plecami.

‘Okej, po prostu muszę zorientować się w położeniu, dowiedzieć się gdzie jestem i...’ Fluttershy otworzyła metalowe drzwi, które ujawniły długi korytarz, pokryty wodą. Początek korytarza zaczynał się niewielkim spadkiem. Ściany wyglądały na całe pokryte pleśnią. Kanał wydawał się rozciągać daleko w głąb i zakręcać.

‘... Nie mam pojęcia, gdzie jestem.’ – Nigdy wcześniej nie widziała tego miejsca – ‘Czemu tu wszędzie jest woda?’ – spytała, zaczynając powoli do niej wchodzić. Nie była zbyt głęboka, właściwie sięgała jej do kostek, ale wystarczająco głęboka, by zamoczyć końcówki jej włosów. Zimna woda wywoływała dreszcze wzdłuż jej kręgosłupa, ale mimo to brnęła do przodu.

Jedynym słyszalnym przez nią dźwiękiem był plusk wody, spowodowany jej wędrówką wzdłuż długiego korytarza. W tym cichym otoczeniu, odgłosy te zdawały się wzmacniać echem co najmniej tysiąckrotnie. Ciemność kanału była rozświetlana jedynie przez światło latarenki, co wywoływało u żółtego pegaza niezidentyfikowany strach przed nieznanym. Naprawdę miała nadzieję, że niedługo uda jej się stamtąd wydostać.

Po minięciu zakrętu korytarza, napotkała rozwidlenie dróg. Były tam dwie ścieżki – jedna skręcała na lewo, druga na prawo.

‘... A TERAZ gdzie powinnam pójść?’ – Fluttershy zmarszczyła brew, czując narastającą frustrację i strach. Nie chciała się zgubić – nie tutaj – nie z myślą o tym, że wszędzie może czaić się potwór.

Pozytywka zaczęła syczeć, wydając z siebie dźwięk przypominający bzyczenie pszczół. Skarciła się w duszy za to, że w ogóle o tym pomyślała. Następnym dźwiękiem, jakim usłyszała był odgłos powolnych kroków, zupełnie jakby coś, brodząc w wodzie, przybliżało się do niej. Spojrzała ponownie na obie ścieżki; nie potrafiła powiedzieć, z której z nich dochodzi ten dźwięk, a zawrócenie z obranej drogi mogło prowadzić tylko do ślepego zaułka.

Jej uwagę przykuła lewa ścieżka, gdy jej oczy uchwyciły stwora, który właśnie wkraczał w smugę światła dochodzącego z jej latarenki. Gdy zobaczyła, co człapie do niej pośród wody, jej oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu.

Był to manekin; ruszający się manekin, bez głowy. Jego ciało wyglądało jak zrobione z gałganów – nadgniłych i naznaczonych czasem. Widać było kilka wielkich szwów, biegnących przez całe ciało, zupełnie jakby ktoś próbował coś zbyt wiele razy zszywać i rozpruwać. Jego okrycie miało różne odcienie bladego, niezdrowego koloru, a sam stwór wyglądał, jakby miał problemy z poruszaniem się.

Fluttershy cofnęła się o krok od potwora; syczenie pozytywki stawało się tym głośniejsze, im bliżej niej znajdował się koszmar. Podniósł przednie nogi i z głośnym chlupotem uderzył nimi o wodę, przybliżając się do Fluttershy.

Jej kopytka instynktownie poniosły ją wzdłuż prawej ścieżki, byle tylko uciec jak najdalej od przerażającego potwora. Woda chlapała i opryskiwała całe jej ciało, ale nie to było teraz ważne. Musiała biec jak najszybciej, żeby przegonić stwora, mimo że woda skutecznie starała się ją zwalniać.

Spojrzała za siebie, gdy usłyszała, że dźwięki pozytywki wreszcie umilkły. Manekin nie potrafił dotrzymać jej kroku; w pobliżu nie dostrzegała nikogo. Zwolniła lekko, łapiąc oddech i odwracając się w końcu do przodu. Zatrzymała się tuż przed ścianą. Dotarła do kolejnego rozwidlenia. Spojrzała na prawą ścieżkę, nie dostrzegając na niej niczego niezwykłego.

Nagle korytarz wypełniło głośne buczenie, a jej głowa błyskawicznie obróciła się w lewo, tylko po to, żeby jeszcze zdążyć ujrzeć, uderzające w nią, dwie tylnie nogi. Impet uderzenia odrzucił ją mocno w kierunku prawej ścieżki. Upadła w wodę, z głośnym pluskiem i przejechała ciałem po podmokłej posadzce. Skuliła się z bólu, czując pieczenie skóry i ból w klatce piersiowej. Latarenka wylądowała z pluskiem tuż obok jej głowy, kradnąc z okolicy całe światło.

Jęknęła z bólu, czując że cała jej pierś pulsuje bólem. Drżącymi kopytkami próbowała znaleźć źródło światła. Udało jej się chwycić za uchwyt i zębami wyciągnęła latarenkę z wody. Słyszała, jak to co ją zaatakowało, posuwa się powoli w jej kierunku; woda szumiała pod nogami stwora. Ogarnięta paniką, próbowała ponownie rozpalić światło latarenki. ‘Klik, klik, klik’ – kilka nieudanych prób, wywoływało z każdym kolejnym kliknięciem, grymas na twarzy Fluttershy. Desperacko próbowała przekręcać pokrętło raz za razem, modląc się, aby tym razem się udało.

Płomień przebudził się do życia, oświetlając sylwetkę manekina, którego wzniesione, przednie nogi znajdowały się tuż nad Fluttershy. Nogi opadły w dół, uderzając w ciało kucyka.

Fluttershy chciała krzyknąć, ale uchwyt latarenki w jej ustach spowodował, że mimowolnie zacisnęła szczęki. Kopyta manekina rozdarły jej skórę. Ból wypełnił umysł Fluttershy. Mocno zacisnęła oczy, z grymasem bólu na twarzy i ponownie zagryzła uchwyt latarenki, na tyle mocno, że jej szczęki zaczęły krwawić. Łzy spływały po jej policzkach. Czuła się bezsilna; nie potrafiła odeprzeć napastnika.

„Chcę, żebyś teraz była silna, dobrze?”

Jej oczy rozwarły się szeroko, gdy błyskawicznie odwróciła głowę, żeby spojrzeć na manekina, który właśnie po raz kolejny unosił swe kopytka, próbując ją zmiażdżyć. Wkładając całą swoją siłę w kopytka, Fluttershy okręciła się dookoła, po czym kopnęła manekina swoimi tylnimi nogami.

Manekin zachwiał się lekko. Niespodziewany atak zmusił go do opuszczenia kopyt.

Fluttershy przeklęła się w duchu, za bycie tak słabą, ale chociaż była teraz w stanie stanąć na własnych kopytach. Odwróciła się i ponownie zaczęła biec, uciekając od przerażającego stwora. Czuła w płucach ogień, a każdy krok zdawał się tylko wzmacniać ból w jej piersi, lecz nie mogła teraz przestać.

Skręciła za następny róg i ujrzała przed sobą kolejne rozwidlenie. Bzyczenie pozytywki powracało. Szybko pokręciła głową w przód i w tył, widząc manekina, próbującego ją zaatakować. Tym razem nie pozwoliła na to. Skręciła w lewą odnogę, oddalając się od potwora.

Spojrzała przed siebie i ujrzała wyjście. Ruszyła do przodu, całą swoją wolę walki, koncentrując na tym jednym punkcie. Wyskoczyła z wody i wylądowała na suchym lądzie, po czym dopadła do drzwi i otworzyła je. Wbiegła na drugą stronę, szybko zamykając drzwi za sobą.

Fluttershy dyszała ciężko, opierają się o zimne, stalowe drzwi. Czuła ogień w piersi, piekący ją wzdłuż i wszerz, zaciskający się na jej ciele, jak rozżarzone szczypce. Mogła wyczuć krew, cieknącą z jej boku, po tym jak stwór rozciął jej skórę. Widziała, że miejsca uderzeń powoli zaczynają puchnąć.

Gdy próbowała oddychać, była w stanie tylko wydawać z siebie jęki i pełne bólu, wrzaski. Czuła, że jej płuca chcą pęknąć z każdym haustem powietrza.

Były tu potwory, tak jak powiedziała Pinkie Pie. Jej pozytywka również ostrzegała ją, przed niebezpieczeństwem ze strony stworów. Lecz kiedy została powalona, nie potrafiła wykrzesać z siebie żadnej siły, żeby wstać. Chciała leżeć tam i przyjąć wszystko ze spokojem. Prawdopodobnie pozwoliłaby zrobić manekinowi to, co zamierzał...

Ale w jej umyśle przemówił głos. Był to głos Rainbow.

Powiedziała jej, że musi być silna.

Fluttershy odłożyła na chwilę latarenkę, wycierając mokrym kopytkiem krew płynącą z jej ust. Była cała przemoczona; woda zmoczyła ją od kopytek do głowy. Potrzebowała osuszyć swoje ciało, a także potrzebowała opatrzyć swoje rany. Rozejrzała się po pomieszczeniu, do którego weszła.

Był to pokój podobny do tego, do którego wcześniej spadła, tyle że tym razem na środku pomieszczenia znajdowała się drabina, prowadząco do otworu na górze, z którego padała niewyraźna smuga światła.

Fluttershy przypomniała sobie o bolącej szczęce, wypluwając krew, która zebrała się w jej ustach. Bardzo delikatnie chwyciła latarenkę i wyłączyła ją, po czym umieściła w torbie. Ostrożnie potarła żuchwę kopytkiem.

‘Ja... muszę znaleźć lepszy sposób na trzymanie światła...’ – przebiegło jej przez głowę. Nie mogła trzymać latarenki w ustach, jeśli ciągle nieumyślnie zaciskała na niej szczęki.

Fluttershy powoli podeszła do drabiny i zaczęła wspinać się, kopytko za kopytkiem, szczebel po szczeblu.

Drabina zdawała się rozciągać daleko za otwór. Fluttershy ledwo dostrzegała jej szczyt, jednak wiedziała, że była w stanie go zobaczyć. Blade światło przeświecało przez otwór, oświetlając jej drogę. Woda na jej skórze i grzywie zdawała się ją spowalniać, ale i ona powoli ściekała z jej ciała.

Z wielkim trudem zdołała dotrzeć na szczyt drabiny. Wyszła na drewnianą posadzkę i pozwoliła sobie na mały odpoczynek, ciężko sapiąc i dysząc. Czuła, że jej powieki stają się coraz cięższe, ale nie mogła pozwolić sobie na utratę przytomności. Przynajmniej dopóki nie opatrzy swoich ran.

Była w domu, jednak nie potrafiła stwierdzić, do kogo on należał. Musiał to być jeden z wielu domów w Ponyville. Nie był zbyt przestronny, ale za to przytulny. Jęknęła, stając powoli na nogi, idąc do miejsca, gdzie powinna znajdować się łazienka.

Chwyciła wiszące na ścianie dwa ręczniki i przycisnęła je do ciała. Skrzywiła się, gdy materiał dotknął zadrapań na jej grzbiecie, ale to na chwilę stłamsiło ból. Wycierała ręcznikami włosy i skórę, starając się zebrać tak dużo wody, jak to tylko było możliwe.

Kiedy poczuła, że jest już wystarczająco sucha, obejrzała w lustrze swoje rany. Zadrapania na jej grzbiecie były głębsze niż sądziła, ale mimo to nie były zbyt poważne. Tym, co martwiło ją bardziej, były nieładne fioletowe siniaki, które pojawiły się po tej stronie klatki piersiowej, w którą została kopnięta. Jej zęby i usta były również lekko czerwone, ale wyglądało to na niegroźne krwawienie, które niedługo powinno ustąpić.

Zajrzała do szafek w łazience i znalazła butlę z płynem odkażającym oraz kilka bandaży. Z dużą ostrożnością, za pomocą kopytek zaczęła czyścić swoje rany, krzywiąc się i zagryzając usta za każdym razem, gdy alkohol spływał na jej uszkodzoną skórę. Kiedy zostały opatrzone, delikatnie położyła opatrunki na ranach i owinęła je kilkakrotnie bandażami, wokół ciała. Z bólu, łzy napływały jej do oczu, ale musiała być pewna, że opatrunki i bandaże zostały założone prawidłowo.

Dyszała, gdy zakończyła całą procedurę. Chwiejnie stanęła na kopytkach i sprawdziła bandaże jeszcze raz. Na razie wystarczały, ale potrzebowała prawdziwej pomocy medycznej, gdy tylko znajdzie doktora.

Jej powieki zaczęły opadać, gdy powoli wyczłapała z łazienki. Nie mogła wyjść na zewnątrz w takim stanie. Jeśli zostałaby zaatakowana, nie miałaby nawet siły uciec.

Fluttershy dotarła do stojącej nieopodal kanapy i zdjęła swoją torbę, kładąc ją tuż obok, po czym wskoczyła na kanapę i zwinęła się w kłębek.

‘Rainbow Dash... Pinkie Pie... gdzie teraz jesteście...’ – pomyślała Fluttershy, zamykając oczy, z których pociekło kilka lśniących łez - ‘Proszę... potrzebuję was obok mnie...’

„Chcę, żebyś teraz była silna, dobrze?”

- ... D-Dobrze... Ja... Ja obiecuję, że będę... – powiedziała Fluttershy, powstrzymując się od szlochu. Musiała być silna. Powiedziała Dashie, że będzie.

Fluttershy, powoli zapadła w sen.

Rozdział 3Edytuj

Głośna eksplozja, która wstrząsnęła całym domem spowodowała, że Fluttershy zerwała się na równe nogi. Waza, która stała na szafce, tuż obok kanapy spadła, rozbijając się na drobne kawałeczki.

- Co to było?! – powiedziała w przestrzeń, szybko wstając z kanapy.

Natychmiast pożałowała zbyt szybkiego ruchu, wyginając swoje ciało w sposób, który przypomniał jej o bólu w piersi. Upadła na podłogę, dysząc i czując pulsowanie w klatce piersiowej. Na chwilę zapomniała o swoich obrażeniach. Jęknęła, powoli siadając na podłodze, upewniając się, że nie urazi żadnej ze swoich ran. Uważnie obejrzała opatrunki.

Jej rany nie krwawiły podczas snu bardziej, niż oczekiwała, a gojenie się przebiegało prawidłowo, biorąc pod uwagę niewielką ilość odżywczego snu. Ostrożnie podniosła się na kopytka i przeszła kilka kroków. Rozprostowała skrzydła, krzywiąc się lekko, po czym złożyła je z powrotem. Mogła się ruszać, mogła chodzić, przy niewielkim bólu mogła pewnie nawet polecieć, ale ciągle nie była do końca pewna swoich skrzydeł.

-... Na jak długo zasnęłam? – spytała głośno Fluttershy. Nie miała zamiaru zasypiać; jej ciało potrzebowało tego instynktownie. – Ja... Ja zostałam rozdzielona z Rainbow Dash i Pinkie Pie... Powinnam ich szukać, a nie spać. – Fluttershy czuła się podle, zostawiając swoje przyjaciółki na pastwę losu, mimo że nie było w tym żadnej jej winy. Prawdopodobnie martwiły się o nią; pewnie same zaczęły jej szukać...

- Mam nadzieję, że wszystko z wami w porządku. – Fluttershy próbowała odgonić swoje zmartwienia, idąc do frontowych drzwi domu, do którego trafiła. Drzwi były zamknięte; wpatrywała się w nie z niedowierzaniem. Były zamknięte na klucz, od środka. Nad klamką, w pobliżu zamka, znajdował się wyryty symbol lalki.

-... Cz-Czemu drzwi są zamknięte? – przeraziła się Fluttershy, wpatrując się w przeszkodę nie do przejścia. Musiała wrócić na zewnątrz i zobaczyć, co dzieje się dookoła. Zawróciła, by dokładniej przyjrzeć się domowi.

Był to osobliwy domek, niewielkich rozmiarów, jednak nie wyglądał jak żaden z domów normalnie stojących w Ponyville. Nie zauważyła tego aż do tej pory, ale budulec użyty do jego budowy, był taki sam jak w Cloudsdale – był to materiał wykonany specjalnie po to, żeby można było kłaść go na chmurach.

- Hę? To jest... dom w chmurach? – Fluttershy rozejrzała się zaskoczona – Ale... jedynym domem w chmurach, w Ponyville, jest dom Rainbow Dash... – powiedziała zmieszana. Nie miała pojęcia do kogo należało to mieszkanie, ale z pewnością nie należało ono do Rainbow.

Spojrzała na rozbitą na podłodze wazę i zauważyła, że jeden z kawałków różni się od reszty. Gdy nachyliła się nad nią, dostrzegła, że nie była to część wazy, tylko jakiś przedmiot, który znajdował się w niej podczas upadku. Ostrożnie podniosła go i obejrzała.

Była to biała moneta, z wizerunkiem chmury, na której obwodzie wygrawerowane były słowa „Płynąca Chmura”.

Nigdy nie należała do kucyków, które zabierały rzeczy innym, ale coś mówiło jej, że powinna wziąć monetę ze sobą. Może sprawiły to słowa Pinkie na temat tego miejsca, może po prostu był to zwykły instynkt, a może dlatego, że moneta wyglądała na cenną. Umieściła ją w torbie, powracając do sprawdzania domu.

Kątem oka uchwyciła ruch, na który wcześniej nie zwróciła uwagi. Po drugiej stronie drzwi, w korytarzu latało kilka ciem. Wydało jej się to dziwne. Ćmy nie miały żadnego powodu, żeby krążyć wokół drzwi, chyba że za drzwiami znajdowało się jakieś jedzenie, którego nie mogły sięgnąć. Podeszła do drzwi i ostrożnie je popchnęła.

Drzwi z łatwością ustąpiły, otwierając przed nią pomieszczenie, które wyglądało na czyjś gabinet. Ćmy nie miały zamiaru zostać na miejscu, powoli wlatując do pomieszczenia. Ściany były wypełnione książkami najróżniejszych tematów; rozpoznawała wśród nich kilka, wiodących prym. Większość z nich dotyczyła budowania w chmurach, niektóre były tomikami poezji, inne zaś wyglądały jak książki o biznesie. Wszystkie jednak miały na okładce ten sam znak – książki pochodziły z Cloudsdale.

Fluttershy powoli podeszła do biurka, które stało na samym końcu pokoju. Na blacie leżała otwarta książka. Ciekawość wygrała z nią i pegaz przeczytał treść, która znajdowała się na jednej ze środkowych stron.

... pacjentka wykazuje symptomy osłabienia układu immunologicznego. Sprawa staje się coraz bardziej kłopotliwa, gdyż to dyskredytuje wszystkie, wcześniej postawione diagnozy. Każdy krok do przodu wywołuje dwa kroki wstecz. Muszę zacząć wykonywać nowe badania, aby określić, co jest przyczyną jej choroby.

Nie mam jednak zbyt wiele czasu. Jej serce zaczyna słabnąć, jej mięśnie, z upływem czasu, stają się coraz cieńsze. Boję się, że jak tak dalej pójdzie, to stracimy ją.

Zamierzam zastosować nowe leczenie. Wiem, że nie spodoba jej się przyjmowanie jeszcze większej ilości leków, ale musimy odwlekać to, na tak długo, jak tylko potrafimy.

23 Czerwca, 983 Przypadek Medyczny #1156 – Wpis 14 – Dr R. K. Mandeus


Była to książka, dokumentująca przez lata różne przypadki medyczne. Książka była otwarta na jednym z ostatnich wpisów, poruszającym sprawę nieznanej choroby, której pierwsze przypadki odkryto przed millenium. Książka, we wpisach, omawiała ją bardziej szczegółowo.

- Hę? – Fluttershy spojrzała na jedną ze stron; pod nią zdecydowanie odznaczał się wyraźny kształt. Podniosła stronę, by odkryć tego przyczynę i zobaczyła małą monetę z brązu, na której awersie dostrzegła wizerunek domu. Na monecie, drobnym tekstem były wypisane słowa „Stary Dom”.

Ostrożnie podniosła monetę i umieściła ją w torbie.

Zaciekawiło ją jednak to, czemu książka była otwarta akurat na tej, konkretnej stronie. Lub czemu moneta, była ukryta zaraz pod nią. Fluttershy miała zawsze w domu wiele medycznych książek i przeczytała większość z nich. To dlatego stała się tak dobra w opiekowaniu chorymi i rannymi.

Tuż obok książki zauważyła coś, co wyglądało na długi kawałek grubego sznurka. Leżał na biurku, zwinięty w kłąb, zupełnie jakby czekał, żeby ktoś go użył.

‘... Och! Hej, chyba może mi się przydać’ – pomyślała Fluttershy, zupełnie jakby w jej głowie zapaliła sie nagle mała żaróweczka. Ostrożnie sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej latarenkę. Jej szczęka ciągle pulsowała lekkim bólem, po tym jak zbyt mocno zacisnęła ją na jej uchwycie, ale w tym momencie ból był nawet do zniesienia. Położyła latarenkę na blacie, po czym wzięła sznurek i owinęła go wokół rączki.


Ostrożnie zawiązała sznurek na supeł; po tym, jak przywiązała go do uchwytu, otrzymała prowizoryczny wisiorek. Delikatnie zawiesiła go na karku, sprawdzając wytrzymałość sznurka. Zdawał się radzić sobie całkiem dobrze z ciężarem latarenki. Źródło światła zwisało teraz wygodnie na wysokości jej klatki piersiowej.

Włączyła ją, by sprawdzić, jak mocno jest w stanie się nagrzać, gdy płomień przebudzi się do życia. Pozwoliła latarence przez chwilę oprzeć się na jej piersi, po czym powoli przeszła się kawałek, a następnie podskakiwała w kółko, starając się nie urazić żadnej ze swoich ran.

Płomyk tańczył wewnątrz lampy, lecz nie nagrzewał jej zbytnio. Czuła przyjemne ciepło na skórze. Zwisająca latarenka, dobrze oświetlała otoczenie. Jedyną wadą było to, że aby zobaczyć co znajdowało się za nią, musiała obrócić się całym ciałem.

- Och, Fluttershy, jesteś taka mądra – roześmiała się delikatnie, rozradowana własną pomysłowością. Wyłączyła latarenkę, ponieważ w domu było wystarczająco światła, aby dostrzec każdy szczegół. Teraz mogła jednocześnie mieć przy sobie światło i więcej nie bać się o to, że uszkodzi sobie szczękę.

Nic innego w pomieszczeniu nie odbiegało od normy. Teraz był to tylko zwykły gabinet. Obróciła się i wyszła z pomieszczenia, zostawiając resztę w takim stanie, w jakim ją zastała.

Spojrzała na ciągle krążące przed gabinetem, ćmy. Wciąż zastanawiał ją ich lot. Jej wiedza o ćmach mówiła , że owady te zazwyczaj wędrują w kierunku źródła świata, lub w pobliżu nektaru. Te konkretne ćmy zdawały się być po prostu zafascynowane krążeniem dookoła przestrzeni znajdującej się za drzwiami.

Na chwilę odepchnęła od siebie nic nie znaczące myśli, zauważając że przed nią znajdują się drzwi prowadzące do kuchni. Z ciekawością przekroczyła ich próg, patrząc na małą ale zadbaną kuchnię. Wyczuwając coś słodkiego, odwróciła głowę, by spojrzeć na blat i ujrzała leżące na nim ciasto.

- Kto zostawił tutaj ciasto? – zapytała zaciekawiona Fluttershy, podchodząc do blatu. Pachniało jak placek jabłkowy, jednak wyczuwała dodatkowo jakiś aromat, pochodzący prawdopodobnie z dorzuconego podczas pieczenia, specjalnego składnika. Ta woń przywodziła jej na myśl... matkę...

Już od dłuższego czasu nie myślała o pewnej osobie. Poza snami, obraz matki nie nawiedzał jej głowy już od wielu lat. Poczuła się winna z tego powodu. Jej matka umarła z powodu choroby, gdy była jeszcze młoda, zostawiając ją i jej ojca, by radzili sobie sami.

- Mamo... – cicho mruknęła Fluttershy, próbując naiwnie przypomnieć sobie matkę. Obrazy różowowłosej klaczy przez moment przemknęły jej przed oczami, jednak z jakiegoś powodu, wszystkie znajdowały się jakby za mgłą. Zupełnie jakby nie mogła się skupić na żadnym wspomnieniu, które dotyczyło jej mamy. Kiedy próbowała mocniej się na nich skoncentrować, te tylko bardziej się rozmywały.

Fluttershy potarła głowę w zamyśleniu. Wcześniej nigdy nie miała problemów z myśleniem o matce, więc czemu miała je teraz? Czy to przez to dziwne miejsce? A może był to efekt uboczny zaklęcia Twilight? Była to jedyna rzecz, jaka przychodziła jej teraz do głowy...

Spojrzała tęsknie na placek, ale mimo, że pachniał naprawdę przepysznie, nie potrafiła zmusić się do spróbowania kawałka. Po prostu coś nie pasowało jej w samej jego obecności. Obok dostrzegła refleks światła, który zwrócił jej uwagę na leżący obok przedmiot. Była to złota moneta, z wizerunkiem młodej klaczy na awersie. Brzeg pokryty był drobnymi literkami, układającymi się w napis „Uwięziona Klacz”.

Instynktownie włożyła ją do torby, tuż obok pozostałych monet. Ciągle nie wiedziała, co przymuszało ją do wzięcia każdej z nich. Odwróciła się od blatu i wyszła z kuchni. Dom wyglądał na mały; stanęła właśnie przed ostatnimi drzwiami, których jeszcze nie sprawdziła. Ostrożnie popchnęła drzwi i zajrzała do środka.

Była to sypialnia, jednak mogła to stwierdzić tylko na podstawie stojącego pod ścianą, łóżka. Oprócz niego, jedynym meblem w pokoju była komoda, której front zrobiony był z grubego szkła. W komodzie, w poziomym rzędzie, znajdowało się pięć okrągłych otworów.

Fluttershy ostrożnie podeszła do szuflady, by lepiej się jej przyjrzeć. Otwory były wielkości monet. Na szkle dostrzegła przyklejoną notkę:

Tylko trzy istnieją w tym świecie,

Rankiem, w południe i nocą wieje cichy wiatr Poprzez świat, nadając mu swój kształt.

Kiedy słońce jest w zenicie, przynosi miłe ciepło, Zimno i woda znikają w przestworzach.

W oczekiwaniu na ich przybycie, by wybudować dom, Czeka świat, w ciszy i pustce.

Nie zajmie to długo, przybędą i zbudują, To co było pustką, zostanie wypełnione.

Lecz mimo tego nie znajdziesz tam radości i śmiechu. Zamiast tego będzie ciche, niewypowiedziane cierpienie.


Fluttershy przeczytała notkę dwukrotnie, myśląc o tym, co stara się jej przekazać. Komoda miała pięć miejsc, w które można było włożyć monety, a w torbie Fluttershy spoczywały trzy z nich. Jej instynkt podpowiadał jej rozwiązanie, lecz teraz próbowała dowiedzieć się, co ono oznacza.

Sięgnęła do torby i wyciągnęła trzy monety, przyglądając się im uważnie.

‘W porządku... więc kiedy woda paruje pod wpływem ciepła słonecznego, staje się parą, która potem zamienia się w chmurę...’ – domyślała się Fluttershy, ostrożnie umieszczając „Płynącą Chmurę” w drugim otworze, stwierdzając że pierwszy otwór musi zostać pusty, naśladując efekt wiatru.

‘Następnie... wybudowali dom, w pustej ciszy...’ – pomyślała Fluttershy, zostawiając miejsce obok „Płynącej Chmury” puste i umieszczając „Stary Dom” w kolejnym wgłębieniu. To pozostawiało już tylko jeden wolny otwór. Włożyła tam monetę „Uwięziona Klacz”.

Usłyszała ciche kliknięcie, które potwierdziło poprawne ułożenie monet. Szklana pokrywa odsunęła się powoli, ujawniając wewnątrz małą dźwignię. Fluttershy, z ciekawości położyła na niej kopytko i pociągnęła za nią.

Jej uszy poderwały się, gdy usłyszała dźwięk przesuwanego przedmiotu. Odwróciła głowę i ujrzała duży otwór, wielkości drzwi. Wiedziała, że wcześniej go tam nie było. Wewnątrz znajdowały się ciemne schody prowadzące w głąb czegoś, co przypominało piwnicę.

Fluttershy spojrzała ostrożnie w dół schodów. Panował tam mrok. Nie była w stanie dostrzec nic dalej, niż na kilka metrów. Jej pozytywka milczała, więc założyła, że nic jej tam nie grozi. Włączyła latarenkę i zaczęła schodzić w dół.

Zauważyła, że im niżej się znajdowała, tym ściany stawały się coraz bardziej wilgotne. Wyczuwała mdlący smród zapleśniałego otoczenia, który nabierał intensywności wraz z jej wkraczaniem w ciemność. Nie była pewna, co czeka na nią na dole, ale to pomieszczenie było wcześniej ukryte, więc jej instynkt podpowiadał jej, że nie mógł to być przypadek.

Schody skończyły się i znalazła się w dość dużej piwnicy. Fluttershy rozejrzała się dookoła, dostrzegając szare ściany pokryte brudem i pleśnią. Słyszała odgłos ściekającej wody, zauważając jednocześnie, że krople spływają również po ścianach i suficie. Na podłodze uformowało się kilka małych kałuż. Omiotła wzrokiem resztę pomieszczenia, zauważając leżący w rogu przedmiot.

Znajdowała się tam mała lalka kucyka. Była podarta i poniszczona przez czas, pokryta grubymi szwami. Fluttershy poczuła ukłucie nostalgii; lalka była bardzo podobna do lalki, którą miała w dzieciństwie. Jednakże jej zabawka nie była tak brzydko pozszywana i stara. Znajdowała się w pudełku, w jej domu, czekając na dzień, kiedy będzie mogła ją przekazać swojej małej klaczce lub źrebakowi.

Tuż obok lalki znajdowało się otwarte pudełko na przybory do szycia, a dookoła niego walały się igły i nici, zupełnie jakby ktoś w pośpiechu upuścił skrzynkę, zostawiając ją w tym pomieszczeniu. Nachylając się na nad nią, zauważyła klucz w kształcie lalki.

- Och, to musi być klucz do tamtych drzwi – uśmiechnęła się Fluttershy, po czym podniosła go i umieściła w torbie. Teraz mogła opuścić ten dom i zacząć szukać przyjaciół.

Jej uszy uchwyciły, dobiegający z daleka, dziwny odgłos. Brzmiało to, jak syrena alarmowa, której zadaniem było ostrzegać mieszkańców przed zagrożeniem. Po jej grzbiecie przebiegły dreszcze, lecz nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Coś nie pasowało jej w samym dźwięku syreny, wywołując niepokój. Czuła, że musi opuścić piwnicę w mgnieniu oka. Odwróciła się i zaczęła szybkim krokiem kierować się w stronę schodów, którymi wcześniej się tu dostała.

Lecz coś się zmieniło. Nie była w stanie od razu powiedzieć, co takiego, ale schody wyglądały jakoś... inaczej, niż gdy schodziła nimi kilka minut wcześniej.

Do jej uszu dobiegł odgłos pędzącej wody. Odwróciła się, by oświetlić schody, które znajdowały się za jej plecami, gdy usłyszała dźwięk dobiegający jakby spod ziemi. Jej oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyła, że woda zaczyna błyskawicznie zalewać dolne stopnie. Schody, jeden pod drugim znikały pod wzburzoną wodą.

Nie tracąc ani chwili dłużej, Fluttershy zaczęła panicznie uciekać przed żywiołem. Próbowała biec najszybciej, jak tylko mogła. Każdy stopień przed nią był pokryty wodą, na której co rusz ześlizgiwały się jej kopytka. Słyszała, że woda w błyskawicznie wypełnia przestrzeń za nią, zbliżając się do niej coraz mocniej. Jeśli nie uda jej się dotrzeć na szczyt schodów, z pewnością utonie.

Jej przednie kopytko ześlizgnęło się ze stopnia i uderzyła twarzą w schody. Zaskomlała z bólu, ale szybko wstała próbując odesłać ból na dalszy plan. Poczuła, że woda zaczyna sięgać jej tylniego kopytka. Zaczęła panikować. Mocno wyciągała nogi, zmuszając ciało do nadkucykowego wysiłku. Nigdy nie przypuszczała, że jest w stanie biec tak szybko.

‘Powinnam już być na zewnątrz! Te schody nie były takie długie! Powinnam już być z powrotem w pokoju!’ – myśli krążyły po jej umyśle. Jej pierś pulsowała bólem, sygnalizując, że została zmuszona do zbyt dużego wysiłku; czuła tępy ból na twarzy. Zepchnęła to wszystko na bok. Mogła pomyśleć o tym później. Nie mogła tu umrzeć; nie tonąc na jakichś schodach, gdy musiała znaleźć przyjaciół.

Woda zaczęła bryzgać dookoła jej tylnich kopyt, ciągle przybierając na sile. Dyszała ciężko, próbując zmusić ciało do ucieczki.

Korytarz prowadzący w górę nagle zakręcił, przechodząc w wielki otwór. Kamienne stopnie zostały zastąpione metalowymi, które stromo zakręcały w górę ogromnego szybu. Fluttershy nie potrafiła dostrzec, gdzie się kończą, ale nie mogła się teraz zatrzymywać. Zaczęła biec po metalowych schodach, zmuszając się do skręcania co kilka metrów, by dotrzeć na szczyt kwadratowej klatki schodowej.

Woda zwiększała teraz swój poziom szybciej niż wcześniej. Próbowała przebierać kopytkami z całych sił, ale wiedziała, że nie jest wystarczająco szybka. Serce wyrywało jej się z piersi, a wysiłek powodował w gardle olbrzymi ból podczas oddychania.


Woda ponownie przybrała, zatapiając całkowicie jej tylne kopytka. Fluttershy płakała, próbując uciec, ale opór i lepkość wody natychmiastowo ją zwalniały. Poziom wody podniósł się powyżej jej nóg, a następnie zakrył jej ciało.

Fluttershy wzięła ostatni haust powietrza, zanim woda dotarła do jej głowy, ostatecznie zatapiając żółtego pegaza.

Zamachała kopytkami w wodzie, starając się dotrzeć na powierzchnię. Panikowała. Woda napierała na jej ciało i miała problemy z określeniem kierunku, w którym powinna podążać. Włożyła cały wysiłek w płynięcie ku górze, ale jej ciało wyraźnie odczuwało zmęczenie. Światło zgasło, kiedy woda zalała latarenkę i Fluttershy szybko straciła orientację w otoczeniu. Nie była w stanie powiedzieć, który kierunek był tym właściwym.

Woda wirowała wokół niej; zacisnęła swe szpony zarówno na jej ciele, jak i na jej umyśle. Ledwo była w stanie myśleć. Zaczynała tracić kontakt ze światem.

Ból w płucach zmusił ją do otworzenia ust. Bąbelki powietrza powędrowały ku górze. Chciała zastąpić je świeżym tlenem, lecz w całkowitej ciemności czekała na nią tylko woda. Traciła przytomność i zdawała sobie z tego sprawę.

Nie zostało jej już wiele czasu na tym świecie...


- No chodź, woda jest w sam raz. – Fluttershy uśmiechnęła się radośnie, delikatnie unosząc się na powierzchni spokojnego jeziora, patrząc na Rainbow Dash, która wyglądała na nie do końca przekonaną do wejścia do wody.

-Yyy... jasne, już idę – odpowiedziała Rainbow z wymuszonym uśmiechem, powoli dotykając powierzchni wody kopytkiem. Z ociąganiem zaczęła wchodzić do jeziora, jednak nie odeszła zbyt daleko od brzegu. Woda sięgała jej do połowy nóg.

- Nie masz ochoty na pływanie? Bo możemy porobić coś innego, jeśli tego chcesz... – powiedziała Fluttershy, powoli płynąc do Rainbow Dash. Na jej twarzy malowało się zmartwienie.

- To nie tak. Po prostu... – Rainbow uciekła wzrokiem, lekko zażenowana – Potrafię pływać... ale nie jestem w tym zbyt dobra.

- Och, czy chodzi tylko o to? Mogę nauczyć cię pływać lepiej – powiedziała Fluttershy, uśmiechając się pocieszająco. Podpłynęła do Rainbow Dash i stanęła na mieliźnie.

- Cóż... Nigdy nie poświęcałam wiele uwagi nauce pływania. Zawsze chciałam śmigać jak wiatr w przestworzach. Woda po prostu wydawała mi się za wolna, zbyt ciężka, by móc rozwinąć w niej dużą prędkość. – Rainbow zmarszczyła brwi i kopnęła kopytkiem w wodę.

Fluttershy pomyślała przez moment nad słowami swojej dziewczyny i po chwili uśmiechnęła się.

- Wiesz, mogę cie nauczyć jak możesz użyć swoich skrzydeł pod wodą, zupełnie jakbyś latała. Właściwie jeśli osiągniesz dobrą technikę, możesz całkiem szybko popłynąć.

- Naprawdę? Jest na to sposób? – spytała Rainbow, lekko zaskoczona.

- Oczywiście, jednak aby robić to dobrze, potrzeba wiele treningu. Wykonuje się wiele subtelnych ruchów i trzeba odpowiednio układać ciało, by woda stawiała mniejszy opór, ale jest to możliwe. – Fluttershy uśmiechnęła się z dumą, czując radość na myśl o tym, że wie coś, czego Dashie jeszcze nie zna, a czym jest zainteresowana.

- MUSISZ mi to pokazać! Jeśli to, co mówisz jest prawdą, to mogłabym wpleść pływanie w moje triki! – Rainbow uśmiechnęła się z rozmarzonymi oczami.

- Oczywiście, że ci pokażę – Fluttershy zaśmiała się delikatnie, po czym popłynęła z powrotem na głęboką wodę. – A teraz patrz uważnie. – Rozłożyła skrzydła w wodzie, przygotowując się, by pokazać wszystko Dash po raz pierwszy.



Oczy Fluttershy błysnęły w odmętach wody, a jej skrzydła rozprostowały się. Zamachała przez chwilę kopytkami, po czym chwyciła się poręczy metalowych schodów. Położyła na niej tylnie nogi, starając się sprawdzić stan swoich poobijanych skrzydeł. Chyba była w stanie zrobić to, co zamierzała.

Mocno odepchnęła się nogami i wyciągając kopytka do przodu, wydłużyła kształt ciała, by szybciej poruszać się w wodzie. Machała skrzydłami, czując pod piórami opór wzburzonej wody. Odpychała wodę najmocniej jak mogła, starając się poruszać w przód. Czuła dookoła morderczą toń, próbującą wciągnąć ją jak najgłębiej.

Zaczęła precyzyjnie machać skrzydłami, nabierając wodę i odpychając ją za siebie, prześlizgując się zgrabnie w górę.

Jej ciało i umysł motały się i krzyczały, próbując zwrócić jej uwagę na ból, na ogień w piersi, na rany, mówiąc jej, by się zatrzymała. Jednak nic nie było w staniej jej teraz powstrzymać.

Zacisnęła szczęki, zamknęła oczy, machnęła skrzydłami ostatkiem sił, które zdołała zgromadzić i popłynęła w górę mrocznej głębi, szukając, nie... potrzebując wyjścia. Przyćmione światło zamajaczyło w zasięgu jej wzroku. Rozpostarła skrzydła najszerzej jak mogła, łapiąc jak największą ilość wody i odpychając ją w dół, zmuszając ciało do skierowania się w stronę światła.


Głośny wdech rozbrzmiał echem pośród plusku wody, gdy jej głowa wynurzyła się na powierzchnię. Kasłała i dyszała, wciągając powietrze ze świstem. Pognała na skraj kanału, łapiąc się posadzki. Położyła obydwa kopytka na ziemi, by utrzymywały ją w miejscu i rozkoszowała się słodkim smakiem powietrza.

Jej głowa pulsowała jak szalona. Czuła jakby jej ciało zostało rozerwane na kawałki, a każdy mięsień przypominał jej o tym, jak wielkie miała szczęście, że w ogóle przeżyła.

Odkaszlnęła wodę, która dostała się do jej płuc. Na jej twarz wstąpił grymas, gdy poczuła, że ból zaczyna coraz bardziej przybierać na sile. Dopiero teraz zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, jak niewiele dzieliło ją od tragedii. Na chwilę zaakceptowała przecież śmierć, jako pewnik i to, że będzie musiała zginąć w tym zimnym, wodnym piekle.

... Woda była zimna. W panice nie zauważyła tego, ale teraz, gdy dryfowała na powierzchni spokojnej toni, czuła jak jej ciałem wstrząsały dreszcze. Jęknęła i podciągnęła się do góry, wkładając resztki sił w wydostanie się z wody.

Udało jej się wyciągnąć nogi, po czym uczyniła to samo z ogonem. Leżała na podłodze, przemarznięta i ciężko dysząca. Bolała ją każda komórka jej ciała. Czuła, jak powoli opadają jej powieki, pragnąc zatopić ją w spokojnym śnie.

‘... NIE!’ – jej umysł skarcił ją, zmuszając do otwarcia oczu. – ‘Fluttershy, właśnie prawie utonęłaś! Nie wspominając już o tym, że cała przemokłaś w zimnej wodzie. Jeśli pójdziesz do spania, bez żywej duszy obok, możesz już nigdy się nie obudzić. Utrata tlenu może wprowadzić cię w śpiączkę, a spanie na takim zimnie, może skutkować hipotermią. NIE MOŻESZ teraz zasnąć!’

Głęboko oddychała, czując narastający przypływ paniki. Dzięki jej wiedzy medycznej, dotarła do niej groza sytuacji. Było dobrze, gdy chodziło tylko o rozcięcia i siniaki, ale to było dużo poważniejsze. Nie mogła pójść do spania. Właśnie uratowała swoje życie i nie mogła pozwolić na to, żeby wyślizgnęło się z jej kopytek tak łatwo.

Spróbowała się podnieść i stanąć na kopytkach. Jej nogi mocno się zatrzęsły; ledwo była w stanie utrzymać na nich jakikolwiek ciężar i czuła, jak rozjeżdżają się na boki. Jej tętno przyspieszyło. – ‘Dobrze... zachowaj czujność... panika może być teraz moim przyjacielem...’ – mruknęła, z całych sił próbując utrzymać się na nogach. Musiała wstać. Musiała ruszyć się z miejsca.

Resztkami sił zdołała ustać. Jej nogi drżały jak szalone, ale stała. Mocniej niż zwykle, zaczęła wstrząsać całym ciałem. Woda z jej skóry pryskała dookoła. Nie było sposobu, żeby wysuszyć całe ciało. Nie teraz, gdy była tak zmęczona.

Rozejrzała się dookoła, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby jej pomóc, ale panował zbyt duży mrok, by dostrzec cokolwiek. Spojrzała na latarenkę, która ciągle była przyciśnięta do jej piersi. Potrzebowała teraz ciepła jej płomyka. Nacisnęła latarenkę, przełączając ją kilkukrotnie. Modliła się, by mimo zalania wodą, była wciąż użyteczna.

Jakimś cudem, płomień rozżarzył się blaskiem. W jakiś sposób olej i knot były ciągle sprawne.

Jej głowa chwiała się, a świat zdawał się wirować wokół niej, ale starała się jak mogła, by spojrzeć na otoczenie. Znajdowała się w małym, kwadratowym pomieszczeniu, z drzwiami wychodzącymi na coś, co wydawało się być zapleczem. Ogromna, kwadratowa dziura, wypełniona wodą, z której dopiero co udało jej się wydostać, znajdowała się teraz pośrodku pokoju.

Ostrożnie ruszyła w stronę korytarza. Każdy krok wywoływał u niej dreszcze i pragnienie krzyku, spychając ją na skraj upadku. Potrzebowała ręczników, by osuszyć ciało. Potrzebowała okryć się czymś ciepłym. Potrzebowała jedzenia i picia.

Powoli podeszła w kierunku biurka, które zauważyła przed sobą. Leżały na nim trzy rzeczy, na które natychmiast zwróciła uwagę. Pierwszą z nich była mapa miejsca, w którym się znajdowała. Na górze wypisane było wyraźnymi literami „Szpital Cloudsdale”, a pod nimi plan dwóch kondygnacji.

- ... S-Szpital... Cloudsdale? – wyjąkała niezamierzenie na głos. Słyszała zmęczenie w swoim tonie. W tym szpitalu pracował jej ojciec – najlepszy lekarz w całym Cloudsdale. Ocalił więcej żyć niż wszyscy inni lekarze razem wzięci. To dzięki niemu zdobyła tak szeroką medyczną wiedzę, którą wykorzystywała, by opiekować się zwierzętami i chorymi kucykami.

Jeśli była w szpitalu, to na pewno mogła znaleźć w zaopatrzeniu coś, co pozwoliłoby jej pomóc sobie w obecnym stanie...

Fluttershy szybko sprawdziła, gdzie znajdują się pokoje pacjentów. Będzie musiała wrócić, by wziąć mapę, ponieważ jej torba cała przemokła i mogłaby ją zniszczyć.

Następną rzeczą, jaką dostrzegła na biurku, była butelka, na której znajdowała się etykieta z napisem „Napój Zdrowotny”. Pamiętała takie z jej wizyt w szpitalu. Był to specjalny typ lekarstwa, który pomagał się zrelaksować i uleczyć ciało. Potrzebowała tego natychmiast.

Ostrożnie odkręciła nakrętkę z butelki, po czym wlała jej zawartość do ust. Łapczywie połykała łyk za łykiem. Mikstura smakowała trochę jak gorzkie truskawki, ale czuła ulgę spływającą po jej gardle. Skończyła napój i dała sobie chwilę na przełknięcie.

Prawie natychmiast poczuła, że jej zmęczenie zaczyna słabnąć, a ból, który piekł całe jej ciało, zaczął blednąć. Jej wzrok wyostrzył się, a umysł uwolnił się z mgły, która trzymała go w ryzach od jakiegoś czasu. Mogła stwierdzić, że napój wykazywał działanie przeciwbólowe. Naprawdę wcale nie było z nią lepiej, ale złagodzenie bólu również znacząco poprawiało jej komfort.

Teraz, z czystym umysłem, była w stanie w końcu rozejrzeć się po zapleczu.

Podłoga wykonana była ze stali, pokrytej wszechobecną rdzą i śladami pleśni. Przemoknięte, zagrzybiałe ściany były w wielu miejscach popękane i nosiły na sobie ślad czasu. Dach w wielu miejscach przeciekał. Krzesełka i stoliki walały się dookoła, porozwalane na kawałki. Na ziemi leżały wywrócone wózki inwalidzkie i szpitalne łóżka. Na podłodze, gdzieniegdzie widać było plamy krwi. Całe pomieszczenie zdawało się oznajmiać, że nie ma tu nic sympatycznego.

Fluttershy odwróciła swoją uwagę. Nie miała zamiaru skupiać się na stanie tego pomieszczenia; musiała najpierw zająć się potrzebami własnego ciała.

Lecz zanim odeszła, przeczytała ostatnią rzecz, którą zauważyła na biurku. Notatkę, która wyglądała, jakby została zapisana w pośpiechu czerwonym mazakiem.

Zamknąłem to dobrze Już nie może nas skrzywdzić Wpatrują się, och Luno wpatrują się Wzniosą to, ale to nie odejdzie To nas ocenia To wie Ale bez niego nie może nas skrzywdzić Zamknąłem je Lecz w razie potrzeby, mam ten kod


                                       


H I D E 


Notka w tym momencie nie miała dla niej żadnego sensu, ale czuła, że musi być to coś ważnego. Po to również musiała wrócić.

Odeszła od blatu, zbierając nowe siły, by przejść przez podwójne drzwi, które znajdowały się za biurkiem. Weszła w korytarz, który znała z dzieciństwa. Mimo tego, że całe miejsce popadło z upływem lat w ruinę, była w stanie go rozpoznać.

Szybko ruszyła w stronę pierwszego pokoju, który zobaczyła i otworzyła go. Był to pokój badań, mimo tego, że szafki były powywracane, a stoły wyglądały jakby miały zaraz się rozpaść.

Fluttershy ostrożnie zdjęła torbę z grzbietu i położyła ją na stole, po czym przeszła do uszkodzonych szafek. Znalazła różne przydatne przedmioty – świeże bandaże, kilka Napojów Zdrowotnych, ręczników i gazików – wszystko, czego potrzebowała, by postarać się wrócić do swojej pełnej formy.



Gdy zaczęła delikatnie suszyć swoje ciało i nakładać świeże opatrunki, nie zwróciła uwagi na ciche bzyczenie, które zaczęło dobiegać z pozytywki, leżącej na dnie torby.

Rozdział 4Edytuj

Fluttershy westchnęła, leżąc na posadzce w pokoju badań. Obwiązała wokół głowy ręcznik i oddychała powoli, próbując uspokoić skołatane nerwy. Ponownie opatrzyła swoje rany, które otworzyły się w wodzie, a teraz powoli zaczynały się z powrotem goić. Ciągle czuła ból w mięśniach, mimo tego, że napoje zdrowotne znacząco jej pomogły. Przestała również drżeć – był to znak, że temperatura jej ciała wracała do normy.

Rozpaliła małe, prowizoryczne ognisko, używając resztek gazy i bandaży, oraz niewielkiej ilości oleju z latarenki. Ogień zapewniał jej przynajmniej minimalny komfort, rozgrzewając jej ciało i kojąc zmysły obrazem tańczących przed nią płomieni. Nie paliło się zbyt długo, ale spełniło swoje zadanie.

Powiesiła torbę, by szybciej wyschła, jak również chciała osuszyć swoją pozytywkę. Była zaskoczona, że nie zgubiła swojego Klucza – Lalki w tej przeklętej toni, mimo tego, że mapa Ponyville również nie wypadła z torby. Powoli wysychała, lecz oczywistym było, że nie wróci już do swojego pierwotnego stanu.

- ... Zastanawiam się, co teraz robią Rainbow Dash i Pinkie Pie... – zapytała Fluttershy samą siebie, wpatrując się w płomienie. Czuła się samotnie bez swoich przyjaciółek i zaczynała martwić się o ich bezpieczeństwo. To miejsce wcale nie było przyjazne. Już dwukrotnie, cudem uniknęła śmierci... i w obydwu przypadkach była to zasługa Rainbow Dash.

- ... Rainbow Dash... – mruknęła cicho, zamykając oczy, by pomyśleć o swojej partnerce.


- TO JEST TO! TO JEST MOJA SZANSA! – piszczała radośnie Rainbow Dash, machając plakatem przed nosem Fluttershy - Wonderbolts będą przeprowadzać OTWARTE CASTINGI za TRZY MIESIĄCE! To pierwszy raz kiedy W OGÓLE będą to robić! Widocznie są tak zdumieni talentem nowych lotników, że chcą osobiście zaprosić najlepszych z najlepszych do swojego zespołu! – Rainbow Dash ponownie pisnęła, wypowiadając ostatnie słowa i praktycznie tańcząc z radości.

- To wspaniale Rainbow Dash! – wspierała ją radośnie, Fluttershy - W końcu będziesz mogła spełnić swoje największe marzenie!

- Wiem! Och, będę musiała podkręcić tempo moich sesji treningowych! No i muszę też popracować nad nowymi trikami – trikami, o których żaden kucyk nawet jeszcze nie pomyślał! Najbardziej mrożące-krew-w-żyłąch i nie-z-tego-świata triki, jakie jakikolwiek kucyk mógł kiedykolwiek OGLĄDAĆ! – Rainbow Dash natychmiastowo rozważyła wszystkie możliwe opcje.

- Nie powinnaś również zapomnieć o wykonaniu Tęczowego Gromu. Jesteś jedynym kucykiem, w całej Equestrii, który to potrafi! Po tym, jak to zobaczą, na pewno przyjmą cię w swoje szeregi – powiedziała radośnie, Fluttershy.

Po słowach Fluttershy, radość Rainbow jak gdyby nagle gdzieś się ulotniła. Spuściła głowę i zaczęła grzebać kopytkiem w piasku.

- Tęczowy Grom taa... – Rainbow szurała kopytkiem i wyglądała na lekko niespokojną.

- O co chodzi? – zapytała Fluttershy, zauważając natychmiastową zmianę w jej zachowaniu.

- Cóż... tak szczerze... nie byłam w stanie wykonać Tęczowego Gromu od zawodów młodych lotników. – Rainbow Dash wykrzywiła usta w grymasie, niechętnie przyznając się do porażki.

- Naprawdę? Czy nie pamiętasz jak się to wykonuje?

- Nie chodzi o to, że zapomniałam jak to się robi... po prostu z jakiegoś powodu, rzeczy stają się poważniejsze, zaraz gdy mam to wykonać. Ziemia znajduje się zbyt blisko, lub zaczynam panikować, że nie kontroluję swojej szybkości, albo wydaje mi się, że potrafię wykonać to tylko w krytycznych momentach, lub-

Niepohamowany wywód Rainbow został przerwany przez usta Fluttershy, które znalazły drogę do warg tęczowowłosego pegaza. Twarz Rainbow pokryła sie rumieńcem.

- Wiem, że to potrafisz, Rainbow Dash. Wierzę w ciebie. – Fluttershy uśmiechnęła się ciepło do swojej dziewczyny, patrząc jej głęboko w oczy

- Cóż... Myślę, że zawsze mogę spróbować jeszcze raz – powiedziała Dash szczerząc się i niesamowicie rumieniąc. Rozłożyła skrzydła i wystrzeliła w niebo na pełnej szybkości. Fluttershy uśmiechnęła się, patrząc na nią. Od zawsze lubiła nonszalancki sposób, w jaki latała Rainbow.

Rainbow usadowiła się wysoko na chmurze, patrząc na świat pod swoimi kopytkami. Biorąc szybki oddech, ponownie zerwała się do lotu, krążąc dookoła i czekając na odpowiedni moment. Fluttershy oglądała jej lot, uświadamiając sobie, że Dash musi mieć chwilę na rozeznanie w powietrzu. Rainbow zatrzymała się wysoko, w przestworzach, praktycznie przysłonięta promieniami słońca.

Ujrzała jak opada. Rainbow gnała prosto w stronę ziemi z niewyobrażalną prędkością. Fluttershy patrzyła w oczekiwaniu, jak wokół ciała pegaza zaczyna formować się stożek powietrza. Fluttershy wstrzymała oddech.

Przez chwilę wydawało się, że Rainbow się zawahała. Fluttershy dostrzegła zmianę w jej locie. Położyła kopytko na ustach, widząc że w każdej chwili może polecieć w tył, tak jak czyniła to wiele razy wcześniej...

Ale w ostatnim momencie, w oczach pegaza rozgorzał ogień determinacji. Jej ciało wydłużyło się i wtem-

BOOM

Ogromna eksplozja rozdarła przestworza. Kolorowy okrąg rozszerzył się, a z jego środka, ku ziemi wystrzeliła tęcza, która zakręciła tuż przed zderzeniem z podłożem, po czym poszybowała w niebo z ogromną prędkością. Wielka tęcza wędrowała po przestworzach.

Fluttershy krzyczała, skacząc w górę i w dół, zachwycona niesamowitym widokiem.


- ... Zaraz... eksplozja... – Fluttershy podniosła głowę z kopytek. – Ta, która obudziła mnie wcześniej w domu... brzmiała bardzo podobnie do Tęczowego Gromu!

Teraz zaczęła się martwić. Jaki powód mogła mieć Dash, by użyć tutaj Tęczowego Gromu? Chyba, że...

- Och nie... czy Dash została znów zaatakowana przez Smoka? – serce Fluttershy zaczęło walić jak oszalałe – Może być ranna, uwięziona, albo... albo jeszcze gorzej! – serce podeszło jej do gardła, gdy wstała szybko i potrząsnęła głową, próbując oczyścić umysł, jednocześnie zrzucając ręcznik na ziemię.

- Nie, nie mogę myśleć w ten sposób! Rainbow Dash jest cała i zdrowa... i jestem przekonana, że Pinkie Pie również. Po prostu muszę je odnaleźć... – Fluttershy spojrzała na to, co zostało z rozpalonego ogniska, które dogasało, żarząc się ostatnimi iskrami. Żywot ogniska był przesądzony.

- W porządku, powinnam być wystarczająco sucha, jak również moje rzeczy powinny już wyschnąć na tyle, że nadszedł czas na znalezienie wyjścia z tego miejsca. Muszę odnaleźć przyjaciół. – Fluttershy szybko umieściła rzeczy z powrotem w lekko wilgotnej torbie. Upewniła się, że wzięła trochę gaz i bandaży, jak również napojów zdrowotnych. Musiała być przekonana, że ma przy sobie medyczne zapasy, na wypadek tego, co mogło jeszcze zdarzyć się po drodze.

Zapięła torbę i założyła ją na grzbiet. Zawiesiła z powrotem latarenkę na szyi i włączyła ją, upewniając się, że jest ciągle sprawna, po czym ruszyła w stronę korytarza.

Nagle, pozytywka zaczęła brzęczeć i zawodzić odgłosem bzyczących pszczół. Poczuła jak powietrze staje się gęstsze. Fluttershy natychmiastowo zaczęła walczyć o oddech, zupełnie jakby samo powietrze naciskało nieustannie na jej ciało, próbując wydusić z niej resztki życia. Poczuła jak drętwieje pod naporem powietrza starającego się zmiażdżyć jej ciało. Powoli obróciła głowę, patrząc w głąb korytarza, z którego, jak jej się wydawało, emanował nacisk.

Jej oczy otworzyły się szeroko, a źrenice zwężyły się w szparki, gdy dostrzegła parę czerwonych, przenikliwych oczu, wpatrujących się w nią. Należały do wysokiego, kucykopodobnego stwora, , który z łatwością przewyższał ją siłą. Jego ciało było skryte w ciemności, która wydawała się falować i opływać dookoła niego, sprawiając wrażenie pełzających po jego skórze, czarnych płomieni. Gdy stwór wpatrywał się w nią, otworzył paszczę, ujawniając białe szczęki, które całkowicie kontrastowały z jego czarnym jak smoła, ciałem. Ledwo dostrzegała jego ostre jak brzytwa zęby. Uśmiechał się do niej.

Zaczął iść w jej stronę, znacząc każdy krok, głuchym łomotem, który odbijał się echem od ścian. Gdy się zbliżał, powietrze zdawało się gęstnieć, a jego obecność zdawała się mocniej ją przytłaczać, wywołując trzęsienie nóg i bezdech oraz kołatanie serca.

W głowie Fluttershy zaczęło rozbrzmiewać tylko jedno, pojedyncze słowo.

Ból.

Ten potwór miał sprawić jej ból.

Musiała od niego uciec, musiała się oddalić, ale jej kopytka tkwiły w miejscu jak przyklejone.

Ból. Ból. Ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból ból BÓL BÓL BÓL BÓL BÓL

Czemu nie mogła uciec? Przecież musiała. Umrze tutaj, jeśli natychmiast nie ucieknie, lecz jest sparaliżowana strachem. Strachem przed czym? Gniewem tej bestii? Właśnie przed tym musi uciekać!

„Chcę, żebyś teraz była silna, dobrze?”

Umysł Fluttershy błyskawicznie wrócił do rzeczywistości. Natychmiastowo odwróciła się na kopytkach i pobiegła najszybciej, jak tylko mogła.

W końcu mogła wziąć głęboki oddech, szybko mijając otaczające ją drzwi. Korytarz zmierzał do końca, jednak przed sobą ujrzała schody prowadzące na drugie piętro. Nie mogła się teraz zatrzymać, musiała biec.

Jej kopytka głośno dudniły z każdym stopniem. Zdawała się oddalać coraz bardziej od stwora. Powietrze było zdatne do oddychania i nie czuła już jego miażdżącej-duszę obecności. Również dźwięki pozytywki zaczynały powoli ucichać.

Dotarła na szczyt schodów, dysząc z powodu zatęchłego powietrza. Świat ciągle śmierdział rozkładem i zgnilizną, ale i tak było to lepsze niż przebywanie w obecności tamtego stwora.

Szybko zaczęła iść wzdłuż korytarza na drugim piętrze, gdy jej pozytywka niespodziewanie zaczęła ponownie bzyczeć. Stanęła jak wryta, oczekując pojawienia się przed sobą czarnej bestii, ale to co powoli wkraczało w zasięg jej latarenki nie było czarnym stworem... To wyglądało jak pielęgniarka...

Nosiło standardowy ubiór pielęgniarki ze Szpitala Cloudsdale – różowy czepek z czerwonym krzyżem i dobrze dopasowany, różowy uniform, który kończył się tuż nad bokiem, tak że można było zobaczyć cutie mark, oraz białe skarpetki na tylnich nogach i specjalne trepy na kopytka, by jej kroki nie były zbyt głośne dla pacjentów.

Jednakże tutaj kończyły się wszelkie podobieństwa. Twarz pielęgniarki była pokryta bandażami, skrywającymi jej oczy i twarz, a wokół jej ust znajdował się metalowy kaganiec, z dziurkami do oddychania, jednak wyglądał bardziej, jakby został tam umieszczony, by uciszyć stwora. Jej strój był pokryty plamami krwi, jakby została przez coś zaatakowana, podczas gdy jej biały ogon nie posiadał na sobie ani jednej plamki.

Pozytywka zaczęła brzęczeć coraz głośniej, w miarę zbliżania się stwora. Głowa pegaza obracała się w przód i w tył, szukając drogi ucieczki, która nie zmuszałaby jej do wrócenia drogą, którą tu przybyła.

Jej wzrok padł na podwójne drzwi, które znajdowały się tuż przed nią, po jej prawej stronie. Doskoczyła do nich i nacisnęła na klamkę, modląc się w duchu, by były otwarte. Drzwi otworzyły się i Fluttershy wbiegła do środka, zamykając je za sobą.

Bzyczący dźwięk pozytywki umilkł, gdy starała się stwierdzić, czy stwór wciąż znajduje się w pobliżu drzwi. Miała nadzieję, że ich nie wyważy, ale właśnie zdała sobie sprawę, że sama zamknęła się w pokoju-pułapce.

Wskoczyła do pomieszczenia, które wyglądało na schowek. Jednakże większość rzeczy uległa w nim zgubnemu wpływowi gnijącego świata. Widziała krążące pod sklepieniem ćmy i czuła unoszący się w powietrzu zapach krwi, mimo że nie była w stanie znaleźć żadnego jej śladu. Rozejrzała się dookoła, sprawdzając, czy jest tu coś, za czym mogłaby się ukryć, lub czym mogłaby powstrzymać stwora za drzwiami.

Coś błysnęło na jednej z półek, gdy padł na nią promień światła z latarenki.

- Hę? – podeszła powoli do błyszczącego przedmiotu.

Był to pomarańczowy klejnot, rozmiaru gałki ocznej. Była to jedyna rzecz w całym pomieszczeniu, która nie uległa rozkładowi; właściwie wyglądała na całkiem nową, zupełnie jakby ktoś o nią dbał, jednocześnie pozostawiając wszystko inne na pastwę losu. Coś w klejnocie przykuwało uwagę Fluttershy, zupełnie jakby ją hipnotyzował. Wydawało jej się, że patrzy na nią.

Przełknęła ślinę, z mocno bijącym sercem i umieściła klejnot w torbie. Musiała go zatrzymać; wiedziała, że jest to coś ważnego.

Powoli podeszła do drzwi i przystawiła do nich ucho, starając się wyłapać choćby najmniejszy dźwięk. Jej pozytywka milczała. Również za drzwiami zdawała się panować, niczym niezmącona, cisza.

Ostrożnie otworzyła drzwi, wystawiając za nie głowę i rozglądając się dookoła. Pielęgniarka odeszła. Nie wyglądało na to, że miała zamiar ją ścigać i wyważać drzwi. Fluttershy wydała z siebie delikatne westchnienie ulgi.

Opuściła schowek i ruszyła wzdłuż korytarza w kierunku, z którego niedawno przyszła pielęgniarka. Czuła, że nie może wracać drogą, którą tu przybyła. Wędrówka do przodu była teraz jej jedyną opcją.

Fluttershy rozejrzała się po drzwiach na korytarzu. Wiele z nich było zabitych deskami, które całkowicie zagradzały dostęp do pomieszczeń. Pozostałe wyglądały, jakby zostały zalane jakimś materiałem budowlanym, podczas gdy inne wyglądały, jakby ich zamki zostały wyłamane dawno temu i już nigdy nie miały się otworzyć.

Korytarz kończył się nagłym skrętem, którym niezwłocznie podążyła Fluttershy. Pewna rzecz natychmiast przykuła jej wzrok. Zbliżyła się do niej, by móc lepiej ją zobaczyć, po czym zatrzymała się, wpatrując w niego ze zdziwieniem.

Na ścianie, naprzeciwko drzwi znajdował się wielki mural przedstawiający Księżniczkę Celestię. Była skierowana twarzą do kucyka patrzącego na malowidło, z podniesionym kopytkiem i rozłożonymi skrzydłami, co nadawało jej majestatyczny charakter. Nad muralem, wielkimi literami, wypisany był wypowiedziany kiedyś, prawdopodobnie przez nią, cytat:

„Życie jest prawem każdego Kucyka. Niech zawsze nas wszystkich rozgrzewa światło.”


Fluttershy spojrzała na mural ze strachem. Nigdy wcześniej go tu nie widziała, a przynajmniej nie przez te wszystkie lata, gdy przychodziła do szpitala. Nie wspominając już o tym, że coś nie pasowało jej w tym muralu, zupełnie jakby czegoś mu brakowało...

Oczy! Nie miała oczu. W ich miejscu znajdowały się dwa wgłębienia, które wyglądały, jakby należało coś w nich umieścić.

Fluttershy ostrożnie wyciągnęła pomarańczowy kamień, który znalazła w schowku i delikatnie umieściła go w prawym wgłębieniu. Klejnot wpasował się z głośnym kliknięciem i został na miejscu. Teraz Celestii brakowało tylko jednego oka. Zupełnie, jakby drugie oko znajdowało się gdzieś w szpitalu.

Nagle notka, która leżała na biurku nabrała dla niej sensu. Zamknęli gdzieś drugie oko, ponieważ wzrok Celestii osądzał ich, zupełnie jakby sam mural potrafił ujrzeć coś, co chcieliby ukryć.

Fluttershy położyła w zamyśleniu kopytko na brodzie – ‘Więc muszę odkryć, gdzie zamknęli drugi klejnot, a jedyną wskazówką jaką posiadam, jest słowo „HIDE”’.

Fluttershy rozejrzała się jeszcze raz po ciemnym korytarzu, po czym szybko ruszyła do przodu. Teraz uważniej przyglądała się drzwiom, szukając przy nich czegoś na kształt klawiatury, lub sprawdzała czy są otwarte, by mogła dowiedzieć się, czy w pomieszczeniach za nimi nie znajduje sie jakiś ukryty przedmiot.

Nawet za następnym zakrętem, żadne z drzwi nie ujawniły najmniejszych odpowiedzi. Dotarła do drugiej klatki schodowej, prowadzącej z powrotem na pierwsze piętro.

Stąpała ostrożnie, wiedząc, że jeśli nie będzie wystarczająco uważna, w każdej chwili może zaatakować ją potwór.

Jednak świat cały czas wypełniała cisza. Wędrowała po korytarzu, którego każdy zakamarek pamiętała z czasów, gdy była jeszcze małą klaczką. Było to skrzydło badawcze szpitala, które często odwiedzała z matką, gdy potrzebowała pomocy.

Z uczuciem nostalgii zaczęła sprawdzać wszystkie drzwi w korytarzu. Jedne z nich otworzyły się i weszła do środka.


- Mamo! – dobiegł ją głos małej klaczki. Fluttershy cofnęła się w szoku, patrząc na to, co właśnie działo się na jej oczach. Widmowa wersja jej matki leżała w pokoju na łóżku, podczas gdy mała, żółta klaczka podbiegała radośnie do jego boku.

- Fluttershy, znowu przyszłaś mnie odwiedzić – zaśmiała się radośnie jej matka, pochylając się by dosięgnąć małej klaczki. Ciągle leżąc na łóżku, przytuliła ją mocno.

- Oczywiście mamo, wiesz, że zawsze do ciebie przyjdę – zachichotała wesoło Fluttershy, ponieważ włosy matki zaczęły ją smyrać. – Mamo, kiedy wrócisz do domu? Tęsknie za tobą...

- Jak tylko lekarze skończą dzisiejsze badania – uśmiechnęła się jej matka.

- Naprawdę!? – Twarz Fluttershy momentalnie się rozpromieniła.

- Naprawdę – Matka odpowiedziała tym samym, widząc entuzjazm córki. – Powiedzieli, że jeśli nie jest to zbyt poważne, mogę jeszcze dziś wrócić do domu, ponieważ jest tam twój ojciec, który się mną zajmie. Całe szczęście, że go mamy – uśmiechnęła się.

- Tata jest najlepszym lekarzem na całym świecie! Przy nim poczujesz się lepiej w mgnieniu oka – odpowiedziała uśmiechem, Fluttershy.

- Oczywiście, że jest – przytaknęła wesoło matka Fluttershy, po czym odwróciła głowę i kaszlnęła w kopytko, z dala od córki.

- Wiesz, że powinnaś odpoczywać – dobiegł je niższy głos. Odwróciły się i ujrzały starszego Pegaza w lekarskim kitlu, który wszedł do sali.

- Tatuś! – Fluttershy uśmiechnęła się wesoło.

- Witaj mój drogi – dołączyła się matka.

- Witajcie obydwie – uśmiechnął się i podszedł bliżej – Jak czujesz się dzisiaj?

- Lepiej. Mój pobyt tutaj naprawdę mi pomaga, ale bardzo chciałabym wrócić już do domu i spędzić trochę czasu z moją kruszyną. – matka uśmiechnęła się, głaszcząc z czułością, Fluttershy po głowie.

- Wiesz, że i tam powinnaś odpoczywać. Możesz czuć się lepiej, lecz mimo to jeszcze nie jesteś wyleczona. Ale znajdziemy lekarstwo, nie martw się – ojciec uśmiechnął się kojąco. Wyglądał na zmęczonego, jakby od dłuższego czasu nie przespał porządnie nocy.

- Wiem, mój drogi. Już niedługo znów będziemy szczęśliwą rodziną – odpowiedziała radośnie matka, po czym wizja rozwiała się.


Fluttershy nie wiedziała, co myśleć o tych obrazach. Po tym jak zniknęły, pokój wrócił do pierwotnego stanu rozkładu, zupełnie jak reszta szpitala. Meble i materiały były stare i poniszczone, a wydobywający się z nich zapach zgnilizny, uderzał ją w nozdrza.

- Mamo... – powiedziała cicho Fluttershy. Teraz pamiętała to wspomnienie, jednak kiedy próbowała sobie przypomnieć je wcześniej, znajdowało się jakby za mgłą. Teraz było jasne i przejrzyste. Zastanawiała się dlaczego, jaką przyczynę miały jej wspomnienia, by ukrywać jej matkę, by pokazać ją dopiero tutaj.

Przyjrzała się bliżej sali, lecz nic innego nie przykuło jej uwagi. Zmarszczyła lekko brwi, mając nadzieję na znalezienie jeszcze jakiegoś wspomnienia, lecz wydawało się, że to pomieszczenie nie miało jej nic więcej do zaoferowania. Powoli odwróciła się i wyszła z powrotem na korytarz.

Cicho westchnęła, próbując zebrać myśli i trochę się uspokoić. Szła dalej korytarzem, aż jej wzrok nie napotkał świecącego znaku, zawieszonego nad podwójnymi drzwiami. Na znaku pisało „ER” (ER- skrót od Emergency Room, czyli Ostrego Dyżuru – przyp.tłum).

Zawahała się przez chwilę. Nie była nigdy wcześniej na oddziale ER w szpitalu i martwiło ją, co może się tam znajdować. Jednak przełknęła strach i szybko otworzyła wielkie, podwójne drzwi.

Rozejrzała się dookoła, nie widząc żadnych potworów, ale czując w nozdrzach zapach krwi. Spojrzała w dół i ujrzała smugę krwi prowadzącą wzdłuż korytarza Ostrego Dyżuru, zupełnie jakby coś ciągnęło kucyka po podłodze. Czuła w trzewiach, że powinna podążyć za ścieżką, ale przerażało ją to, co mogło znajdować się na jej końcu. Nie chciała oglądać zakrwawionych zwłok kucyka.

Ponownie przełykając ślinę, ruszyła wzdłuż krwawej ścieżki. Prowadziła ona za drzwi na końcu korytarza, które wyglądały na wejście do sali operacyjnej. Delikatnie je popchnęła i wkroczyła do środka.

Z całą pewnością była to sala operacyjna. Porozrywane parawany zwisały z metalowych ram, szyba dla obserwatorów była wybita, taca wypełniona zardzewiałymi narzędziami chirurgicznymi leżała obok zniszczonego stołu. Kawałki różnych urządzeń walały się po całej sali, a zlew do dezynfekcji był umazany krwią.

Krwawy ślad kończył się na środku pokoju i prowadził do wielkiej kałuży krwi pod stołem chirurgicznym. Na stole stało umazane krwią, drewniane pudełko z kłódką. Kłódka miała cyferblat, a odpowiednia kombinacja numerów otwierała ją.

Fluttershy ostrożnie podeszła do pudełka i zbadała je wzrokiem, po czym zauważyła na stole dodatkową porcję krwi, uformowaną w słowa:

Kręć, kręć, przekręć, litery w nhmhyry

Ostatnie słowo było rozmazane, ale wszystko było napisane krwią, więc i tak zaskoczyło ją to, że każde z nich nie było w tym stanie.

Ostrożnie wzięła kłódkę w kopytko i spojrzała na znajdujące się w niej cztery cyferblaty. Każdy z nich zawierał liczby od jednego do dziewięciu, tworząc czterocyfrową liczbę, która miała otworzyć pudełko.

- Hmm... notatka mówiła, że kodem jest słowo „HIDE”... a słowa tutaj mówią coś o „przekręcaniu liter”... – Fluttershy myślała przez chwilę, próbując ułożyć sobie w mózgu rozwiązanie zagadki.

Nagle wszystko stało się dla niej jasne i drugim kopytkiem chwyciła cyferblat, po czym zaczęła przekręcać cyfry.

- Osiem... Dziewięć... Cztery... Pięć... – mówiła na głos, gdy ustawiała cyfry w coś, co według niej było poprawną kombinacją. Kłódka kliknęła, zwalniając metalowy zacisk z drewnianego pudełka. Fluttershy uśmiechnęła się radośnie, dumna ze swojej dedukcji, po czym ostrożnie odłożyła kłódkę na bok i otworzyła pudełko.

Wewnątrz znajdowało się to, czego oczekiwała – drugi klejnot, będący jednocześnie okiem Celestii. Jednak jego kolor różnił się od pomarańczowego, pierwszego oka. Ten był koloru niebieskiego o ciemnym odcieniu i głębokiej barwie. Fluttershy włożyła klejnot do torby, gotowa do wyjścia z sali operacyjnej.

Odwróciła się i wyszła z pomieszczenia. Natychmiast została przywitana głośnym brzęczeniem pozytywki.

Jej wzrok instynktownie powędrował w głąb korytarza, zauważając identyczną jak wcześniej, pielęgniarkę, która zmierzała w jej stronę, blokując całkowicie przejście. Fluttershy rozejrzała się dookoła, nie wiedząc, co robić. Nie chciała być zaatakowana, ale nie miała gdzie uciec. Zrobiła jedyną rzecz, która przyszła jej na myśl i przycisnęła ciało do ściany. Zaczęła bardzo powoli posuwać się w kierunku pielęgniarki, mając nadzieję, że ją zignoruje i pozwoli jej się prześlizgnąć.

Głowa pielęgniarki, z chrzęstem odwróciła się i spojrzała na Fluttershy, gdy ta znajdowała się praktycznie bok w bok z potworem. Fluttershy zatrzymała się, a pielęgniarka uczyniła to samo.

Pielęgniarka wydawała się wpatrywać we Fluttershy przez zabandażowaną twarz. Żółty pegaz nie potrafił dostrzec jej oczu, ale wiedział, że intensywnie się na nią patrzy. Fluttershy odpowiedziała tym samym, czując wstępujące na jej czoło, krople zimnego potu.

Obydwie stały nieruchomo, a Fluttershy nie chciała być pierwszym kucykiem, który wykona ruch. Napięcie można było kroić nożem, lecz przecinało je tylko brzęczenie pozytywki, które oznajmiało Fluttershy, że znajduje się w sporym niebezpieczeństwie.

Pielęgniarka, w końcu, bardzo powoli odwróciła głowę od Fluttershy, mijając ją i kierując się w stronę sali operacyjnej, którą żółty kucyk niedawno opuścił.

Fluttershy, z ulgą wypuściła powietrze, które wstrzymywała od dłuższego czasu.

Pielęgniarka błyskawicznie się odwróciła, natychmiastowo wydając z siebie przejmujący, drażniący uszy krzyk. Fluttershy ruszyła najszybciej, jak tylko mogła w kierunku wyjścia z korytarza ER. Przebiegła przez następny korytarz, biegnąc prosto w kierunku schodów na drugie piętro, gdy jej pozytywka zasyczała jeszcze głośniej. Uderzyła w nią ściana gęstego powietrza, które zacisnęło się na jej ciele, jakby próbowało ją udusić.

Zatrzymała się, ślizgając się po posadzce, gdy całe jej ciało wypełniła groza. Przed nią ponownie stał Czarny Potwór. Ryknął na nią, otwierając białe usta, a jego szczęki szybko opadły w dół.

Fluttershy instynktownie uniosła kopytko, by się zasłonić. Obnażone zęby zatopiły się w jej nodze i Fluttershy krzyknęła w agonii, czując jak ugryzione miejsce płonie żywym ogniem. Czarny Stwór przekręcił głowę, po czym szybko ponownie złapał ją zębami za nogę i rzucił w bok. Fluttershy uderzyła o ścianę. Czuła, że w płucach zaczyna brakować jej powietrza, za to całe jej ciało wypełniło się niewyobrażalnym bólem.

Kaszlała i dławiła się gęstym powietrzem, gdy mroczna bestia zaczęła podchodzić do niej, by zaatakować raz jeszcze.

Fluttershy uniosła się do góry i poślizgnęła się na rannej nodze, upadając na twarz. Zaskowyczała, dodatkowo urażając posiniaczoną głowę. Udało jej się spojrzeć na stwora zamazanymi, pełnymi łez, oczami. Był już zbyt blisko; musiała się wydostać; musiała się podnieść i zacząć uciekać.

Jej instynkt zadziałał ponownie, gdy rozwinęła skrzydła i zamachała nimi desperacko, próbując poderwać ciało do góry, by szybciej się stamtąd wydostać. Chciała dotrzeć do muralu Celestii.

Obnażone zęby zatopiły się w jej skrzydle. Fluttershy krzyknęła nawet głośniej niż poprzednio – jej wrażliwe, delikatne skrzydła zostały przebite w kilku miejscach. Mroczna Bestia ponownie przekręciła głowę, jednak tym razem dało się usłyszeć głośne chrupnięcie, pochodzące z kości jej skrzydła.

Fluttershy ponownie drgnęła spazmatycznie, a jej krzyk potoczył się echem po ścianach korytarza. Potwór puścił okaleczone skrzydło. Wydawał się złowrogo uśmiechać, zadowolony ze swojego osiągnięcia.

Pośród lecących ciurkiem łez, udało jej się w końcu znaleźć nogą oparcie. Włożyła całą swoją siłę i skupienie w ucieczkę, nie chcąc niczego więcej, jak tylko zwiększenia dystansu między nią a Bestią. Jej wzrok znajdował się za mgłą utworzoną z bólu i łez, co znacząco pogarszało widoczność. Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, gdzie biegnie.

Uderzyła w ścianę na końcu korytarza. Krzyknęła z bólu, który przeszył jej ciało. Drżąc, spojrzała w głąb holu i dostrzegła rozmyty zarys sylwetki Czarnego Potwora, który kierował się prosto na nią, kontynuując swój powolny chód.

Wyciągnęła przed siebie zdrowe kopytko i namacała zarys drzwi. Otworzyła je w pośpiechu, potykając się. Szybko mrugnęła i pokręciła głową dookoła. Była po drugiej stronie holu. Wiedziała, gdzie jest; mogła przejść przez następne drzwi, pójść na górę schodami i tak dotarłaby do muralu.

Jej pozytywka jeszcze nie do końca umilkła, gdy przed nią zamajaczyła rozmazana sylwetka. Fluttershy skręciła i pobiegła, oglądając się za siebie i dostrzegając zamglony zarys zmierzającej w jej stronę, pielęgniarki.

Wpadła na roztrzaskane krzesło recepcjonistki, które leżało za biurkiem. Nie miała czasu, żeby myśleć o bólu, musiała się podnieść. Stanęła z powrotem na nogi i sięgnęła do drzwi.

W momencie, w którym weszła w korytarz z salami pacjentów, do jej uszu dobiegł kolejny przeszywający krzyk. Fluttershy odwróciła się akurat na czas, by ujrzeć pielęgniarkę unoszącą się na tylnich nogach, która przednimi nogami natarła prosto na nią.

Fluttershy poczuła uderzenie kopytkami w twarz, po którym poleciała na ścianę. Dysząc, podniosła się i spróbowała rozejrzeć. Nie była w stanie spojrzeć na jedno oko, więc do jej głowy docierał węższy obraz.

Dostrzegła zmierzającą na nią sylwetkę pielęgniarki, która nie zamierzała dać jej nawet chwili wytchnienia. Fluttershy przycisnęła się do ściany i przebiegła obok pielęgniarki, która wydała z siebie zawodzący jęk.

Ledwo widząc, z głuchym łomotem potknęła się na schodach i uderzyła w nie twarzą. Waliło jej w głowie tak mocno, że nie była już nawet w stanie stwierdzić, co dzieje się z jej ciałem. Wiedziała tylko, że musi wstać i biec dalej, musi dostać się do muralu – to jej jedyna droga wyjścia. To MUSIAŁA być jej droga wyjścia.

Wbiegła schodami na drugie piętro. Nie wiedziała, jak udał jej się ten wyczyn, ale jakimś cudem dała radę. Nie przestawała biec. Nie miała pojęcia, jak w ogóle udaje jej się utrzymać równowagę, ale jej nogi ciągle prowadziły ją przed siebie. Korytarz drugiego piętra zakręcił, a w zasięgu jej wzroku ukazał się zamazany mural. Biegła prosto na niego i zatrzymała się z poślizgiem tuż przed nim.

Pozytywka zaczęła głośno syczeć, a powietrze stało się cięższe, gęstsze. Fluttershy chwyciła do torby i wyciągnęła oko koloru ultramaryny.

Czuła jak powietrze próbuje przygnieść, stłamsić jej ciało. Miała trudności z włożeniem oka we właściwy otwór. Prawie wypadło jej z kopytek, ale szybko przesunęła je na właściwe miejsce.

Nie mogła oddychać – powietrze, oraz ciśnienie było zbyt silne. Mogła przysiąc, że poczuła oddech na karku, gdy niebieski klejnot kliknął we właściwym wgłębieniu.

Obydwa klejnoty zajaśniały jasnym światłem, a ze środka dobiegł głośny krzyk. Mural zaczął się ruszać, znikając w ścianie. W jego miejscu ukazał się kolejny, ciemny korytarz. Fluttershy wbiegła w niego, uciekając od gęstego powietrza i przygniatającego ciśnienia.

To podążało za nią. Stwór ruszył za nią korytarzem. Czuła ogień w piersi, ale nie mogła się teraz zatrzymać.

Na końcu korytarza znajdowało się biuro. Zwykłe biuro, z biurkiem, szafką na papiery, krzesłami i niewielką ilością przestrzeni. Fluttershy wpadła na biurko, przerzucając przez nie kopytka i dysząc w desperacji. Jej wzrok był teraz znacząco osłabiony. Ledwo dostrzegała zarysy biurowych mebli.

Powietrze ponownie zgęstniało. Odwróciła głowę ze strachem, patrząc jak z mroku wyłania się Czarny Potwór. Jego pokryty krwią biały uśmiech i obnażone zęby, świeciły w ciemności, wraz z jego rażąco-czerwonymi oczami. Była w stanie dostrzec tylko jego twarz. Oddychała głośno. Słyszała w uszach bicie swojego serca.

Tym razem nie było ucieczki. Mural zaprowadził ją w ślepą uliczkę. Nie było stąd wyjścia. Jej wizję wypełnił obraz Czarnego Stwora. Zaraz ją zabije, umrze tutaj i jej przyjaciele nigdy nie dowiedzą się, co się z nią stało.

Mruczała pod nosem praktycznie niesłyszalne przeprosiny, a po jej twarzy spływały jedna za drugą, błyszczące łzy. Potwór zatrzymał się nad nią i wstrzymała oddech. Nacisk wywołany jego obecnością wydawał sie być wystarczający, by móc zatrzymać jej serce.

Otworzył usta, mając zamiar po raz ostatni zatopić kły w jej ciele.

Zatrzymał się. Stwór przestał się ruszać. Coś zmuszało go do niezabijania jej. Fluttershy, cicho piszcząc, wpatrywała się w bestię, nie rozumiejąc tego, co właśnie się działo. Miał sposobność ku temu, by ją zabić, więc czemu tego nie zrobił?

Zastrzygła uszami, słysząc przyczynę. Gdzieś z oddali dobiegł ją dźwięk syreny.

Mroczny potwór zaczął znikać na jej oczach, zupełnie jakby syrena wywoływała jego obecność, a potem wzywała z powrotem. Ciemność, która otaczała ciało kreatury, zdawała się spalać, ulatując do góry. Po chwili cały potwór, zanim zdążył wykończyć żółtego pegaza, zniknął w czarnym ogniu. Syczenie pozytywki ucichło wraz ze zniknięciem bestii, pozostawiając ją samą w biurze.

Usłyszała głośne kliknięcie, po czym nastąpił odgłos, jakby coś uderzyło w ziemię.

Umysł Fluttershy znajdował się za mgłą. Ledwo widziała i ledwo co rozumiała, co się dzieje, ale instynkt popchnął ją w kierunku źródła dźwięku.

Weszła na podest; była pewna, że nie było go tu, kiedy wcześniej weszła do pokoju. Poczuła, że jej ciało osuwa się na ziemię. Ciężko dyszała.

Podest poruszył się, nie wiedziała dlaczego i jak, ale nie dbała o to. Wędrował w górę; zabierał ją z dala od szpitala. Platforma wjechała w sufit, w tunel tak ciemny, że nie była w stanie dostrzec niczego dookoła, ale wiedziała, że nie czyha tu na nią żadne niebezpieczeństwo.

Ból właśnie stawał się coraz bardziej realny. Na początku odezwała się jej twarz – czuła opuchliznę wokół oka. Prawdopodobnie poważnie krwawiła na całej twarzy, ale ciężko było jej to stwierdzić.

Jej noga nie nadawała się praktycznie do użytku. Używanie jej tak intensywnie podczas panicznej ucieczki, gdy i tak była już kontuzjowana, spowodowało, że teraz była całkowicie sparaliżowana. Prawdopodobnie wyrządziła jej nieodwracalną szkodę; możliwe, że już nigdy nie dojdzie do stanu pełnej użyteczności. Ledwo czuła spływającą po niej krew.

Jej skrzydło... ten potwór szarpnął jej skrzydłem, łamiąc je. Pomyślała o tym, że skrzydła pegazów były mocne i wytrzymałe, i zazwyczaj nie łamały się przez zwykłe szarpnięcie głową. Nie były tak kruche, jak skrzydła ptaków. Były wystarczająco silne, by unieść ciężar ciała kucyka, ale jej było teraz złamane. Nie wiedziała jak, jeśli w ogóle, mogłoby zostać naprawione. Jedyną rzeczą, jaką wiedziała o złamanych skrzydłach, było to, że mogło złamać się na dwa sposoby – taki, by było jeszcze kiedyś użyteczne, lub taki, że nigdy nie odzyskałoby już sprawności. To była raczej mizerna wiedza.

Została wyrwana z myśli, gdy platforma zatrzymała się. Osiągnęła cel swojej podróży.

Dyszała ciężko. Jej ciało domagało się odpoczynku, wchłonięcia bólu... bólu, który doprowadzał ją do szaleństwa. Jedyną rzeczą, która utrzymywała ją przy zdrowych zmysłach była myśl o tym, jak bardzo jest okaleczona i co mogłaby zrobić, aby się uleczyć.

Lecz wiedziała, że aby to zrobić musi najpierw wstać. Jeśliby się nie podniosła, nie mogłaby zacząć opatrywać swoich ran.

Spróbowała się podnieść, wkładając całą energię w swoje nogi, ale one odmówiły jej posłuszeństwa. Ostrożnie mrugnęła swoim jedynym zdrowym okiem, próbując otworzyć je trochę szerzej, ale ciało nie słuchało jej poleceń. Spróbowała zamachać zdrowym skrzydłem, ale ono tylko uderzyło w platformę z głośnym plaśnięciem.

Dyszała, ale była zbyt zmęczona, by dłużej panikować. W duchu krzyczała na siebie i namawiała do wstania, ale jej ciało całkowicie ignorowało jej rozkazy.

- Hahahah, och kucyku, to było świetne! – Pinkie zachichotała radośnie.

Oczy Fluttershy zamknęły się, próbując uciec od bólu poprzez sen, ale pegaz natychmiast zmusił je do otwarcia.

- Hahahahaa, jej, wykręcasz naprawdę NAJLEPSZE kawały Pinkie Pie! – Rainbow Dash wtórowała śmiechem różowemu kucykowi.

Spróbowała unieść ciało na swojej zdrowej nodze. Bardzo ostrożnie postawiła kopytko na ziemi.

- ... Hihihi, to było całkiem zabawne – zachichotała Fluttershy, zasłaniając usta kopytkami.

Zaczęła unosić ciało do góry. Zachwiała się przez chwilę, ale udało jej się utrzymać równowagę. Zaczęła słabo poruszać tylnimi nogami.

- Mówiłam ci, że ci się spodoba! – powiedziała Rainbow, szczerząc zęby, obejmując ramię Fluttershy kopytkiem.

Jej tylnie nogi powoli się poruszyły, kładąc kopytka na ziemi. Uniosła teraz pozostałą część ciała. W końcu udało jej się wstać całkowicie. Czuła jak coś spływa po jej ciele. Traciła krew.

- To wszystko dla dobrej zabawy! – Pinkie śmiała się jak szalona, skacząc wokół Fluttershy. – Poza tym, kto nie KOCHA dzielić się z innymi śmiechem? – uśmiechnęła się wesoło.

Zaczęła powoli człapać na trzech nogach. Nie wiedziała, gdzie idzie, ale czuła, że musi podążać dalej.

- Masz rację. Ciągle nie wydaje mi się, żebym była w tym dobra, ale uwielbiam robić je razem z wami dwiema . – Fluttershy uśmiechnęła się pogodnie. Kochała spędzać czas ze swoimi przyjaciółkami. To dawało jej siłę. Nie wiedziała, co zrobiłaby, gdyby ich zabrakło.

Fluttershy zatrzymała się przed lustrem. Mogła teraz ujrzeć swoje odbicie. Widziała posiniaczoną połowę twarzy, wraz z wielką opuchlizną pod okiem, okaleczone skrzydło, krwawiącą nogę. Była jednym, wielkim, chodzącym nieszczęściem. Z ogromną precyzją postawiła torbę na ziemi. Używając zdrowego kopytka otworzyła ją i wyciągnęła napój zdrowotny.

Bardzo powoli przełknęła gorzką zawartość butelki, po czym odłożyła ją na bok. Chwyciła bandaże i opatrunki, i uważając by się nie urazić, obwiązała rany na nodze.

- Myślę, że wystarczy tego jak na jeden dzień, ale koniecznie musimy to powtórzyć! – Rainbow Dash uśmiechnęła się do Fluttershy.

- Och tak, bardzo bym chciała. Powtórzenie tego sprawi mi dużą przyjemność! – Fluttershy uśmiechnęła się delikatnie. Nie mogłaby sobie wymarzyć niczego lepszego...

Niż spędzenie kolejnego dnia w otoczeniu kochających przyjaciół.

Rozdział 5Edytuj

Tylko po włożeniu w to całej swoją siły, Fluttershy udało się urwać koniec kija od mopa. Był dokładnie takiej wielkości, jakiej potrzebowała. Zagryzła go mocno, oddychając ciężko przez nos. W jej głowie kłębiły się myśli, jej ciało walczyło z jej decyzją, ale wszystko zostało już postanowione.

Spojrzała do tyłu na lustro; jej ciało zaczęło drżeć. Powoli uniosła kopytko do góry. Krzyknęła z bólu, dotykając wrażliwego miejsca. Jeszcze mocniej zacisnęła szczęki na końcówce, jej oddech przeszedł w paniczne dyszenie. Napój zdrowotny uśmierzał trochę bólu, lecz tego nie był w stanie uśmierzyć.

Miała tylko jedną szansę, aby zrobić to dobrze i musiała obserwować cały proces, by upewnić się, że wykonuje to poprawnie. Nie mogła zamknąć oka. Serce podchodziło jej do gardła. Słyszała każdy swój szybki, głęboki oddech. Ułożyła kopytko w odpowiednim miejscu. Przygotowała się na to, co miało zaraz nastąpić, po czym płynnym ruchem przesunęła kopytko.


TRZASK


Fluttershy krzyknęła, jak nigdy przedtem. Ból był tak nagły i intensywny jakby ktoś wbijał w jej mózg noże o rozżarzonych ostrzach. Jej ciało raz jeszcze osunęło się na ziemię, a z jej oczu popłynęły łzy. Dyszała ciężko, próbując zapomnieć o bólu.

Leżała, trzęsąc się, a jej skrzydło pulsowało teraz ciągłym bólem, który stał się silniejszy niż wcześniej. Zmusiła się do wstania i spojrzenia w lustro; musiała się upewnić, że nastawiła je poprawnie.

Jednym okiem, spojrzała dokładnie na skrzydło. Pomijając to, że było pokryte krwią i bolało jak nigdy przedtem, mogła dostrzec, że skrzydło znajdowało się we właściwym położeniu, odzyskując swój pierwotny kształt. Udało jej się nastawić je poprawnie. Modliła się, by to wystarczyło, aby po zrośnięciu się kości mogła go jeszcze kiedyś użyć.

Położyła się na grzbiecie i rozprostowała kontuzjowane skrzydło najmocniej jak mogła. Posiadanie tylko jednego zdrowego kopytka, by opatrzyć rany było lekko uciążliwe, ale jakoś mogła sobie z tym poradzić. Ostrożnie umieściła kijek na skrzydle, by je usztywnić i zapobiec przemieszczaniu się kości. Miała nadzieję, że to pomoże mu się zregenerować. Chwyciła bandaże i zaczęła owijać kijek razem ze skrzydłem.

Ból był rozdzierający, ale gdy już zabandażowała skrzydło mogła dokończyć opatrywanie pozostałych ran.

Dyszała ciężko, podnosząc się z ziemi i spoglądając z powrotem w lustro, by obejrzeć całe ciało.

Jej twarz była teraz w połowie zakryta, obwiązana bandażami, pozostawiając widocznym jedynie jej zdrowe oko. Kopytko było zabandażowane i uniesione na temblaku obwiązanym wokół karku, tuż poniżej latarenki. Opatrzyła całe ciało po raz trzeci, również po to, by upewnić się, że wcześniejsze rany goją się prawidłowo. No i było jeszcze prowizorycznie unieruchomione skrzydło, które musiała trzymać płasko wzdłuż ciała.

Westchnęła, widząc swój stan. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, jednak ból nie pozostawiał co do tego żadnych wątpliwości.

- ... Jeśli... Jeśli Rainbow Dash albo Pinkie Pie są ranne to czy... czy potrafią zająć się swoimi ranami? – zmartwiła się Fluttershy, patrząc na siebie. – Rainbow Dash jest lekkomyślna... ale jest także silna... z nią może być wszystko w porządku, mogłaby poradzić sobie z tutejszymi potworami... ale Pinkie Pie... – potrząsnęła głową – Nie... Pinkie Pie już przez to wcześniej przechodziła... mimo, że ciężko w to uwierzyć... ona... z nią też wszystko będzie dobrze.

- Obydwie moje przyjaciółki sobie radzą. – uśmiechnęła się do swojego odbicia, próbując się w ten sposób pocieszyć, lecz to niestety nie podziałało. Martwiło ją to i widziała wszystkie uczucia wypisane na swojej twarzy - A... A przynajmniej mam taką nadzieję...

Obróciła się i rozejrzała po otoczeniu. Platforma doprowadziła ją do łazienki. Wydawało się, że efekt zmokłego, gnijącego świata na razie odszedł w kąt. Łazienka wyglądała na zapuszczoną z powodu jej długiego nieużywania, ale na pewno nie tak, jak którakolwiek z łazienek w szpitalu. Mopa znalazła w kącie pomieszczenia, jednak jego stan znacząco różnił się od stanu pozostałych rzeczy.

Nadszedł czas, by ruszyć dalej; musiała odnaleźć przyjaciółki.

Ostrożnie nałożyła torbę na grzbiet i bardzo powoli, koordynując swoje trzy kopytka, wyszła z łazienki.

Powitał ją chłodny wiatr. Skrzywiła się lekko, gdy poczuła zimno na swoich świeżo opatrzonych ranach. Rozglądała się, jak tylko mogła, by zorientować się w swoim położeniu, ale wyglądało na to, że zapadła noc, skrywając cały świat za zasłoną ciemności.

‘N-Naprawdę minęło już pół dnia?’ – pomyślała Fluttershy w szoku. Nie czuła, że upłynęło już tyle czasu, ale możliwe, że ze względu na swój stan, mogła mieć trudności z prawidłową oceną.

Włączyła latarenkę, która natychmiast oświetliła drogę przed nią. Ścieżka była błotnista, początkowo dosyć szeroka, zwężająca się po wejściu do lasu. Spojrzała dookoła, zauważając budynek, z którego właśnie wyszła. Wiedziała gdzie się znajduje.

Był to garaż na łodzie, znajdujący się na skraju jeziora Crystal, tuż za granicami Ponyville. To oznaczało, że była niedaleko Ponyville. Mogła z łatwością dotrzeć tam w minutę, lub dwie.

- Trzymajcie się, Rainbow Dash... Pinkie Pie... Idę was odnaleźć – powiedziała z determinacją, Fluttershy, po czym ruszyła ścieżką prowadzącą do Ponyville tak szybko, na ile pozwalał jej stan zdrowia.

Miała problemy ze skoordynowaniem trzech nóg, zwłaszcza gdy spróbowała pokłusować do miasteczka. Jej nogi drżały, prawdopodobnie jako efekt uboczny tego, że nie dała im zbyt wiele odpoczynku, ale ciągle podążała do przodu. Jej determinacja ujrzenia przyjaciół, była najsilniejszym czynnikiem, za którym podążał teraz jej umysł.

Słyszała trzask gałązek pod kopytkami, dziwne odgłosy przekradały się pośród liści. Mogła przysiąc, że gdzieś w oddali za drzewami słyszała ciche zawodzenie. Ale zmusiła mózg do odseparowania się od tych dźwięków. Musiała być poza tym wszystkim. Musiała dotrzeć do Ponyville.

Ścieżka zaczęła się rozszerzać. Błotnista ścieżka, została zastąpiona kamiennymi uliczkami Ponyville. Ściana drzew przerzedziła się, gdy ujrzała pierwsze znaki domów w Ponyville. Uśmiechnęła się do siebie, ciesząc się z powrotu do miejsca, które wydawało jej się dużo normalniejsze niż te, w których spędziła ostatnią połowę dnia.

Stanęła jak wryta, słysząc syczenie pozytywki.

‘Och nie... są też tutaj...’ – Fluttershy przełknęła głośno ślinę, rozglądając się w mroku, próbując dostrzec przyczynę znienawidzonego dźwięku.

W zasięgu jej wzroku dostrzegła zmierzającego ku niej potwora. Był kształtu kucyka, jednak stwór wydawał się nie być starszy niż klaczka wkraczająca w okres dojrzewania. Jego ciało było kompletnie łyse, a skóra wyglądała, jakby cała poznaczona była siniakami. W wielu miejscach wydawała się martwa, lub obumierająca, podczas gdy inne części wydawały się świeże i zdrowe. Stwór miał zagięte ku dołowi uszy, opadające na twarz, w taki sposób, że zakrywały jego oczy. Jego długie nogi pchały ciało po ziemi, podczas gdy jego przednie kopytka wyglądały na związane z tyłu na grzbiecie, zupełnie jakby były zrośnięte z ciałem za pomocą własnej skóry.

Stwór, pełzając wydawał z siebie dziwny, piskliwy krzyk, trochę podobny do tarcia o zardzewiały metal. Był nieprzyjemny dla uszu, a jednak przywodził na myśl smutek...

Fluttershy przełknęła ślinę, gdy stwór popychał swoje ciało dookoła niej, niezdolny do poruszania się po linii prostej. Jej instynkt nakazywał jej odczuwać sympatię do stwora, czuła wewnątrz, że powinna go żałować, że potrzebuje jej pomocy...

Wtedy jak za dotknięciem rogu jednorożca przypomniała sobie Mroczną Bestię.

Ostrożnie obeszła stwora, powoli oddalając się od niego, po czym pobiegła w głąb miasta. Gdy zostawiła go z tyłu, ucichł dźwięk pozytywki. Dysząc lekko, spojrzała przez ramię w kierunku, w którym zostawiła potwora.

Wyglądało na to, że nie był w stanie podążać za nią, co nie zdziwiło jej zbytnio, biorąc pod uwagę to, że nie mógł poruszać się po prostej linii. Westchnęła cicho, wdzięczna, że udało jej się uniknąć kreatury. Zostało jej już bandaży tylko na to, by w najlepszym wypadku opatrzyć jedną ranę, a nie wiedziała, kiedy może tego najbardziej potrzebować.

Zaczęła się rozglądać, próbując rozpoznać okoliczne budynki. Zamrugała oczami, by wyostrzyć obraz. Jeśli wiedziałaby, gdzie się znajduje w Ponyville, mogłaby bez problemu pokierować się w dowolne miejsce.

Ostrożnie pokręciła dookoła głową, by nie urazić swoich ran, gdy w polu jej widzenia przemknęła rozmazana plama.

- Hę? – powiedziała, szybko obracając głowę w kierunku poświaty. W oddali, jaśniejąc w bieli niczym anioł, znajdował się wizerunek młodej klaczki.

Fluttershy wpatrywała się w nią, nie wiedząc co i czy w ogóle coś powiedzieć. Nie była nawet pewna, czy obraz był realny, czy nie, ale pośrodku niczego stała sobie spokojnie mała klaczka.

Klaczka zachichotała, po czym odwróciła się i uciekła od Fluttershy.

- H-Hej! Zaczekaj! Tam jest niebezpiecznie! – krzyknęła Fluttershy. Jej instynkty nakazywały jej ruszyć w pościg za klaczką. – Wracaj! Nie powinnaś iść tam sama!

Jeśli klaczka w ogóle była w stanie usłyszeć Fluttershy, to kompletnie nie zwracała na nią uwagi. Po prostu nieustannie biegła, klucząc między budynkami. Fluttershy podążała za nią tak szybko, jak mogła, ale kontuzje znacząco ją spowalniały i co krok się potykała. Przeklinała się w duchu za to, że dała się tak okaleczyć, kiedy była potrzebna, żeby pomóc bezbronnemu źrebakowi.

Jej pozytywka zabrzęczała, gdy z ciemności wypełzł kolejny z poruszających się po ziemi, potworów. Fluttershy przebiegła obok, starając się nie dotknąć stwora. Całe jej ciało nakazywało jej podążać za klaczką.

Klaczka skręciła w kolejną uliczkę, a Fluttershy starała się jak mogła, by dotrzymać jej tempa, prawie przewracając się, gdy zwalniała przed zakrętem na swoich trzech kopytkach. Szybko zmniejszyła tempo, gdy z ciemności wystrzeliły ku niej dwa potwory, wywołując zawodzenie pozytywki.

Te dwa zdawały się pędzić prosto na nią, nie dając jej czasu na usunięcie się z drogi. Przełknęła ślinę i szybko podskoczyła. Obydwa stwory wykręciły się w jej stronę, gdy wylądowała tuż za nimi.

Podziękowała Celestii, że udało się jej ich uniknąć, po czym ponownie skierowała swój wzrok ku małej klaczce, która właśnie wykonała kolejny skręt, lecz tym razem nie skierowała się w kolejną uliczkę, a wbiegła do domu. Fluttershy była wdzięczna losowi, że klaczka wbiegła do środka, ale ciągle musiała mieć pewność, że wszystko będzie z nią w porządku.

Fluttershy przybliżyła się do domu i wciągnęła głęboko powietrze.

Dom znajdował się w opłakanym stanie. Wyglądał na niezamieszkały od lat. Okna były zabite deskami, a wiatr, który przewiewał poznaczone dziurami, czarne ściany, delikatnie zawodził.

Fluttershy przełknęła ślinę, mając co do tego domu złe przeczucia. Jednak przed chwilą wbiegła do niego mała klaczka. Nie mogła zostawić tego biedactwa na pastwę losu.

Bardzo ostrożnie podeszła do drzwi i popchnęła je. Latarenka oświetliła wnętrze domu.

Drzwi otwierały się na zniszczony pokój dzienny. Meble w nim już dawno temu zostały zjedzone przez robaki, stół leżał na ziemi w kawałkach, większość drzwi była zabita drewnianymi deskami, a podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu.

Fluttershy weszła powoli do domu. Dom skrzypiał i jęczał z każdym jej krokiem, jakby nie mógł znieść jej ciężaru.

Rozejrzała się po salonie. Każde drzwi na parterze były kompletnie zapieczętowane. Nie było najmniejszego sposobu na przejście przez żadne z nich. Dodatkowo, nie widziała nawet najmniejszej oznaki tego, że klaczka weszła do tego domu

Zwróciła uwagę na schody – jedyną drogę, która nie była zablokowana przez drewniane belki. Jeśli klaczka poszła gdziekolwiek, musiała pójść na górę.

Fluttershy powoli skierowała się ku schodom, oceniając ich wysokość. Bardzo ostrożnie zaczęła wchodzić na górę, uważnie badając każdy krok, by upewnić się, że utrzyma się na trzech kopytkach. Dała sobie radę zadziwiająco dobrze.

Pomijając skrzypienie i ciągły strach przed upadkiem, udało jej się dotrzeć na szczyt schodów.

Rozejrzała się dookoła. Po jej lewej znajdowały się drzwi zabite deskami, zaś po prawej były...

Fluttershy zamrugała, nie wierząc własnym oczom. Widok przed nią wydawał się całkowicie kontrastować z resztą domu.

Podłoga tuż przed drzwiami zamieniała się w czerwony metal pokryty rdzą, a drzwi zrobione były z tego samego materiału. Ściany zdawały się rozciągać wokół drzwi w okrąg. Ściany rozpadały się i gniły, podczas gdy tuż za otworami, umieszczony był metalowy łańcuch, który zdawał się łączyć ściany ze sobą.

Ten obszar wywoływał wrażenie, jakby był jedną wielką klatką.

Fluttershy wzięła głęboki wdech, po czym stanęła przed drzwiami. Nie miała pojęcia, co się za nimi znajduje, ale coś nakazywało jej zajrzeć do środka i to sprawdzić. Ostrożnie podniosła kopytko i położyła je na klamce. Otworzyła drzwi.

Pierwszym odgłosem, który usłyszała było dyszenie. Głośne, paniczne dyszenie. Jej oko skupiło się na obrazie przed nią. Jej wzrok rozpoznawał dwa różne odcienie różowego, układające się w kształt kucyka. To musiała być...

- P-Pinkie Pie? – zawołała Fluttershy do swojej przyjaciółki. Dyszenie ustało, gdy różowy kształt zatrzymał się przed nią jak wryty. Powoli obrócił się; szerokie, niebieskie oczy Pinkie zaczęły wpatrywać się we Fluttershy.

Żółty pegaz głośno wciągnął powietrze i instynktownie cofnął się o krok do tyłu. Pinkie Pie była pokryta krwią. Jej grzywa była wyprostowana, a policzki całe mokre od łez, które rzęsiście spływały po jej twarzy. Oko Fluttershy natychmiast spróbowało znaleźć okaleczone miejsce, lub dostrzec ranę... ale całe szczęście nie ujrzała niczego takiego. Krew na ciele Pinkie nie pochodziła od niej, musiała pochodzić od...

Wzrok Fluttershy padł na podłogę. Na podłodze, leżała w kałuży własnej krwi... Pinkie Pie. Jednak ta Pinkie była inna... jej włosy były pokręcone, jak normalnie u Pinkie, ale miała na sobie różnokolorową, skórzaną suknię, z różnymi skrzydłami na grzbiecie.

- Flu... Flu... F-Flutter... shy? – stojąca Pinkie jąkała się i dyszała, zupełnie jakby miała problemy z oddychaniem.

- Pinkie Pie... co... co tu się stało? – zapytała Fluttershy, niedowierzając własnym oczom. Ledwo docierała do niej rozpościerająca się przed nią sceneria. Czemu były tu dwie Pinkie Pie... i czemu jedna z nich była martwa?

- F-Fluttershy... – czknęła Pinkie, gdy świeże łzy zaczęły spływać po jej policzkach. – Czy... Czy to... n-naprawdę ty?

- ... O-Oczywiście, że to... Pinkie Pie... czemu... dlaczego ty... – Fluttershy nie mogła dokończyć zdania. Słowa odmawiały jej posłuszeństwa. Nie wiedziała jak odpowiednio powiedzieć to, co miała na myśli.

- Fluttershy... czemu... czemu TY... – Pinkie dusiła się słowami, desperacko wycierając twarz z łez - Czemu ty... czemu jesteś ranna!? – Pinkie pokręciła głową, jakby wypowiedzenie tych słów sprawiło jej niewyobrażalny ból.

- C-Co? – spytała zmieszana Fluttershy, po czym spojrzała w dół, na wiszące na temblaku kopytko. Była ranna... ale w tej chwili nie dbała o to. Myślała o tym, co przytrafiło się jej przyjaciółce...

- Jest w porządku Pinkie, ale proszę powiedz mi-

- NIE jest w porządku! – przerwała jej krzykiem Pinkie. Fluttershy, w szoku cofnęła się jeszcze o krok; NIGDY wcześniej nie słyszała Pinkie krzyczącej w taki sposób. – Fluttershy... – Pinkie widocznie drżała, znacząc podłogę łzami, po czym jej niebieskie oczy spojrzały na nią jeszcze raz - Twoja twarz jest opuchnięta i pokryta bandażami, twoje kopytko jest na temblaku, całe twoje ciało jest pobandażowane... i- i... twoje SKRZYDŁO JEST USZTYWNIONE! – Pinkie odwróciła szybko głowę, by nie patrzeć na Fluttershy i głośno zaszlochała.

Fluttershy zaniemówiła. To była prawda; była w tym momencie w naprawdę złym stanie.

Ale...

Ale ujrzenie swojej różowej, kochającej imprezy i zabawę przyjaciółki, szlochającej i płaczącej, oraz pokrytej krwią było jeszcze gorsze. Chciała pomóc Pinkie dużo bardziej, niż chciała pomóc samej sobie.

- ... Pinkie Pie... – mruknęła cicho Fluttershy, próbując znaleźć odpowiednie słowa, którymi mogłaby pocieszyć przyjaciółkę.

- To... To wszystko moja wina... – Pinkie płakała, kręcąc głową - Nie powinnam pozwolić, żeby to się stało. Powinnam cię chronić; powinnam tam być... – Pinkie czkała, desperacko łapiąc powietrze – Powinnam wiedzieć to wszystko lepiej, żeby nie pozwolić na to Twilight...

- Pinkie... ty... ty nie mogłaś przewidzieć, że rzeczy potoczą się w taki sposób... – Fluttershy próbowała pocieszyć Pinkie.

Pinkie na chwilę przestała się trząść, po czym ponownie zaczęła drżeć, jednak tym razem było to coś innego. Pinkie... Pinkie się śmiała. Fluttershy skrzywiła się. To nie był radosny śmiech. To był śmiech klaczy, która przeżyła załamanie nerwowe.

- Och... Och, a to zabawne. – Pinkie próbowała się uśmiechnąć, ale jej usta zadrżały i wytarła twarz. – Przechodziłam już przez to... Zrobiłam to już wcześniej i ja... ja wiem jak straszliwe naprawdę jest to miejsce. – Pinkie potrząsnęła głową – Ale nie zważając na to... nie zważając na to wszystko, co wiedziałam, i tak pozwoliłam na to, żebyśmy się tutaj znalazły! – Pinkie zaśmiała się przez sekundę, po czym uśmiech, który próbowała przywołać na twarz, zniknął, a ona sama zwiesiła głowę.

- Rainbow Dash miała rację... – mruknęła cicho Pinkie - Jeśli... Jeśli naprawdę dbałabym o was... powiedziałabym wam o wszystkim... Powiedziałabym wam o tym, co dzieje się, gdy się tu trafi... Nie próbowałabym ukryć prawdy pod pozorem ochrony was przed tym, czego sama doświadczyłam... nie... Nie powiedziałam tego, ponieważ byłam samolubna, ponieważ dbałam tylko o siebie... no i mam... pozwoliłam na zagłębienie się tobie w to piekło, Fluttershy...

Fluttershy otworzyła usta, próbując cokolwiek powiedzieć. Nie wierzyła w żadne słowo Pinkie. Ale nie mogła powiedzieć nic, co mogłoby zranić Pinkie. Zmartwiona zamknęła usta. Czuła się taka bezradna.

Głowa Pinkie powoli obróciła się i spojrzała na zwłoki samej siebie, które ciągle leżały na podłodze. Coś w tym widoku spowodowało, że w oczach Pinkie ponownie pojawiły się iskierki.

- Ale... Ale to nie znaczy, że mam zamiar pozwolić zginąć moim przyjaciołom! – wstała, praktycznie wrzeszcząc na martwe ciało Pinkie - NIE ZGADZAM się na bycie przyczyną ich śmierci! Tak długo, na ile wystarczy mi sił, NIE pozwolę żadnej z moich przyjaciółek stać się ofiarą tego świata! Aż do mojego ostatniego tchnienia, będę walczyła z tym światem wszystkimi możliwymi sposobami, by one mogły przeżyć!

Pinkie była wściekła. Dyszała głośno, wrzeszcząc na zwłoki. W tej jednej chwili, Pinkie targało wiele emocji – emocji, które nadawały świadectwo jej słowom. Jej wyznanie było bardzo osobiste, płynące z głębi serca.

Pinkie powoli odwróciła się od ciała, kierując piorunujący wzrok na Fluttershy. Pegaz wzdrygnął się. Wzrok Pinkie zelżał, gdy ujrzała strach w oczach swojej przyjaciółki. Pinkie wytarła twarz raz jeszcze, po czym spróbowała przywołać na twarz delikatny, aczkolwiek smutny, uśmiech.

- Chodź Fluttershy... wynośmy się stąd – powiedziała Pinkie, podchodząc powoli do żółtego pegaza.

Fluttershy tylko pokiwała głową. Odwróciła się i podążając za Pinkie, powoli wkroczyła w korytarz opuszczonego domu.

- Więc... co cię tu sprowadziło? – zapytała cicho Pinkie, zamiast na Fluttershy, patrząc na znajdujący się przed nimi korytarz.

- C-Cóż... – Fluttershy próbowała nie przekręcać własnych słów. – Udało mi się znaleźć drogę powrotną do Ponyville... i-i wtedy zobaczyłam małą klaczkę wbiegającą do tego domu... J-Ja szukałam jej, gdy znalazłam ciebie... – wyjaśniła zwięźle, Fluttershy.

- Więc widziałaś wbiegającą tu klaczkę? – spytała Pinkie, upewniając się, że wszystko zrozumiała. Fluttershy kiwnęła głową. - ... Czy już ją odnalazłaś? – Fluttershy pokręciła głową, - ... Więc powinnyśmy spróbować ją znaleźć. Jeśli jest jedna rzecz, której nauczył mnie ten świat... to tego, że nic nie dzieje się tu bez przyczyny – powiedziała Pinkie, idąc dalej korytarzem drugiego piętra.

Fluttershy powoli podążała za Pinkie Pie. W powietrzu wisiała cisza.

Fluttershy chciała się odezwać, powiedzieć cokolwiek, ale słowa więzły jej w gardle. Czuła, jakby Pinkie Pie przedstawiała siebie jako potwora...

Ale przecież wiedziała, że Pinkie Pie nie była potworem... była opiekuńczą przyjaciółką, która bardziej niż wszystko, kochała swoich przyjaciół...

Pinkie sprawdziła drzwi, lecz były zamknięte. Skrzywiła się, po czym ruszyła dalej.

Fluttershy obserwowała całą scenę, podążając za Pinkie. Zdawała się lustrować każdy najmniejszy szczegół, intensywnie badając otoczenie. Wyglądała, jakby nie chciała przeoczyć absolutnie niczego w tym domu. Widać było u niej determinację i skupienie, jakby nic nie było w stanie powstrzymać jej, przed wypełnieniem obranej przez nią, misji.

Uszy Fluttershy poruszyły się, a jej serce momentalnie stanęło. Słyszała to...

Słyszała dobiegające z oddali zawodzenie syreny.

- P-Pinkie Pie... słyszysz to? – spytała Fluttershy, przerażona dźwiękiem.

- Słyszę co? – zapytała Pinkie, natychmiastowo kierując swoją uwagę na żółtego pegaza.

- ... Nie słyszysz tego? – rzekła zaskoczona Fluttershy - W-Więc może to tylko moja wyobr-

- Fluttershy, nigdy przenigdy nie zakładaj, że cokolwiek tutaj jest wytworem twojej wyobraźni! – powiedziała Pinkie, podkreślając słowo „nigdy”. – Powiedz mi, co usłyszałaś!

- Ja... usłyszałam... s-syrenę... – cicho mruknęła Fluttershy.

Źrenice Pinkie odruchowo się zwężyły.

- Fluttershy... trzymaj się bardzo blisko mnie. Nie opuszczaj mnie nawet na chwilę, dobrze? – powiedziała Pinkie poważnym tonem. Fluttershy skinęła delikatnie głową, a Pinkie odwróciła się, kontynuując wędrówkę w głąb korytarza.

Na jego końcu znajdowały się kolejne drzwi. Pinkie popchnęła je kopytkiem i drzwi stanęły przed nimi otworem.

Wewnątrz czekała je niespodzianka. Pokój był w całkiem dobrym stanie; na ziemi leżał nowy, beżowy dywan, ściany pomalowane były na biało, a pokój był przyzwoicie oświetlony. Po jednej stronie pokoju stało gigantyczne lustro, które zajmowało całą ścianę.

Pinkie weszła pierwsza, badając ostrożnie pomieszczenie. Nie widziała w nim niczego niezwyczajnego. W rogu stało małe łóżko i biurko z szufladami. Na jednej ze ścian, obok okna, znajdowały się drugie drzwi, przypominające te, prowadzące do garderoby.

Pinkie podeszła do biurka i sprawdziła je dokładnie, oraz przeszukała zawartość każdej szuflady, szukając jakiejkolwiek wskazówki.

Fluttershy weszła powoli do pokoju, wyłączając latarenkę. Oczekiwała scenerii podobnej do tej, którą widziała w szpitalu – wszystkiego przesiąkniętego wodą, zgnilizną, rozpadającego się... lecz pomieszczenie było nadzwyczaj spokojne. Coś w tym widoku koiło jej nerwy...

- Nic... – mruknęła Pinkie Pie, wpatrując się w biurko z niedowierzaniem. Zwróciła uwagę na drzwi do garderoby i podeszła do nich. Otworzyła je i ujrzała niewielką garderobę wypełnioną ubraniami i pudełkami. Weszła do środka, by poszukać jakichkolwiek wskazówek.

Fluttershy usiadła i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Naprawdę wyglądała jak chodzące nieszczęście. Podczas opatrywania udało jej się ominąć większość włosów, które teraz sprawnie ukrywały zabandażowaną stronę jej twarzy, lecz ciągle nie mogła uwierzyć w to, jak wiele obrażeń wyniosła z pobytu w szpitalu.

- ... Wszystko będzie dobrze... – powiedziała Fluttershy do siebie, podnosząc kopytko, by dotknąć swojego odbicia.

Fluttershy westchnęła, głęboko wstrząśnięta. Lustro zaczęło stawać się przezroczyste. Po drugiej stronie lustra, w pokoju podobnym do tego, w którym teraz się znajdowała, siedziała Rainbow Dash i również wpatrywała się w lustro.

- Rainbow Dash! – krzyknęła Fluttershy, mocniej przyciskając kopytko do szklanej tafli.

- Rainbow Dash!? – zawołała Pinkie z wnętrza garderoby. Natychmiast ruszyła w stronę wyjścia, kiedy drzwi zamknęły się tuż przed jej twarzą. Patrzyła na nie wstrząśnięta, próbując otworzyć je siłą, ale jej wysiłki nie dawały rezultatów.

- NIE! NIE NIE WYPUŚĆ MNIE STĄD NATYCHMIAST! – wrzeszczała Pinkie, waląc w drzwi. Tłukła w nie tak mocno, że poczuła ból rozchodzący się wzdłuż jej kopytek.

Fluttershy nie mogła uwierzyć w to, że Rainbow Dash znajdowała się po drugiej stronie lustra. Próbowała uderzać w nie kopytkiem, lecz Rainbow Dash wydawała się jej nie słyszeć. Rainbow po prostu spoglądała na nią pustym wzrokiem, z drugiego pokoju.

- Rainbow Dash! Rainbow Dash! RAINBOW DASH! – Fluttershy krzyczała z desperacją w głosie, próbując zwrócić na siebie uwagę swojej dziewczyny. Waliła w lustro z całych sił; jej kopytka zaczęły robić się sine. Lecz Rainbow Dash tylko siedziała, patrząc zmieszanym wzrokiem na znajdujące się przed nią lustro.

Nagle przygasły światła. Fluttershy głośno westchnęła, a jej kopytko natychmiast powędrowało do włącznika latarenki. Jasne światło odbiło się w lustrze, oślepiając ją, przez co nie była w stanie zobaczyć absolutnie niczego, nie wspominając już o Rainbow Dash. Szybko wyłączyła światło i spojrzała z powrotem do pokoju Rainbow.

Drzwi w tle pokoju niebieskiego pegaza otworzyły sie, jednak Rainbow ciągle się nie ruszała. Niczym mgła, do pokoju, przez otwarte drzwi zaczęła wkradać się ciemność.

Serce Fluttershy stanęło. W oddali żarzyła się para znajomych, czerwonych oczu.

Fluttershy tłukła o lustro bez ustanku, krzycząc z całych sił - RAINBOW DASH! ZA TOBĄ!

Mroczna Bestia otworzyła usta, ukazując garnitur białych zębów i zaczęła powoli podchodzić do siedzącej Rainbow Dash. Pegaz ani drgnął. Przechylała tylko głowę, ciągle wpatrując się w swoje odbicie

- NIE! PRZESTAŃ! PROSZĘ! NIE KRZYWDŹ RAINBOW DASH! – błagała Fluttershy ze łzami w oczach, raniąc sobie kopytka od ciągłego, intensywnego uderzania w lustro.

Czarny Stwór stanął tuż za plecami Rainbow. Jego biała paszcza wyszczerzyła zęby do Fluttershy, a jej serce ponownie stanęło. Fluttershy patrzyła prosto w jego oczy.

Czarny Potwór otworzył szerzej usta. Fluttershy poczuła, że jej serce znajduje się teraz gdzieś w brzuchu. Mroczna Bestia uniosła głowę wyżej.

Wtem, ruszyła z rozwartymi szczękami w kierunku Rainbow Dash.

Lustro nagle zajaśniało, zmuszając Fluttershy, do zasłonięcia oczu, przed niespodziewaną zmianą.

Błyskawicznie przystosowała wzrok i spojrzała na lustro.

Wewnątrz lustra zaczęły tańczyć różne obrazy, przy akompaniamencie delikatnej, smutnej kołysanki, dochodzącej z pozytywki.

- N-Nie martw się... A-Ashley... J-Ja... n-naprawię cię... – wizja przedstawiała bardzo młodą, płaczącą Fluttershy. Jej kucykowa lalka leżała w strzępach. Dookoła walało się pełno pluszu. Klaczka bardzo ostrożnie próbowała wepchnąć go z powrotem do rozerwanej lalki, po czym wzięła igłę z nitką i zaczęła bardzo powoli, bardzo uważnie, zszywać ze sobą porozrywane kawałki.

W szybę uderzyła ściana krwi, zamazując całą wizję na czerwono, po czym ukazał się kolejny obraz.

- Mamo... – Klaczka Fluttershy cicho zawołała do leżącej na łóżku matki. Głowa starszej klaczy poderwała się do góry, patrząc ze złością na swoje dziecko. Fluttershy przestraszyła się jej wzroku. Nigdy wcześniej nie widziała swojej matki tak wściekłej. Ale wzrok starszej klaczy złagodniał, gdy przyjrzała się swojej córce. Była zmęczona.

- O co chodzi moje dziecko? – zapytała, jednak dało się słyszeć w jej głosie wyczerpanie.

- Tata... chciał, żebym sprawdziła, czy nie chcesz czegoś do jedzenia... – zaskomlała cicho Fluttershy.

- Hah... coś do jedzenia – odparła jej matka tonem pełnym sarkazmu i goryczy, odwracając głowę, by spojrzeć za okno. – Jaki jest sens w jedzeniu. Od niego pali mnie w gardle i robi mi się niedobrze.

- A-Ale... m-musisz coś jeść mamo... – pisknęła Fluttershy.

- Och, MUSZĘ? Naprawdę? – starsza klacz wlepiła swój pełen złości wzrok we Fluttershy.

Kolejna ściana krwi uderzyła w lustro, ponownie zamazując obraz na czerwono i ponownie zmieniając wizję.

Rozległ się odgłos uderzenia, gdy mała Fluttershy zleciała ze stołu, na którym przed chwilą siedziała. Łzy buchnęły z jej oczu i spojrzała w górę, bo zobaczyć, co ją uderzyło; ujrzała twarz pielęgniarki.

- A teraz powiedz mi jeszcze raz... jak złamałaś sobie skrzydło? – spytała ostrym tonem płaczącą klaczkę.

- Ja... Ja... – przełknęła Fluttershy, próbując złapać oddech - Ja... s-spadłam gdy... p-próbowałam latać...

- Dokładnie. – powiedziała pielęgniarka, po czym podeszła do Fluttershy i podniosła ją do góry, ponownie sadzając ją na stole. – Złamałaś je, próbując latać. Ty głupiutka klaczko – powiedziała pielęgniarka protekcjonalnym tonem. – Powinnaś być bardziej ostrożna podczas prób latania. Latanie może być naprawdę niebezpieczne. – Pielęgniarka powoli pokiwała głową – A teraz opatrzmy to skrzydło.

Fluttershy tylko mocniej zapłakała. Opatrunek na jej skrzydle, boleśnie wżynał się w jej skórę.

Trzecia fala krwi zalała szybę. Wizje zniknęły w mroku, a lustro zajęło się płomieniami ciemności. Lustro spłonęło doszczętnie, znikając bez śladu.

Fluttershy siedziała w ciemnościach, z jej oczu płynęły łzy. Nie była w stanie dostrzec niczego dookoła. Ostrożnie przesunęła kopytko na latarenkę, po czym włączyła ją z trwogą.

Światło oświetliło pomieszczenie. Krew pokrywała dywan i ściany, lecz nie było żadnego śladu po Rainbow Dash, ani mrocznej bestii. Uderzył ją zapach krwi i rozkładu, a po chwili usłyszała ściekającą dookoła wodę. Pokój był zniszczony, przegniły; wróciła do tamtego świata, świata tak odmiennego od Ponyville.

Wróciła do Innego Świata.

Wstała bardzo powoli, opierając się kopytkami o ścianę, na której jeszcze niedawno znajdowało się lustro. Ostrożnie ominęła plamy krwi, które znajdowały się na całej podłodze. Nie była w stanie dostrzec nawet jednego dowodu na to, że była tu Rainbow Dash.

Czknęła i przełknęła głośno powietrze, modląc się by Rainbow Dash nie zginęła na jej oczach. Ale bez obecności jej ciała tutaj, wierzyła, że ciągle może być żywa.

Fluttershy podeszła do drzwi prowadzących do pokoju Rainbow i ujrzała na nich napisaną krwią inskrypcję:

Głęboko we wnętrzu spoczywają sekrety

Lecz nie możemy ciągle przed grzechami uciekać niestety

Co raz utracone będzie odgadnione

Krwawe kopytka raz jeszcze zostaną uniesione


Fluttershy zdała sobie sprawę, że słowa są przeznaczone dla niej. Że obrazy, które właśnie zobaczyła są dopiero początkiem. Gdy przejdzie przez te drzwi, ma się dowiedzieć...

Dokładnie dowiedzieć, co oznaczają te wizje.

Biorąc głęboki oddech i przełykając podchodzące jej do gardła serce, otworzyła drzwi i weszła do środka.

Rozdział 6Edytuj

Korytarz wyglądał na stary. Był długi, ciemny, pokryty pleśnią i rozkładem. Po jego ścianach ściekała woda; na podłodze utworzyły się dość duże kałuże.

Od samego widoku włosy jeżyły się na karku, ale Fluttershy kroczyła dalej w ciemność.

Każdy krok rozbrzmiewał echem pośród ścian. Czasem spod jej kopytek wydobywał się plusk, gdy natrafiała na jedną z dość licznych kałuż. Nie wiedziała gdzie jest i gdzie prowadzi ta ścieżka. Nie wiedziała też, co stało się z Pinkie Pie, ani, co najważniejsze, co stało się z Rainbow Dash.

Jedyną pewną rzeczą było to, że musiała podążać naprzód.

Korytarz dwukrotnie zakręcił, a Fluttershy razem z nim.

Woda stawała się coraz głębsza. Wkrótce jej plusk było słychać przy każdym kroku. Przez jakiś czas potykała się, nie mogąc przystosować się do brnięcia przez wodę na trzech kopytkach, ale w końcu udało jej się złapać odpowiedni rytm.

Korytarz zakręcił raz jeszcze. Fluttershy podążyła nim ponownie. Długi, kręty tunel zdawał się prowadzić ją według własnego widzimisię. W tej gestii nie miała praktycznie żadnego wyboru. Nawet jeśliby chciała, to czuła, że nie było już dla niej powrotu. Dotarła już zbyt daleko.

W momencie gdy przekroczyła próg tamtych drzwi, nie mogła się cofnąć.

Tuż przed nią, ścieżka rozgałęziała się na lewo i na prawo, a pośrodku znajdowały się drzwi.

Jednak te drzwi były inne, nie były zrobione z tego samego gnijącego materiału, co pozostałe drzwi, lub z zardzewiałego metalu, czy czegokolwiek co pasowałoby klimatem do świata, w którym się znalazła.

Drzwi wyglądały identycznie, jak te prowadzące do jej domu w Ponyville i pomijając otoczenie, znajdowały się w idealnym stanie.

Ostrożnie podeszła do drzwi, popchnęła je i weszła do pokoju, do którego prowadziły.


- Cóż, to miejsce wydawało mi sie najlepsze – powiedziała Rainbow Dash, lecąc razem z Fluttershy na obrzeża Ponyville, do małej, pustej chatki, stojącej samotnie na skraju Lasu Everfree. Przed domkiem stała stara tabliczka z napisem „Na Sprzedaż”. – Nikt nie chce tu zamieszkać, ze względu na zbyt bliskie sąsiedztwo Lasu Everfree, ale znając twoją miłość do zwierząt, to powinno być raczej zaletą.

- Łał... wygląda wspaniale. – Fluttershy uśmiechnęła się delikatnie, wchodząc na teren posesji.

Fluttershy otworzyła drzwi i zajrzała do środka. Dom był zakurzony, ale ciągle wydawał się być w dobrym stanie. Znajdowały się tam nawet meble przykryte materiałami, zupełnie jakby czekały, aż ktoś znów je odsłoni i zacznie ich używać. Fluttershy zwiedzała domek, a Rainbow Dash weszła do niego, tuż za nią.

Wyobrażała sobie wszystko, co mogłaby zrobić w tym domu. Mogłaby wygospodarować kącik dla zwierząt, mogłaby wypełnić spiżarnię różnymi zapasami, w jednym pokoju mogła wstawić kilka miękkich krzeseł i stół, by można było przy nim jeść, a kuchnię mogła zapełnić wszelkimi rzeczami niezbędnymi do gotowania idealnych posiłków. Już słyszała szum wody w łazience.

- Och, Rainbow Dash... jest idealne. – Fluttershy uśmiechnęła się radośnie po powrocie do pokoju gościnnego.

- Podoba ci się, tak? W porządku, więc kupię je dla ciebie – uśmiechnęła się Rainbow. Fluttershy zaniemówiła.

- Och, nie, nie mogłabym nigdy prosić cię o coś takiego! To tyle pieniędzy... M-Mogę zarobić na nie sama – próbowała wybrnąć z sytuacji, Fluttershy.

- Nie martw się o to. Ten dom kosztuje teraz marne grosze, a ja, pracując tutaj, zarobiłam całkiem sporo pieniędzy. Do cholery, chcą mnie nawet awansować! – Rainbow zamachała kopytkiem przed twarzą Fluttershy, próbując rozwiać jej obawy.

- A-Ale... w-wciąż, nie mogłabym prosić cię o coś takiego. – zmartwiła się Fluttershy, nie chcąc tyle zawdzięczać hojności Rainbow. To była ogromna inwestycja, nie czuła się tego warta.

- Hej, po prostu pomyśl o tym, jako o przeprosinach za tamtą ucieczkę ze szkoły. – Rainbow uśmiechnęła się lekko speszona. – Ale w zamian za to, uczynisz ten dom swoim wymarzonym domem, dobrze? Wiem, że zawsze chciałaś to zrobić. Bez przerwy o tym mówiłaś, kiedy ostatni raz cię widziałam – zachichotała Rainbow.

Fluttershy wpatrywała się w stojącą przed nią klacz jak odurzona. Powoli spojrzała z powrotem na dom.

‘Idealny dom...’ – pomyślała – To coś, czego nigdy nie miałam jako klaczka... ale... teraz mam możliwość, by ziścić w końcu swoje marzenia.’ – uśmiechnęła się ciepło, czując jak w kącikach jej oczu zaczynają zbierać się łzy.

- ... Tak... – Fluttershy osuszyła delikatnie oczy, zwracając twarz ku Rainbow Dash – Uczynię go... moim wymarzonym domem.



W pokoju ściemniło się, po tym jak zniknęło wypełniające wizję, jasne światło. Wspomnienie pojawiło się przed nią, nie dając jej najmniejszej szansy na przygotowanie. Ale teraz, gdy wizja rozpłynęła się, mogła zobaczyć pokój takim, jakim był naprawdę. Pomieszczenie wyglądało bardzo podobnie do jej pokoju gościnnego, lecz jego stan przypominał bardziej ten z okresu, gdy się wprowadziła. Wszystko było pokryte kurzem, a meble przykryte były płachtami.

Fluttershy milczała. Nie wiedziała, co myśleć o tym, co zobaczyła przed chwilą. To było jej wspomnienie z przeprowadzki do Ponyville, po tym jak przybyła tu w poszukiwaniu Rainbow Dash. Spotkały się ponownie w niesamowitych okolicznościach, a kiedy powiedziała Dash, że ma zamiar przeprowadzić się do Ponyville, Dash bardzo pomogła jej w znalezieniu odpowiedniego miejsca.

- ... To wspomnienie... Ja nie... Ja nie pamiętam.... myśli o tym... że wcześniej nie miałam idealnego domu... - powiedziała cicho Fluttershy, zaskoczona własnymi myślami. Nie wątpiła w to, że rzeczywiście tak było, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, czemu miała mieć takie zdanie o swoim domu.

Kątem oka zauważyła błysk, po czym odwróciła się i spojrzała na ścianę za sobą; coś zwisało z haczyka.

Szybko podeszła do przedmiotu. Był to klucz ze znakiem motyla. Nie wiedząc na razie, co z nim zrobić, zdjęła go i włożyła do torby.

Wyszła z pokoju, zanurzając z powrotem kopytka w kilkucentymetrowej warstwie wody. Teraz miała wybór – pójść ścieżką w prawo, lub w lewo.

Bez wyraźnego powodu, ruszyła powoli lewym korytarzem. Jedynym dźwiękiem, jakim słyszała było plusk wody pod jej kopytkami. Nie zaszła zbyt daleko, zanim się zatrzymała, wpatrując w to, co stało nieruchomo na jej drodze, całkowicie blokując przejście.

Manekin wydawał się być przymarznięty do ścieżki. Po prostu siedział na ziemi. Jej pozytywka nie wydawała najmniejszego dźwięku, a on sam nie wydawał się mieć ochoty na atakowanie jej, ale wyglądał jakby tylko na nią czekał, blokując dalszą drogę.

Ostrożnie cofnęła się z dala od stwora. Wkrótce ponownie zniknął z zasięgu jej wzroku. Obróciła się i zaczęła iść w stronę prawej ścieżki, chcąc trzymać się z dala od dróg prowadzących ku potworom, jeśli tylko mogła ich uniknąć.

Prawa ścieżka nie była jednak zbyt długa, nagle kończąc się, niezbyt daleko od rozwidlenia. Jednak na jej końcu znajdowały się kolejne drzwi, lecz te wyglądały inaczej. Nie były to drzwi do jej chatki. Tym razem przypominały jej te, które widywała w szkole latania.

Wzięła głęboki oddech i ostrożnie popchnęła drzwi, po czym weszła do środka.



- A teraz mnie posłuchaj – powiedział szorstko jej ojciec, gdy stanęli przed Szkołą Lotników w Cloudsdale – Wymagają chodzenia do szkoły, więc będziesz chodziła do niej każdego dnia, kiedy będą zajęcia. Zrobisz wszystko, co powiedzą ci nauczyciele, a po szkole pójdziesz prosto do domu, chyba że będziesz miała pozwolenie na coś innego. A jeśli będziesz grzeczna, to przychylniej spojrzę na twoją prośbę – brzmiał bardzo srogo – Ale cały czas obowiązują cię pozostałe zasady obowiązujące w domu. Nie odzywaj się niepytana; nie mów niepotrzebnych rzeczy; masz słuchać rozkazów dorosłych, chyba że ja powiem coś innego. Rozumiesz?

- T-Tak proszę pana... – pisnęła mała Fluttershy w odpowiedzi, trzymając głowę przy ziemi, nie ośmielając się spojrzeć swojemu tacie w oczy.

- Jeśli zrozumiałaś, w takim razie widzimy się później w domu – powiedział odwracając się od niej, po czym rozłożył skrzydła i odleciał. Po raz pierwszy, Fluttershy podniosła głowę, by spojrzeć na odlatującego ojca. Nawet stąd była w stanie zobaczyć zdobiący jego bok, skalpel.

Cicho westchnęła, dziękując Celestii za to, że już odleciał. Spojrzała na szkołę. Do budynku wlatywało wiele młodych i starszych pegazów, wiele z nich przytulało i żegnało się z rodzicami, niektórzy spotykali się z przyjaciółmi, a inni kierowali się do szkoły z raczej niechętnym wyrazem twarzy.

Był to pierwszy dzień szkoły. Fluttershy była szczęśliwa, że w końcu miała jakiś powód, by być gdzieś indziej niż w domu, lub szpitalu. Ale twarze tylu nieznajomych pegazów przerażały ją. Bała się ich.

Przełknęła zbierające się w jej gardle napięcie i powoli ruszyła w stronę szkoły. Wyglądało na to, że praktycznie każdy pegaz wlatywał do środka. Wchodząc do budynku, czuła że się wyróżnia. Czuła się jak nielot.

Ale w jej sercu pojawiła się mała iskierka nadziei, której nie czuła w sobie już od dłuższego czasu.



Światło w pomieszczeniu przygasło, a wspomnienie dobiegło końca. Pomieszczenie, do którego weszła wyglądało jak opuszczony, szkolny korytarz, jednak szybko kończył się on wyrastającą znikąd, ścianą. Pod ścianami znajdowały się zardzewiałe szafki, a nad nimi wisiał popsuty zegar; cały obszar pokryty był kurzem, jakby dawno nie był uczęszczany.

‘ ... Czy mój tata... zawsze był taki srogi?’ – zastanowiła się Fluttershy, nie zdając sobie sprawy z tego, jak odzywał się do niej jej ojciec ‘... i... bałam się go... ale... czemu ja... czemu bałam się własnego ojca?’ – pytała samą siebie, nie potrafiąc odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Wtedy zorientowała się, o co tu chodzi.

- Głęboko we wnętrzu spoczywają sekrety... – mruknęła Fluttershy, przypominając sobie łamigłówkę z drzwi – To... To miejsce pokazuje mi... rzeczy, o których zapomniałam... a... a właściwie wspomnienia, które stłamsiłam... – Fluttershy poczuła gulę formującą się w jej gardle.

‘Jeśli zapomniałam o tych wspomnieniach... musiałam zrobić to z jakiejś przyczyny...’ – Fluttershy przełknęła kneblujące ją napięcie. Przeszła ostrożnie na tył pomieszczenia, zauważając leżący tam klucz. Ostrożnie podniosła go i zbadała. Klucz miał kształt chmury. Umieściła go w torbie, po czym wyszła z pokoju.

Jej kopytka ponownie napotkały wypełniony wodą korytarz. Zawahała się przez chwilę, ale ruszyła wzdłuż korytarza, w kierunku, gdzie wcześniej znajdował się manekin. To było następne miejsce do sprawdzenia. Nie mogła się teraz cofnąć.

Minęła rozwidlenie korytarza, próbując utrzymać nerwy na wodzy, gdy zbliżała się do miejsca, gdzie stał manekin.

Lecz teraz go nie było. Zupełnie jakby był strażnikiem, czekającym aż zobaczy swoje drugie wspomnienie.

Fluttershy uznała to za cud; jej ciało nie było w stanie znieść kolejnego uszczerbku. Wiedziała, że w jej obecnym stanie, każde uszkodzenie ciała mogło wywołać więcej poważnych obrażeń wewnętrznych i nie mogłaby już nic na to poradzić. Jeśli uległaby teraz krwotokowi wewnętrznemu, umarłaby powolną, bolesną śmiercią.

Każdy krok zmniejszał jej wytrzymałość, zarówno fizyczną jak i psychiczną. Nigdy nie pomyślałaby, że chodzenie na trzech kopytkach może być tak wyczerpujące.

Kontynuując wędrówkę krętymi ścieżkami korytarza, zauważyła, że woda zaczyna się robić płytsza, a posadzka powoli wysycha. Szła teraz po suchym gruncie i ujrzała koniec korytarza, który przechodził w gigantyczne lobby.

Pozytywka zaczęło cicho syczeć. Fluttershy obróciła latarenkę, by lepiej przyjrzeć się pomieszczeniu.

Na skraju światła ujrzała przemieszczającą się pielęgniarkę. Znajdowała się po drugiej stronie, stojącego na środku, stołu. Odwróciła się i weszła w mrok. Fluttershy obserwowała uważnie ciemność, gdy pielęgniarka ponownie pojawiła się w zasięgu światła. Ruszyła dokładnie tą samą drogą, co za pierwszym razem, po czym odwróciła się i z powrotem wkroczyła w mrok.

Pielęgniarka wyglądała, jakby przemieszczała się według pewnego wzoru, tylko czekając aż coś przeszkodzi, lub przerwie jej rutynę. Fluttershy, bardzo ostrożnie zbliżyła się do stołu, ale pielęgniarka zdawała się jej nie zauważać.

Wzrok Fluttershy spoczął na stole, który raz za razem mijała pielęgniarka. Zauważyła na nim lśniący przedmiot. Był to kolejny klucz. Zatrzymała się ostrożnie, czekając aż pielęgniarka przejdzie i oddali się od stołu. Brzęczenie pozytywki przybrało na mocy, gdy pielęgniarka przybliżyła się do Fluttershy i ucichło, gdy odeszła w mrok. Gdy teren był czysty, pegaz szybko podszedł do stołu i chwycił klucz, po czym cofnął się, zanim wróciła pielęgniarka.

Obejrzała dokładnie klucz, dostrzegając na nim symbol czerwonego krzyża. Umieściła go w torbie i rozejrzała się po pomieszczeniu.

Pomijając krążącą pielęgniarkę, dookoła ujrzała typową scenerię połamanych krzeseł i gnijących ścian. Po jednej stronie zobaczyła rozciągającą się ścianę, na której znajdowały się drzwi i regał z książkami. Zaraz za krążącą pielęgniarką znajdowało się coś, co wyglądało na niewielki korytarz, jednak mrok skutecznie uniemożliwiał uchwycenie jakichkolwiek szczegółów.

Ostrożnie minęła stół i skierowała się do drzwi. Popchnęła je i wkroczyła do środka. Jej pozytywka umilkła, a przed jej okiem błysnęło znajome, jasne światło.


- Au...- zaskomlała mała Fluttershy, gdy pielęgniarka przetarła jej rany alkoholem.

- Och nie bądź taką beksą. – pielęgniarka przewróciła oczami, po czym przyłożyła gazik i przykleiła plaster na jej ranę. – Naprawdę powinnaś już do tego przywyknąć; zawsze przychodzisz tu z jakimś problemem. Szczerze, nie mam pojęcia, czemu twój ojciec nie zostawi cię po prostu w domu – powiedziała z niechęcią, odchodząc od stołu, na którym siedziała Fluttershy.

- To... To dlatego... – cicho zakwiliła, Fluttershy.

Pielęgniarka przekręciła głowę i wbiła wzrok we Fluttershy. Pegaz szybko zamknął usta. Skuliła się z powrotem na stole, próbując uniknąć spojrzenia pielęgniarki, która usatysfakcjonowana niemocą klaczki, wróciła do układania swoich rzeczy.

Drzwi do pokoju otworzyły się i Fluttershy usiadła prosto, a całe jej ciało zesztywniało. Do pokoju wszedł jej ojciec, zamykając za sobą drzwi.

- Czy z moją córką wszystko w porządku? – było pierwszą rzeczą, którą powiedział. Kucyk-pielęgniarka natychmiast odwróciła się do niego, a jej twarz rozjaśniła się, zupełnie jakby sama jego obecność, sprawiała jej niewyobrażalną radość.

- O-Oczywiście proszę pana. Wie pan, że jeśli mnie o coś poprosi, to ZAWSZE wykonam to najlepiej jak umiem – powiedziała pielęgniarka, zalotnie trzepocząc rzęsami i uśmiechając się, jakby od tego zależało jej życie. Ojciec Fluttershy nie wyglądał na urzeczonego tym flirtem i odwrócił sie, by spojrzeć na swoją córkę. Siedziała prosto, drżąc ze strachu przed tym, co może zrobić lub powiedzieć jej ojciec.

- Czy pozbierałaś się już po swoim „wypadku”? – zapytał ostro ojciec wyniosłym tonem, jakby i tak go to nie interesowało.

- T-T-Tak proszę pana – Fluttershy jąkała się i piszczała. Jej całe ciało drżało, gdy wpatrywała się wprost przed siebie, nie dopuszczając do kontaktu wzrokowego.

- Jeśli tak, możesz wyjść. Rób, co chcesz, tylko bądź w lobby przed 9, żebym mógł zabrać cię do domu – praktycznie ryknął jej ojciec.

- Tak proszę pana! – Fluttershy natychmiast zeskoczyła ze stołu i wybiegła z pokoju. Zamknęła go za sobą. Usiadła za drzwiami dysząc i czując mocne bicie swojego serca.

- Ooch... Doktorze~ - Fluttershy słyszała dobiegające z pokoju jęki pielęgniarki. Nie miała ochoty wysłuchiwać się jej służalczego przymilania, więc uciekła. Będzie w lobby o tej, o której kazał jej ojciec, ale do tej pory chciała być jak najdalej od niego.


Światła przygasły, odsłaniając pokój podobny do tego, który właśnie oglądała w wizji, z tą różnicą, że jak reszta świata pokryty był kurzem, zepsutymi sprzętami i ogólnym rozkładem.

Po grzbiecie Fluttershy przebiegły dreszcze, gdy otrząsnęła się z powracających wspomnień.

Bała się swojego ojca. Była przerażona... ale nie pamiętała, co sprawiło, że odczuwała przed nim tak intensywny strach.

Ale miała przypuszczenia.

- Czy... mój ojciec... znęcał się nade mną? – mruknęła do samej siebie. Nie chciała w to wierzyć, ale wszystko wydawało się jednoznacznie na to wskazywać. Może zbyt szybko przechodziła do wniosków, może rozdmuchiwała zbytnio całą sprawę, a może raz zdarzyło mu się, przez przypadek, ukarać ją za mocno i nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy...

- ... a może po prostu próbuję znaleźć wymówki dla mojego ojca. – westchnęła głośno i spuściła głowę.

- Muszę... Muszę poznać całą historię... – powiedziała Fluttershy, podnosząc głowę – Jeśli nie dowiem się tego teraz... to... to będę żałowała tego przez resztę mojego życia. – Fluttershy przełknęła ślinę. Ostrożnie przeszła na koniec pokoju, gdzie na stole zauważyła klucz, podobny do tych, które zabrała wcześniej. Ten zdawał się posiadać symbol igły. Włożyła go do torby obok pozostałych kluczy.

Opuściła pokój i natychmiast powitało ją znajome trzeszczenie pozytywki. Zauważyła pielęgniarkę. Fluttershy ostrożnie przekręciła latarenkę, by lepiej zobaczyć pomieszczenie i sprawdzić, czy niczego nie zapomniała.

Jej oko złowiło podobny do wcześniejszych, błysk w kącie lobby. Błysk dochodził ze starego regału, który stał przy ścianie, tuż za zasięgiem kroków pielęgniarki.

Poczekała aż pielęgniarka wykona kolejne okrążenie, po czym szybko ruszyła w kierunku regału. Upewniając się, że potwór nie zwrócił na nią uwagi, spojrzała na regał. Był wypełniony pożółkłymi książkami medycznymi, które często oglądała jako mała klaczka, lecz teraz nie miały dla niej żadnego znaczenia.

Na jednej z półek, leżał luzem kolejny klucz, tym razem posiadający symbol książki. Włożyła go do torby i odwróciła się, by ponownie spojrzeć na pielęgniarkę.

Jedynym miejscem, które jej zostało był teraz korytarz, przez który przechodził potwór.

Fluttershy obserwowała uważnie pielęgniarkę. Wyglądało na to, że ma w najlepszym razie kilka sekund, by przebiec obok niej i dostać się do korytarza, gdy będzie w najdalej oddalonym od niego punkcie. Ciągle pamiętała ostatni raz, gdy znalazła się zbyt blisko pielęgniarki, a ta krzyknęła, przyzywając...

Po jej grzbiecie ponownie przebiegł dreszcz. Nie mogła teraz ponownie stawić czoła temu potworowi. Jeśli tak by się stało, nie było najmniejszych wątpliwości, że tym razem by ją zabił.

Wzięła głęboki oddech i czekała. Liczyła, ile razy pielęgniarka krążyła dookoła. Nie chciała zawalić tego nawet o sekundę.

Dziesięć razy... piętnaście razy... dwadzieścia razy...

Nie chciała się ruszać, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Uspokoiła nerwy, rozprostowała swoje trzy kopytka i przykucnęła, czekając na odpowiedni moment...

Pobiegła tak szybko, jak było to tylko możliwe, mijając pielęgniarkę, starając się utrzymać od niej jak największą odległość. Korytarz znajdował się w ciemnościach, ale wiedziała gdzie jest. Skręciła w odpowiednim miejscu i pobiegła korytarzem, z dala od pielęgniarki.

Zatrzymała się z poślizgiem na jego końcu. Prawie wbiegła prosto na okute grubymi łańcuchami, metalowe drzwi. Skupienie się na drzwiach zajęło jej chwilkę, ale teraz widziała już wszystko dokładnie.

Było tam pięć kłódek, podtrzymujących łańcuchy skrywające stalowe drzwi, na których było coś napisane, ale łańcuchy skutecznie blokowały dostęp do inskrypcji. Natychmiast rozpoznała symbole znajdujące się na kłódkach; odpowiadały dokładnie kluczom, które zgromadziła w okolicy.

Ostrożnie, lecz szybko, wyciągała każdy klucz, jeden po drugim i umieszczała je w odpowiednich zamkach. Każdy z nich roztrzaskiwał się na ziemi. Kiedy opadł ostatni zamek, opadły też łańcuchy, rozsypując się po posadzce. Mogła teraz zobaczyć, co było napisane na drzwiach.



Bicie Serca

Zakute Wspomnienia

Czy wszystko będzie tak samo?

Wiesz, co jest prawdą

Jesteś inna niż ci się wydaje

Ale uczucia są silne

Mogą wszystko zmienić

Lub mogą nie zmienić nic.

Doświadcz grzechów drugiego

A może nić przeznaczenia

Ujawni ich uczucia.


Fluttershy uważnie przeczytała poemat. Przeczytała go przynajmniej trzy razy, nie do końca rozumiejąc, co stara się jej przekazać. Gdy czytała tekst, wzdłuż ciała przechodziły ją dreszcze. Czuła to dziwne uczucie w brzuchu...

To było uczucie, że coś próbuje ostrzec ją przed nadchodzącą przyszłością, powiedzieć jej, że jak już przekroczy próg tych drzwi, będzie musiała zrobić coś bardzo ważnego.

- ... Ja... Ja nie mogę się teraz wystraszyć – powiedziała cicho do siebie, po czym podniosła kopytko i otworzyła drzwi.

Fluttershy praktycznie została odrzucona do tyłu. Gdy tylko otworzyły się drzwi, uderzyła w nią fala ciepła. Musiała chronić swoje oko. Wydawało jej się, że po drugiej stronie drzwi znajduje się piekło. Powoli skierowała wzrok w kierunku, z którego buchał ogień.

Pomieszczenie przed nią, w całości tonęło w płomieniach. Fluttershy lekko otworzyła usta, wpatrując się w ten zdumiewający spektakl. Powoli weszła do pokoju, rozglądając się uważnie. Czuła bijące dookoła ciepło i miała trudności z oceną otoczenia.

Drzwi zamknęły się za nią, a jej wzrok zaczął się wyostrzać.

Znajdowała się w czymś, co wyglądało na opuszczony dom, do którego weszła wcześniej w Ponyville, z tą różnicą, że ten wypełniony był ogniem. Rozejrzała się dookoła – ogień znajdował się wszędzie. Dom powinien już doszczętnie się spalić, ale jakimś cudem ciągle stał, pomimo pokrywających go płomieni.

Coś stało pośród ognia. Spróbowała skupić się na tej postaci, która wpatrywała się w wiszący na ścianie, obrazek.

Był to niebieski pegaz z tęczową grzywą.

- Rainbow Dash! – zawołała Fluttershy, zdziwiona lecz szczęśliwa, że widzi swoją dziewczynę całą i zdrową. Spróbowała się przybliżyć, ale między nią a Rainbow Dash wyrastała fala ognia. Rainbow ciągle stała w tym samym miejscu, patrząc na obrazek, jakby nie słyszała krzyków Fluttershy.

- ... Rainbow Dash? – zawołała ponownie, Fluttershy.

- Wiesz, zawsze jest tak samo – mruknęła cicho Rainbow, nie spuszczając wzroku z obrazka.

- Hę? – odpowiedziała Fluttershy, zmieszana jej słowami.

- ... Nie wierzę, że nie widziałam tego wcześniej... ale naprawdę tak już musi być. – Rainbow Dash zamknęła na chwilę oczy, po czym ponownie je otworzyła – Zawsze uciekająca, zawsze odpuszczająca, gdy już o to nie dbam.

- ... R-Rainbow Dash... o czym... o czym ty mówisz?

Pegaz przerwał na chwilę, po czym cicho się roześmiał.

- Haha... heh... Jestem Elementem Lojalności... co za kupa bzdur. – Rainbow zamknęła oczy, a uśmiech zniknął z jej twarzy – Jedyne, co zawsze robię to porzucam. Nigdy nie dbałam o moich przyjaciół, czy ukochanych. Zawsze dbałam tylko o siebie. ‘Tam gdzieś, jest dla mnie lepsze życie!’, ‘Nie chcę być ograniczana waszymi zasadami!’, ‘Nie dbam już o sprzątanie dla was nieba!’, ‘Już nie dbam o ciebie jak o przyjaciółkę!’, ‘Mam zamiar opuścić cię, dla moich własnych pragnień!’ – Dash zdawała się naśladować samą siebie.

- Ale... Rainbow Dash... t-ty nie opuściłaś swoich przyjaciół... – Fluttershy próbowała nieśmiało zaprotestować.

- Hah! Jesteś ślepa? – Rainbow Dash jednocześnie śmiała się i płakała – Gdy zostałaś od nas oddzielona, opuściłam Pinkie Pie, by cię odnaleźć. Nawrzeszczałam na nią, obwiniłam za wciągnięcie nas w ten bałagan, powiedziałam... powiedziałam, że jeśli umrzesz, to będzie wyłącznie jej wina. – Rainbow Dash potrząsnęła lekko głową.

- A przecież to ciebie najbardziej zraniłam moim opuszczeniem, a ty ciągle chcesz mi wmówić, że tak nie jest? Porzuciłam cię w szkole latania, kiedy mnie potrzebowałaś, tylko dlatego, że nie chciałam być powstrzymywana. – Rainbow opuściła głowę, ze smutnym grymasem na twarzy, jakby dopiero wypowiedzenie tego na głos pozwoliło jej zaakceptować gorzką prawdę.

- A-Ale... t-to było dawno temu... rzeczy się zmien- - zaczęła Fluttershy, ale Dash przerwała jej.

- Wiesz, Fluttershy... kiedy wstępujesz do Wonderbolts... masz minimum jeden rok obowiązkowego, prywatnego treningu, który musisz przejść, żeby nauczyć się wszystkich technik i wzorów lotu, by móc z powodzeniem latać razem z Wonderbolts. Dają pokazy przez cały rok, w całej Equestrii. – wyglądało na to, że wypowiedzenie tych słów sprawia Dash duże problemy – Kiedy spełnię swoje marzenie... opuszczam Ponyville. Zostawiam za sobą przyjaciół... zostawiam ciebie za sobą... Opuszczam cię raz jeszcze.

Fluttershy stała z otwartymi ustami, nie mogąc pojąć słów Dash. Nie... właściwie to nie chciała zrozumieć jej słów. Były dla niej niczym igły wbijające się w jej serce.

- Ale... hej, czy to coś nowego? – Dash podniosła głowę i spojrzała na obrazek – Uciekłam z domu, zrezygnowałam ze szkoły latania, porzuciłam przyjaciół, tylko dlatego, że nie widzieliśmy się już osobiście i pozbędę się wszystkich moich przyjaciółek dla jakiegoś głupiego marzenia. – na twarz Rainbow powrócił smutny grymas – Palę za sobą wszystkie mosty, abym nigdy nie mogła spojrzeć w tył i zobaczyć, co zrobiłam.

- ... Dash... – wymamrotała cicho, Fluttershy.

- Ja... przepraszam, że zakochałaś się w takim kucyku jak ja, Fluttershy – głos Rainbow łamał się, jakby starała się powstrzymać łzy – Nie zasługuję na to. – Dash odwróciła się od obrazka, obracając się plecami do Fluttershy – Powinnaś o mnie zapomnieć.

Dash zaczęła powoli odchodzić w kierunku drzwi, których Fluttershy, przez otaczające ją płomienie, nie była w stanie dosięgnąć.

- Rainbow Dash... Zaczekaj! – krzyknęła Fluttershy.

Niebieski pegaz zatrzymał się na chwilę, jakby nie chciała tego, ale musiała wysłuchać, co Fluttershy ma do powiedzenia.

- Rainbow Dash... – zaskomlała Fluttershy, czując łzy piekące ją w kącikach oczu. Przełknęła formującą się w jej gardle, gulę, podniosła głowę i przywołała z głębi serca całą swoją odwagę.

- Chcę, żebyś teraz była silna... dobrze?

Po Dash nie było widać żadnej reakcji. Nie poruszyła się, po prostu stała, jakby czekając na powolne wchłonięcie się tych słów. Ale, po pewnym czasie, w końcu przemówiła.

- ... Dobrze... – było jedynym słowem, które usłyszała od Rainbow, zanim ta zniknęła za drzwiami, otoczonymi tańczącymi płomieniami. Fluttershy wydawało się, że widzi przez chwilę ślady łez, na twarzy Rainbow.

Fluttershy opuściła głowę, a łzy zaczęły spływać z jej jedynego, zdrowego oka po jej policzku i brodzie. Nie dbała o to, jak gorąco było dookoła, albo o to, że otoczenie wciąż płonęło żywym ogniem

Po prostu chciała teraz tylko zapłakać.

Rozdział 7Edytuj

W końcu poczuła otaczające ją, ciepło. Kiedy już wypłakała całe swoje cierpienie, powoli opuściła płonące pomieszczenie.

Jedyną, dostępną drogą było wyjście drzwiami, którymi tam weszła. Popchnęła zaskakująco zimne drzwi i przeszła przez nie, a te zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.

Chłodne powietrze przyjemnie ostudziło jej ciało. Wytarła twarz, pociągając nosem, próbując odzyskać opanowanie. Słowa Dash ciągle raniły jej serce.

- Nie... Nie mogę się teraz zatrzymać... – Fluttershy powstrzymała łzy, które próbowały znaleźć swoje ujście. – Muszę ruszyć dalej.

Spojrzała na pokój, na końcu korytarza, oczekując charakterystycznego chodu pielęgniarki. Jednakże ten pokój nie był tym samym, z którego niedawno co przyszła. Pomieszczenie przed nią było małe i kwadratowe, z prowadzącymi ku górze, schodami.

Fluttershy mrugnęła, zdziwiona widokiem, lecz powoli zaczynała przyzwyczajać się do tego pokrętnego, nieprzewidywalnego świata. Przeszła przez pokój, w kierunku schodów. Powoli zaczęła się po nich wspinać, odczuwając dziwne uczucie déjà vu.

Jej kopytka prawie ześlizgnęły się z gładkich stopni, a smród rozkładu ponownie uderzył ją w nozdrza. Woda leniwie spływała po ścianach. Fluttershy czuła strach.

Gdy dotarła na szczyt, nagle zorientowała się, gdzie jest.

Była znów w domu z chmur, do którego trafiła, gdy po raz pierwszy została rozdzielona ze swymi przyjaciółkami... tylko, że tym razem nie był to już pierwszy, lepszy dom.

Był to jej dom z czasów, gdy była małą klaczką. Pokój, do którego weszła... był pokojem jej matki z czasów młodości Fluttershy.

Identyczne łóżko stało koło okna, przez które czasem wyglądała na zewnątrz, na regale leżały książki, które czytała do snu. Był też nocny stolik, na którym trzymała osobiste drobiazgi. Nieopodal stało biurko i krzesło. Niedaleko znajdowała się łazienka. Było tam wszystko, czego mogła potrzebować do życia podczas choroby.

Fluttershy przybliżyła się do łóżka; zdawało jej się, że jakaś niewidzialna siła nakazuje jej do niego podejść.

Poczuła jak jej umysł zasnuwa się mgłą. Zachwiała się. Ujrzała przed oczami krwawy przebłysk na łóżku i dywanie, jakby jej mózg próbował odrzucić te obrazy; ale nie było już odwrotu.

Jej głowa zaczęła pulsować bólem, jednak nie mogła już zatrzymać tych wspomnień.

Skupiła uwagę na łóżku, a wspomnienia, które utraciła, wracały z pełną mocą, zmuszając ją do przypomnienia sobie tego, co zdarzyło się w tym pokoju dawno temu...


- Mamo? – zawołała mała Fluttershy, wchodząc do pokoju swojej matki.

Jej matka siedziała na łóżku. W jej kopytku błyszczał srebrny nóż. Jej włosy znajdowały się w nieładzie. Jej przekrwione, podkrążone oczy wpatrywały się w ostrze ze smutkiem.

- ... M-Mamo... – powiedziała szeptem, Fluttershy, idąc w głąb pokoju – C-Co chciałabyś zjeść dzi-

- Hahahahahahahaha! – Jej matka wybuchnęła nagłym śmiechem. Fluttershy stanęła jak wryta, wpatrując się w szoku w mamę. Starsza klacz wydawała się bawić całą sytuacją.

- Och... tak... tak będzie dobrze... – Starsza klacz wyszczerzyła zęby w uśmiechu i odwróciła się do córki. Fluttershy nie była w stanie się poruszyć, zaniepokojona tym, co chciała zrobić jej rodzicielka.

- Przybliż się córeczko – powiedziała mama, przesuwając się na skraj łóżka. Fluttershy ruszyła niepewnym krokiem.

- POWEDZIAŁAM BLIŻE- – Zaczęła wrzeszczeć matka Fluttershy, lecz nagle spadła z łóżka, uderzając w podłogę z głuchym łoskotem.

- Mamo! – krzyknęła Fluttershy, podbiegając do niej i próbując upewnić się, że wszystko z nią w porządku.

Jej matka jęknęła, ale powoli obróciła się tak, że znajdowała się teraz z córką twarzą w twarz. Gdy ją ujrzała, na jej twarz wypełzł nikczemny uśmiech.

- Moja najdroższa córeczko... och, przybyłaś w idealnym momencie... bo widzisz... w końcu to rozgryzłam... już wiem jak mogę się uleczyć. – Matka wybuchła krótkim śmiechem.

- N-Naprawdę!? O-Och mamo, to wspaniałe wieści! M-Muszę powiedzieć tac-

- Nie, nie możesz mu jeszcze o tym powiedzieć – syknęła matka.

- C-Czemu nie? – spytała zmieszana, Fluttershy.

- Ponieważ... tylko ty... możesz w tym momencie wdrożyć tą kurację. – jej matka zaśmiała się, powoli podnosząc nóż w kierunku Fluttershy – A żeby mnie uleczyć, potrzebujesz tego.

Fluttershy chwyciła nóż drżącymi kopytkami, wpatrując się w niego z mieszanymi uczuciami.

- Mogłabym zrobić to sama... ale jestem zbyt słaba by zastosować to leczenie prawidłowo... ale ty... och, ty możesz to zrobić idealnie. – Matka śmiała się szaleńczo – A chcesz przecież, żebym była zdrowa? Zdrowa... i szczęśliwa?

-... O-Oczywiście, że chcę... a-ale... co ja mam... – próbowała zapytać Fluttershy, lecz jej matka już spieszyła z odpowiedzią.

- To proste moje drogie dziecko... Weźmiesz ten nóż... i uderzysz mnie nim. – Matka uśmiechnęła się.

Fluttershy zmroziło. To nie brzmiało wcale dobrze. Wiedziała, że kiedy otrze się o kogoś coś tak ostrego jak nóż, to bardzo boli, więc czemu miałoby to wyleczyć chorobę jej matki?

- A-Ale... mamo... to...

- Kwestionujesz moje słowa? – spojrzała się na nią bezlitosnym wzrokiem. Po ciele Fluttershy przebiegły dreszcze.

- N-Nie a-ale-

- To BRZMI jakbyś je kwestionowała! – ryknęła jej matka. Jeśli miałaby w sobie chociaż trochę siły, prawdopodobnie uderzyłaby swoją córkę. – Musisz to dla mnie zrobić! Tylko ty możesz to uczynić! Kochasz mnie, prawda?

To poruszyło serce Fluttershy.

- O-Oczywiście, że tak mamo...

- Więc uderz mnie! – zażądała jej matka.

Fluttershy przełknęła ślinę i drżącymi kopytkami, wzniosła nóż nad głowę. Nie chciała go opuszczać; jej umysł podpowiadał jej, że to nie jest dobre; nóż zawisł w powietrzu, niezdolny do uderzenia.

- Fluttershy... – matka przemówiła cicho, chłodno.

- T-Tak? – wyszeptała Fluttershy, ciągle trzymając nóż w górze.

- Powiedziałaś, że mnie kochasz... ale wciąż nie uderzyłaś mnie nożem... więc mnie okłamałaś... – powiedziała cierpko jej mama.

- N-Nie, j-ja cię-

- Więc uderz mnie nim! – wrzasnęła na nią matka tak, że Fluttershy prawie podskoczyła – Uderz mnie! Kochaj mnie! Masz mnie KOCHAĆ! (You’re going to LOVE ME!-przyp.tłum.) – Jej głowa opadła na ziemię, a jej usta otworzyły się, jakby chciała ugryźć swoją córkę.

Nóż przeciął powietrze, zagłębiając się w boku matki.

Jej oczy rozwarły się szeroko na moment, lecz po chwili na jej twarz powrócił paskudny uśmiech.

- Tak! TAK TAK! JESZCZE RAZ! – Żądała, wrzeszcząc.

Fluttershy wyciągnęła nóż, po czym wbiła go ponownie w ciało matki.

- NIE PRZESTAWAJ – były to ostatnie słowa, jakie usłyszała od swojej mamy.

Nóż wbijał się i zagłębiał w leżące przed nią ciało. Każde uderzenie rozbryzgiwało dookoła krew, pokrywając jej skórę i mocząc jej grzywę.

Każde uderzenie brzmiało ogłuszająco, mimo że był to jeden z najcichszych dźwięków na świecie. Zupełnie jakby sam nóż krzyczał do niej i tylko ona byłaby w stanie to usłyszeć.

Zagłębiła nóż po raz ostatni. Dyszała. Płakała. Drżała. Jej matka już się nie ruszała, nie mówiła, nie oddychała. Nie była już ciepła.

Fluttershy nie wiedziała, co to znaczyło. Czy uleczyła mamę, tak jak tego prosiła? Czy nie sprawiła jej zbyt dużo bólu? Czy wszystko będzie z nią w porządku?

- Fluttershy, czy dowiedziałaś się już od swojej matki, czy- – Do pokoju wszedł jej ojciec.

Żółta klaczka powoli odwróciła się, ciągle dzierżąc nóż w kopytku, siedząc przed zwłokami swojej matki. Cała była pokryta jej krwią, a po jej twarzy spływały łzy.

W powietrzu zaległa cisza.

Wtem, jej ojciec zbliżył się.

- T-Tato... ja... – czkała Fluttershy, próbując powiedzieć cokolwiek, co wyjaśniałoby ten widok przed jej ojcem.

Jednak została uciszona. Ojciec uderzył ją kopytem z całej siły. Jej małe ciałko przejechało przez całą salę i zderzyło się ze ścianą. Wydała z siebie jęk bólu, uderzając o ziemię.

Ojciec chwycił w kopytka, głowę jej matki i głośno zapłakał.


Łzy spływały jej po twarzy.

- Ja... Ja zabiłam moją mamę... – zaskomlała, Fluttershy – Ja... zabiłam... – płakała. Nie mogła uwierzyć, że to zrobiła, ale zrobiła to, a to wszystko przez to, że matka na nią wrzeszczała, a ona była zbyt słaba, by sprzeciwić się jej woli.

Fluttershy poczuła, jak skręca jej się w żołądku i zaraz zwymiotuje. Odwróciła się i wbiegła do łazienki, chcąc chociaż na chwilę opuścić tamten pokój.

Jednak jej mózg osaczył ją raz jeszcze, a wizje zapomnianych wspomnień ponownie ją nawiedziły.


W powietrzu wisiała cisza, gdy jej ojciec szorował jej ciało, zmywając krew, która zaczynała wsiąkać w jej futro. Gorąca woda usunęła jej sporą większość, ale niektóre plamy były bardzo uparte.

Był bardzo niedelikatny, bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Fluttershy jednak nie protestowała. Nie była w stanie nic powiedzieć. Czuła jakby jej serce rozpadło się na milion kawałków.

- ... Czy wiesz, co uczyniłaś? – zapytał w końcu jej ojciec.

Fluttershy zaskomlała w odpowiedzi, nie mogąc wykrztusić ani słowa.

- ... Odebrałaś nam swoją matkę – powiedział ojciec, a jego głos stawał się coraz bardziej chropowaty. Szczotka, którą czyścił jej ciało, zatrzymała się. – Odebrałaś nam... najcudowniejszą klacz, jaką kiedykolwiek znałem... na całym świecie... – Przycisnął mocniej szczotkę i zaczął mówić przez zaciśnięte zęby – Zrobiłaś to bardzo szybko. Wysłałem cię do niej, żebyś jej pomogła... a ty ją zabiłaś.

Fluttershy wybuchnęła łzami. Słowa ojca raniły jej serce jeszcze boleśniej.

- ... Jesteś potworem! – ryknął.

Bez ostrzeżenia wepchnął jej głowę pod wodę.

Fluttershy wstrząsnęła całym ciałem, nie spodziewając się tego. Jej usta i nos wypełniły się wodą, a z jej płuc uciekło całe powietrze. Machała kopytkami, próbując wspiąć sie nad powierzchnię wody, ale kopyto, które ją trzymało było zbyt silne.

Szybko kończyło jej się powietrze, a płuca zaczynały ją palić. Szukała powietrza, lecz miała już nigdy nie zaznać jego słodkiego smaku.

Nagle została pociągnięta w górę. Instynktownie chwyciła wielki haust powietrza, tuż zanim jej głowa ponownie zanurzyła się pod wodą. Prawie natychmiast znów wypuściła całe powietrze. Czuła, że im bardziej się rusza, tym sprawia to jej większy ból.

Cykl powtórzył się kilkukrotnie – wzięcie krótkiego oddechu, by zostać ponownie wepchniętą pod wodę. Nie miała już siły dłużej walczyć i była zbyt słaba, by unieść głowę nad wodę, zbyt zmęczona, by wziąć wdech.

Kopyto tym razem trzymało ją pod wodą na dobre. Jej oczy wywróciły się do tyłu, a jej kończyny przestały sie ruszać. Nie mogła już utrzymać przytomności.

Została wyciągnięta z wody. Dyszała i łykała łapczywie świeże powietrze, po czym odkaszlnęła wodę, która zalegała w jej płucach. Zwymiotowała, gdy jej ciało próbowało odrzucić duszącą ją, wodę.

- ... Nie... nie, zabicie ciebie byłoby zbyt proste – ryczał jej ojciec, obserwując jak pluje i ciężko oddycha. – Musisz pojąć nieszczęście, jakie uczyniłaś swoją miłością. – Ojciec puścił jej grzywę. Fluttershy instynktownie chwyciła się skraju wanny, ciągle próbując zregenerować ciało. Ojciec wyszedł z łazienki.


Fluttershy trzęsła się, wpatrując się w łazienkę. Jej ojciec, próbował ją zabić. Mógł ją zabić, ale tego nie zrobił.

Jednak w tym momencie czuła, że na to zasługiwała. Z zimną krwią zabiła swoją matkę. Śmierć wydawała się idealną karą.

Powoli wycofała się z łazienki. Nie chciała dłużej przebywać w tym pomieszczeniu. Odwróciła się w kierunku drzwi, prowadzących na korytarz i szybko nimi wyszła.

Stała na zewnątrz sypialni matki, dysząc ciężko i nie mogąc powstrzymać łez. Powoli pokuśtykała do przodu, z trudem zdając sobie sprawę, gdzie w ogóle idzie. Podniosła kopytko i namacała coś w rodzaju drzwi. Bez zastanowienia popchnęła je i wkroczyła do środka.


- Więc, pozszywałaś ją znów, ta? – powiedział jej ojciec, patrząc na niechlujne szwy, które znajdowały się na ulubionej lalce jego córki.

- T-Tak proszę pana... – odpowiedziała piskliwie Fluttershy, zniżając głowę, gdy chwycił lalkę w kopytka.

Nie był pod wrażeniem. Każdy szew był widoczny, plusz ciągle zwisał z niedostatecznie zszytych miejsc, a całość, gdyby mocniej ją pociągnąć, z łatwością mogła się rozpruć.

- Niedopuszczalne – powiedział, chwytając lalkę i rozszarpując ją na strzępy. Fluttershy podniosła głowę w szoku i patrzyła; rozrywał wszystkie szwy i ściegi. Tak ciężko pracowała, by złączyć to wszystko w jedność, po tym jak rozszarpał ją po raz pierwszy.

Wkrótce lalka znów leżała przed nią w postaci strzępków materiału i pluszu.

- Jeśli ją kochasz, zniszczę ją – powiedział cierpko – A twoim zadaniem będzie złożenie jej do kupy. A jeśli nie potrafisz zrobić tego idealnie, to wcale na nią nie zasługujesz – rzekł, ruszając w stronę regału.

Fluttershy zaskomlała, próbując pozbierać wszystkie kawałki swojej ulubionej, najbardziej kochanej lalki – Ashley.

Z głośnym łoskotem, tuż przed nią upadła książka. Hałas przestraszył Fluttershy tak, że prawie podskoczyła. Ale przeczytała uważnie tytuł – „Mistrzostwo Krawiectwa”.

Jeśli nie chcesz znów patrzeć na rozrywanie swojej lalki, spraw żeby wyglądała idealnie – powiedział jej ojciec, po czym powrócił do swojego biurka i zajął się swoją pracą.

Gdy zebrała wszystkie kawałki lalki, Fluttershy ostrożnie chwyciła książkę ustami, uważając, by nie zmoczyć jej łzami i szybko opuściła gabinet ojca.


Fluttershy szlochała. Znajdowała się w gabinecie swojego taty, do którego zawędrowała przez przypadek, ale teraz zobaczyła więcej zapomnianych wspomnień.

Przełknęła łzy i zaczęła się uspokajać. Jej umysł zaczął układać sobie wszystko w całość.

‘Ja... chciałam to zobaczyć... ‘ – oddychała ciężko, przypominając sobie, że sama wybrała przyjście tutaj, że powiedziała sobie, że nie może już teraz zawrócić. ‘Muszę... Muszę zobaczyć każde wspomnienie... dla mojego dobra...’ – wzięła głęboki oddech i wytarła resztki łez, po czym popchnęła drzwi gabinetu ojca i wyszła z niego.


Lekko utykając, dotarła do leżącej naprzeciwko kuchni. Mgła powróciła, wydobywając na powierzchnię kolejne wspomnienie.


- CO TY SOBIE MYŚLISZ!? – głośno wrzasnął ojciec.

Fluttershy upuściła pudełko z płatkami, które zdjęła z najwyższej półki, a jej skrzydła złożyły się błyskawicznie do jej boków. Spadła z dwóch metrów prosto na posadzkę, wywołując głuchy łomot.

Jej ojciec był wściekły, nacierając na nią. Fluttershy próbowała cofnąć się przed nim w strachu. Złapał ją za kopytko i zmusił ją do spojrzenia mu w oczy.

- Co ja MÓWIŁEM ci o LATANIU bez pozwolenia!? NIE WOLNO ci robić tego nawet w domu! – wrzeszczał na nią, mocno ściskając jej kopytko.

- Przepraszam! Przepraszam! – krzyczała, z cieknącymi po jej policzkach, łzami. Kopytko bolało jak szalone.

- Mówiłem ci wcześniej! Złe klaczki, które NIE słuchają, co im się mówi, są zjadane przez smoki! Czy CHCESZ być zjedzona przez smoka?

- Nie! Nie! – krzyknęła Fluttershy, wiercąc się w uścisku.

- A wiesz, że latając jak Niedobra Klaczka PRZYCIĄGASZ uwagę Smoka!? Na pewno CHCESZ być przez niego zjedzona! Inaczej przecież nie latałabyś bez pozwolenia!? – jego krzyki, były tak głośne, że raniły jej uszy.

- Nie! Nie chcę być zjedzona przez smoka! Przepraszam! – płakała mocniej.

- A wiesz co? Myślę, że SŁYSZĘ smoka! Jest już całkiem blisko, ponieważ latałaś! Może powinienem po prostu wyrzucić cię na zewnątrz, by mógł zjeść cię w tej chwili! – Syczał i wrzeszczał szaleńczo.

- NIE! NIE TATUSIU, PROSZĘ! NIE CHCĘ BYĆ ZJEDZONA! – zawodziła Fluttershy, bojąc się o swoje życie.

- Cóż, jeśli nie chcesz być zjedzona, jest tylko jedna rzecz, jaką mogę zrobić – powiedział rzucając córkę na podłogę. Uleciało z niej całe powietrze, gdy próbowała dźwignąć się z powrotem, lecz kopyto jej ojca skutecznie przytrzymywało ją na ziemi.

Jego usta sięgnęły w dół i mocno zacisnęły się na jej skrzydle, rozciągając je siłą, pomimo jej starań, by je złożyć.

NIE! NIE TATUSIU PROSZĘ! PRZESTAŃ! – krzyknęła z bólu, który rozchodził się po jej grzbiecie. Ale było już za późno, nie miał zamiaru zrezygnować.

TRZASK

Fluttershy krzyknęła głośniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Ojciec złamał jej skrzydło.

- I już, teraz przez jakiś czas nie będziesz mogła latać i nie będziesz przyciągała żadnych smoków – powiedział zwykłym tonem, odchodząc od zawodzącej córki – Złamałem je uważnie; gdy już się zrośnie, będziesz mogła latać, ale musimy zabrać cię do szpitala, by założyć na nie usztywniacz – powiedział z paskudnym uśmiechem na twarzy – ale tylko, jeśli Smok już odleciał.

Fluttershy ledwo słyszała słowa swojego ojca, pośród własnych, agonicznych krzyków, spowodowanych przenikliwym bólem, który promieniował z jej skrzydła.


Fluttershy przełknęła kolejne łzy, próbując powstrzymać się od płaczu. Powoli wycofała się z kuchni.

‘Mój ojciec... on był... okrutny...’ – cicho mruknęła do siebie. ‘Ja... jestem w stanie uwierzyć, że zmusiłam się do zapomnienia tego wszystkiego... To... To zbyt bolesne, by o tym pamiętać’ – zamknęła oczy, a kolejna łza pociekła po jej twarzy, mimo jej wysiłków.

Walczyła z kopytkami, starając się zmusić je do dalszego marszu. Za kuchnią znajdował się pokój dzienny. Widziała stąd jego drzwi frontowe. Wiedziała, że to tam musi sie teraz udać; podpowiadał jej tak instynkt.

Pomieszczenie skrywało dla niej kolejne wspomnienie, które miała zobaczyć. Mgła powróciła, zsyłając na nią kolejną wizję.


- ... Gdzie to dostałaś? – ojciec spytał klaczkę Fluttershy, gdy ta przeszła przez drzwi, trzymając w ustach batonika.

- Och... pewien ogier w szkole mi go dał – powiedziała cicho – Powiedział, że mnie lubi i chciał mi coś dać – powiedziała, żując koniec batona, rozkoszując się jego słodkim smakiem.

- Och... tak powiedział, tak? – rzekł ojciec, podchodząc do Fluttershy. Klaczka spojrzała do góry na swojego tatę, cofając się od niego o kilka kroków.

Fluttershy upadła na ziemię, gdy twarde kopytko jej ojca uderzyło ją w twarz. Batonik przeleciał wzdłuż pokoju.

- Pozwól, że powiem ci coś, o chłopcach, którzy cię kochają – ryknął, łapiąc Fluttershy za grzywę i podnosząc ją do góry, wywołując tym pełen bólu, skowyt. – Ogiery tylko cię zranią. Myślą tylko o sobie i nie chcą niczego innego, jak tego, żebyś cierpiała. – Uśmiechnął się paskudnie. – Koniec końców, spójrz na mnie. Kocham cię i proszę, krzywdzę cię – powiedział, rzucając córkę przez cały pokój, która wylądowała na podłodze z głuchym łoskotem.

Fluttershy płakała, próbując zwinąć się w kulkę. Nie chciała już być krzywdzona.

- Ale podejrzewam, że naprawdę lubisz być raniona, jeśli pozwalasz jakiemuś ogierowi się lubić. – Ojciec szczerzył się, podchodząc do niej i kopiąc po grzbiecie, czym wywoływał kolejne spazmy bólu. – Każdy ogier, który zbliży się do ciebie, nie zrobi nic innego oprócz krzywdzenia cię. Więc mam nadzieję, że polubisz to przez resztę swojego życia. Jestem pewny, że znajdziesz ogiera, który pokocha cię nawet bardziej niż ja. – Jej ojciec zaniósł się głośnym śmiechem, wracając do swego gabinetu.

Fluttershy skomlała i płakała, ciągle zwinięta w kłębek, wspominając ogiera ze szkoły, który podarował jej tego słodkiego batonika.

Nagle, jej umysł wypełnił się złością i nienawiścią do niego. Jedyne, czego chciał to skrzywdzić ją. Chciał zbliżyć się do niej, by sprawić jej ból i cierpienie, zupełnie jak jej ojciec.

- Ja... Ja nienawidzę ogierów... – powiedziała na głos, Fluttershy. Przyrzekła sobie, że nigdy nie polubi żadnego ogiera, ani nie pozwoli jakiemukolwiek ogierowi polubić jej, tak długo, jak będzie żyła.


W gardle Fluttershy uformowała się kolejna gula.

‘ ... Mój ojciec... on... on sprawił, że... nienawidzę ogierów...’ – pomyślała – ‘... Ale ja... ja ich nie nienawidzę...’ – teraz wiedziała to lepiej. Nie wszystkie ogiery były, jak jej ojciec, nie wszyscy z nich chcieliby ją skrzywdzić tylko dlatego, że zbliżyła się do nich. Ale... w dalszym ciągu nigdy nie przejawiała zainteresowania ogierami. Jedynym kucykiem, w którym się zakochała była...

Była Rainbow Dash...

‘Czy... Czy kocham Rainbow Dash... dla niej samej... czy dlatego... że była jedynym kucykiem, który zbliżył się do mnie... i mnie nie skrzywdził...’ – Fluttershy czuła się skołowana swoimi myślami. Wszystko, w co wierzyła, odwróciło się do góry nogami w jednej chwili. Czuła, jakby przez ten cały czas się okłamywała. Jakby wszystko, co zrobiła do tej pory mogło być pomyłką.

- ... Nie... – powiedziała nagle zdecydowanym tonem – To z powodu Rainbow Dash... przybyłam do Ponyville... uwolniłam się od mojego ojca... Ja... Ja spotkałam najlepszych przyjaciół, jakich mogłam sobie wymarzyć... przyjaciół, którzy... którzy dbają o mnie mocniej, niż o cokolwiek innego... Ja... zakochałam się... i jestem w cudownym związku – powiedziała, patrząc w sufit, i myśląc o swoich przyjaciołach.

Pamiętała tak wiele wspaniałych momentów spędzonych wspólnie z nimi. Zbieranie kwiatów, przyjęcia, gry, zabawy, nocne przyjęcia, herbatki, rozmowy, przygody...

Uczyniła tak wiele ze swoim życiem, nawet jeśli zapomniała o swoim źrebięctwie, ponieważ było zbyt bolesne, to nie powstrzymało jej to przed wkroczeniem we własne życie i doświadczaniem wszystkich jego cudów, które miało do zaoferowania. Ponieważ ojciec odepchnął ją od siebie, znalazła ukojenie w objęciach kucyków, które szczerze ją kochały.

Wzięła głęboki oddech i uspokoiła się. Na jej twarzy uformował się mały uśmiech.

- Tak... mimo, że zdarzyło się to wszystko... ciągle mam moje przyjaciółki – powiedziała, czując jak robi jej się ciepło na sercu.

To dało jej siłę. Przeszła przez pokój dzienny do frontowych drzwi domu. Ujrzała kłódkę na drzwiach, kłódkę z symbolem lalki. Ostrożnie sięgnęła do torby i wyciągnęła klucz z namalowanym wizerunkiem lalki. Był to klucz, który zdobyła już jakiś czas temu i bardzo cieszyła się, że go nie zgubiła. Umieściła klucz w zamku. Drzwi wydały z siebie ciche kliknięcie, które upewniły ją, że to był właściwy klucz.

Otworzyła drzwi i przeszła przez nie.

Po drugiej stronie znajdowało się ogromne, otwarte pomieszczenie, wyglądające jak mała sala gimnastyczna. Podeszła w kierunku środka sali i zatrzymała się.

Po przeciwnej stronie płonął czarny ogień, który powoli rósł, formując się w kształt kucyka. Na jego twarzy pojawiły się przenikliwe, czerwone oczy i białe usta. Była to Mroczna Bestia.

Fluttershy wpatrywała się w Potwora. Tym razem nie czuła jego ciężkiej, przygniatającej obecności. Stwór ciągle wywoływał strach w jej sercu, ale nie potrafił nad nią zapanować. Była teraz w stanie przed nim stanąć.

Bestia powoli obróciła się, tak że mogła zobaczyć teraz tylko jej grzbiet. Fluttershy patrzyła na to z ciekawością, nie wiedząc, co ma zamiar zrobić.

Wtem, odwrócił się i ujrzała, że z jego ust zwisa ciało Rainbow Dash.

Fluttershy westchnęła, gdy Potwór potrząsnął głową, rzucając ciało pod nogi Fluttershy. Wylądowało tuż przed nią, uderzając w ziemię z głośnym hukiem.

Pegaz wyciągnął kopytko i ostrożnie dotknął ciała. Było zimne. Rainbow Dash była martwa, zabita przez stojącą przed nią, bestię. Fluttershy wpatrywała się w ciało przez dłuższy czas, podczas gdy stwór obserwował ją, uśmiechając się, zupełnie jakby czekał.

Fluttershy odsunęła kopytko od ciała, a na jej twarzy pojawił się smutny wyraz. Podniosła głowę, by spojrzeć na Mroczną Bestię.

- ... Tato... – powiedziała delikatnie – Ja... teraz rozumiem – upewniła się, że mówi wyraźnie – Zrobiłam straszną rzecz... i... prawdopodobnie to nigdy może nie zostać mi wybaczone. Nie potrafię przywrócić życia zmarłym... a krew mojej matki jest na moich kopytkach. – Fluttershy zamknęła na chwilę oczy i wzięła głęboki oddech, po czym kontynuowała dalej.

- Pewnie zasłużyłam na wszystkie kary, które otrzymałam. Żadna klaczka nie powinna przenigdy zrobić tego, co ja. Jednak może być ciężko żyć z takim brzemieniem, jednocześnie będąc karaną za swój czyn... Żyłam z tym wszystkim. – uśmiechnęła się delikatnie – I... dorosłam, by wieść teraz cudowne życie. Ja... zostawiłam za sobą wszystkie rzeczy, które sprawiały mi smutek, które mnie raniły, które przypominały mi o nieszczęśliwym życiu w domu.

- Mam wspaniałych przyjaciół, zwierzęta, które polegają na mnie, dom, o który sama dbam... Znalazłam miłość, która mnie nie rani – uśmiechnęła się.

Fluttershy ostrożnie przekroczyła leżące przed nią, ciało, podchodząc bliżej Mrocznej Bestii. Uśmiech kreatury zniknął, jakby jej obecność dłużej go nie bawiła. Fluttershy stanęła centymetry od niego i spojrzała w górę z uśmiechem.

- Ty... przyniosłeś mi wiele bólu... ale... wybaczam ci. – Pochyliła się i otarła o jego pierś. Bestia wydała z siebie ryk. – Wybaczam ci wszystko... i dziękuję ci. Dziękuję za pozwolenie mi na odnalezienie cudownego życia.

Kula jasnego, białego światła pojawiła się w powietrzu nad nimi, zlatując w dół, w kierunku Fluttershy. Mroczny potwór zaryczał z bólu, gdy światło przepłynęło delikatnie przez niego, docierając do piersi Fluttershy. Światło pochłonęło jej ciało, wypełniając ją przyjemnym ciepłem. Bandaże, którymi była pokryta zaczęły się rozpościerać, opadając na ziemię i zostawiając po sobie wyleczone rany.

Jej skrzydła rozprostowały się, stanęła na wszystkich nogach i otworzyła oboje oczu, by spojrzeć na ryczącą Mroczną Bestię, która zdawała się rozpływać w promieniach światła. Sam potwór zaczął zanikać, spalając się w otaczającym go, jasnym świetle.

Ostatnie resztki ciemności, które tworzyły Bestię zniknęły i światło zaczęło powoli przygasać. Fluttershy uśmiechnęła się delikatnie, spoglądając na swoją pierś, na której, w miejscu latarenki znajdował się teraz złoty naszyjnik z różowym klejnotem w kształcie motyla.

Przez chwilę, naszyjnik zajaśniał raz jeszcze, wystrzeliwując z siebie promień światła, który utworzył przed nią drzwi, pokryte poświatą. Fluttershy wiedziała, co to jest.

- Więc... to jest moja droga do domu... – powiedziała patrząc na drzwi. Mogła wrócić do Ponyville. Mogła przyjąć do serca wszystko, czego się dowiedziała i wieść życie lepsze, niż wiodła wcześniej...

- Nie mogę jeszcze stąd odejść. – uśmiechnęła się do drzwi, po czym odwróciła się i pobiegła z dala od światła. – Mam dwie przyjaciółki, które zgubiły się i potrzebują mojej pomocy.

Pinkie Pie leżała na ziemi, dysząc z bólu i wyczerpania.

- Haha... uciekałaś ode mnie tak zręcznie... jesteś w tym naprawdę dobra. – Druga Pinkie uśmiechnęła się, podchodząc w jej kierunku – Zabiłaś mnie trzy razy, a jednak jestem tu znów. Chyba naprawdę chcesz zostać częścią moich przyjęć – zaśmiała się druga Pinkie.

Pinkie Pie tylko szlochała. Ta druga Pinkie chciała ją zabić... a ona nie była w stanie jej powstrzymać. Jaki był sens powstrzymywania jej? Pozwoliła Fluttershy dwukrotnie się rozdzielić – prawdopodobnie była teraz martwa z powodu tych wszystkich ran. A Rainbow Dash znienawidziła ją, więc nie widziała celu, w powstrzymywaniu jej drugiego „ja” przed jej zabiciem... gdy była praktycznie tak samo winna temu wszystkiemu.

- Przepraszam Bellamino... – zaszlochała Pinkie, zamykając oczy.

- No cóż, zdaje się, że teraz mam trochę czasu, żeby się z tobą zabawić. – Druga Pinkie uśmiechnęła się, chwytając rzeźnicki nóż i podchodząc bliżej leżącego kucyka.

- Masz natychmiast się zatrzymać! – dobiegł ją iście macierzyński nakaz.

Pinkie i druga Pinkie odwróciły głowy w kierunku drzwi, prowadzących do pokoju. Stał tam żółty pegaz, z długimi różowymi włosami i złotym naszyjnikiem.

- Czy twoja matka nie mówiła ci kiedykolwiek, że nie wolno krzywdzić innych kucyków? – Fluttershy ruszyła w kierunku drugiej Pinkie Pie. Normalny różowy kucyk tylko wpatrywał się w nią z otwartymi ustami.

- Cóż, taa, ale ja tak naprawdę ich nie krzywdzę, ja bawię się z nimi! – zaśmiała się druga Pinkie, odkładając rzeźnicki nóż, by porozmawiać z Fluttershy.

- NIE TAK bawi się z innymi kucykami! – Fluttershy stała tuż przed drugą Pinkie, patrząc jej prosto w oczy – Mogłaś naprawdę poważnie zranić moją przyjaciółkę! Podczas zabawy nie używa się noży, czy ostrych rzeczy! Powinnaś bawić się w coś miłego, jak przypinanie ogona kucykowi, albo łowienie jabłek! Powinnaś wiedzieć takie rzeczy!

- Ale- – druga Pinkie próbowała zaprotestować.

- Żadnych „ale”! Powinnaś się wstydzić. Naprawdę mam zamiar powiedzieć twojej mamie, w jakiego rodzaju gry bawisz się z innymi kucykami! – druga Pinkie zdawała się kurczyć pod spojrzeniem Fluttershy – A teraz weźmiesz wszystkie swoje rzeczy i pozbędziesz się ich. I żebym nigdy nie przyłapała cię po raz drugi na tym samym, łapiesz?

Druga Pinkie tylko przytaknęła gwałtownie, po czym chwyciła swój nóż rzeźnicki i odwracając się uciekła od Fluttershy.

- Właśnie tak... druga Pinkie Pie. – Fluttershy uśmiechnęła się radośnie, obserwując ucieczkę złej wersji Pinkie, po czym odwróciła się do właściwej Pinkie Pie, która gapiła się na nią w szoku. – I jak było? Byłam taka asertywna. – Fluttershy delikatnie zaśmiała się, czując, że po jej grzbiecie, ze szczęścia, przebiegają dreszcze.

Pinkie Pie wpatrywała się. Zajęło jej trochę czasu, żeby w ogóle zarejestrować to, co właśnie się zdarzyło. Ale kiedy dotarło do niej, że Fluttershy właśnie wystraszyła jej alter-ego... na jej twarzy pojawił się uśmiech, który szybko zaczął rosnąć, a w końcu z jej ust wydobył się dźwięk.

- Pffff... Pffff... aha... ahahahaha. AHAHAHAHAHAHA! – Pinkie Pie zaczęła się śmiać. Śmiała się naprawdę głośno, turlając się po podłodze i wymachując kopytkami w powietrzu. Fluttershy wystraszyła stąd tą samą rzecz, która przerażała ją na wskroś. I uczyniła to, będąc po prostu Fluttershy. Pinkie nie mogła nic na to poradzić. Musiała się śmiać, gdy jej włosy spuszyły się w jej tradycyjne kędziorki. To była jedna z najzabawniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziała.

- Dziękuję ci – powiedziała uśmiechnięta Fluttershy, kłaniając się lekko Pinkie Pie, przyjmując śmiech jako komplement.

- Ahahahahaha... Och... Och, Fluttershy! – śmiała się Pinkie, przekręcając się w końcu na kopytka i czule przytulając swoją przyjaciółkę. – Jesteś coraz lepsza! I uratowałaś mnie! – zawołała radośnie, Pinkie.

- Hej, od czego są przyjaciele? – uśmiechnęła się Fluttershy, oddając uścisk.

- Och! A mówiąc o przyjaciołach, widziałaś Rainbow Dash? – spytała Pinkie, patrząc z przejęciem na Fluttershy.

- Nie martw się. Ciebie odnalazłam pierwszą, ale nie odejdziemy stąd, póki jej nie znajdziemy – uśmiechnęła się Fluttershy.

- Racja! Operacja „Znaleźć Dashie” w toku! – Pinkie Pie uśmiechnęła się, salutując Fluttershy.

- To naprawdę jest dla najlepszych – powiedział chłodny głos.

- Taa... przecież tego zawsze chciałam. – Rainbow Dash pokiwała głową, zamykając oczy, jakby zgadzała się z tymi słowami.

- W takim razie cieszę się, że potrafisz pójść za głosem serca – głos roześmiał się. Rainbow Dash otworzyła oczy i zobaczyła klacz, która stała przed nią. Wyglądała jak jedna z Shadowbolts – drużyny lotników, którą widziała w Lesie Everfree w dniu, w którym pokonały Nightmare Moon.

- Zawsze to robiłam... nie ma sensu teraz tego zmieniać – powiedziała Rainbow, powoli rozglądając się dookoła. Obydwie siedziały pośrodku płonącego budynku, jednak ogień znajdował się na tyle daleko od nich, by ich nie poparzyć.

- Dobrze, więc chwyć moje kopytko, a wszystko stanie się jasne – powiedziała jedna z Shadowbolts, wyciągając kopytko w stronę Rainbow.

Rainbow Dash spojrzała na nie niepewnym wzrokiem. Czuła, że to nie jest dobre. Czuła, że nie powinna tego robić, ale czuła też, że jest to jej jedyna opcja. Powoli uniosła kopytko, zbliżając je ostrożnie do kopytka Shadowbolts.

- DASHIE! – dobiegł ją nadzwyczaj radosny głos, a po chwili Rainbow Dash została znienacka zaatakowana od tyłu i rozpłaszczona na ziemi. Członkini Shadowbolts głośno syknęła.

- Co jes- Hej! Pinkie Pie! – krzyknęła rozzłoszczona Rainbow, ciągle znajdując się w objęciach różowej klaczy.

- Och Celestio myślałam, że cię straciłam! Po tym, gdy uciekłaś, byłam taka zmartwiona, że próbowałam znaleźć ciebie i Fluttershy, ale zaczęłam tylko napotykać na swojej drodze potwory, które spotykałam już poprzednim razem. Kucyku, byłam taka zdołowana przez to, co powiedziałaś, że zaczęłam od nowa przeżywać mój tutejszy koszmar, ale już jest w porządku, ponieważ ci wybaczam! I znowu cię znalazłam! – Pinkie wykrzyczała wszystko jednym tchem.

- Taa, to świetnie Pinkie Pie, ale zgniatasz mnie! – jęknęła Rainbow, próbując usiąść. Pinkie w końcu ześlizgnęła się z niej.

- Ups, sorki – zaśmiała się Pinkie.

- A tak w ogóle, to co tu robisz!? Mówiłam ci, że musimy odnaleźć Fluttersh-

Rainbow Dash przerwała w pół słowa, a jej oczy rozszerzyły się. – Fluttershy! O mój boże, ZUPEŁNIE ZAPOMNIAŁAM! – powiedziała Rainbow, rozglądając się dookoła panicznym wzrokiem – Co ja tu robię!? Muszę znaleźć Fluttershy.

- W porządku Dash, jestem tutaj. – Fluttershy uśmiechnęła się radośnie, wchodząc do płonącego pokoju, z korytarza, którym wcześniej, jak błyskawica wpadła Pinkie Pie.

- Fluttershy! Ty żyjesz! – powiedziała Rainbow, podbiegając do Fluttershy i przytulając ją mocno – Co ja sobie myślałam!? Nie tak dawno stałaś tuż przede mną, a ja kompletnie zapomniałam, że miałam cię chronić.

Fluttershy zaśmiała się, przytulając tęczową klacz – W porządku Dashie, to miejsce robi z kucykami dziwne rzeczy.

- Hej! – krzyknęła Shadowbolt, wstając i mierząc wzrokiem, stojące przed nią, trzy klacze. Wszystkie trzy zwróciły na nią swoje głowy – Co z twoimi marzeniami!? Nie osiągniesz ich, jeśli nie pójdziesz ze mną! – ryczała jedna z Shadowbolts.

Rainbow Dash spojrzała na Fluttershy, a ta uśmiechnęła się do niej. Rainbow Dash wyszczerzyła zęby i odwróciła się do klaczki Shadowbolts – Wiesz co? Zatrzymaj to sobie. Znajdę sposób, by osiągnąć marzenie na własne kopytko.

Shadowbolt wrzasnął, zamieniając się w czarny dym i znikając w płonącym budynku.

- I więcej nie wracaj! – krzyknęła radośnie Pinkie, machając do kłebów gęstego dymu.

- Fluttershy... Tak mi przykro – powiedziała znów Rainbow – Nie powinnam pozwolić wejść temu miejscu do mojej głowy i zapomnieć o chronieniu ciebie... – po tym Dash odwróciła się do Pinkie, która stała przed nią z uśmiechem na ustach – A co do ciebie Pinkie... Ja... Ja przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałam. To nie było w porządku z mojej strony, kiedy ty tylko próbowałaś pomóc.

- Nic się nie stało Dashie, wybaczam ci – powiedziała Pinkie, ponownie ściskając Rainbow. – Po prostu skupmy się na wydostaniu się stąd.

- Zdajcie się na mnie – uśmiechnęła się radośnie, Fluttershy. Obróciła się w kierunku korytarza i dumnie wypięła pierś. Jej złoty naszyjnik zaczął delikatnie świecić, po czym wystrzelił promieniem światła. Tuż przed nimi uformowały się skąpane w poświacie, drzwi – ich droga do domu. Naszyjnik na szyi Fluttershy wypełnił swoje przeznaczenie, zmieniając się z powrotem w kulę światła, która uleciała w powietrze i wkrótce zniknęła im z oczu.

- W porządku! Chodźmy do domu! – zaśmiała się Pinkie.

- Taa, jestem trochę zmęczona tym miejscem – przytaknęła Dash.

- Wszystkie jesteśmy – uśmiechnęła się Fluttershy.

Trzy klacze przeszły przez rozświetlone drzwi.

Wspólnie.

ZakończeniaEdytuj

Zakończenie: Game OverEdytuj

Warunek odblokowania: Umrzeć w dowolnym momencie.


Fluttershy krzyknęła w agonii, gdy szczęki potwora zagłębiły się w jej ciele. Wrzeszczała i płakała, ale bez najmniejszych efektów. Jej serce przestało bić, a z ciała zaczęły wyciekać resztki życia. Jej oczy wywróciły się białkami do góry, po czym zamknęły się na wieki.

‘Przepraszam... Dashie’ – były to ostatnie słowa, jakie pomyślała, opuszczając ten świat.


Twilight siedziała na podłodze, wpatrując się w trzy odmienne obrazy, które lewitowały przed jej oczami. Dookoła niej wirowała nieskończona ciemność. Wciąż nie do końca rozumiała, co mogą one oznaczać, ale przypuszczała, że każdy z nich reprezentuje psyche każdej z jej przyjaciółek, poddanych działaniu zaklęcia Zgłębienia Umysłu.

Nagle, środkowy z nich, zaczął matowieć, powoli pogrążając obraz w czerni.

- Hę? – powiedziała Twilight w panice, nie wiedząc, co się dzieje. Ogień, szybko zaczął pochłaniać pozostałe dwa obrazy, otaczając je gorzejącym piekłem czarnego ognia. Wkrótce wszystkie trzy obrazy zniknęły, pogrążone w koszmarnym płomieniu.

Twilight poczuła, że jest wypychana, wyciągana siłą z wirującej dookoła niej ciemności, wprost do świata realnego.

Twilight jęknęła, pocierając czoło.

- Co się stało? – zapytała, otwierając oczy.

Na podłodze leżały jej trzy przyjaciółki.

- ... H-Hej... o co chodzi? – powiedziała, podchodząc do nich bliżej, wyciągając kopytko w kierunku Fluttershy. – Fluttershy? – zapytała, delikatnie nią potrząsając. – Pinkie Pie? Rainbow Dash? – Twilight nieustannie trzęsła swoimi przyjaciółkami.

- Hej... t-to nie jest śmieszne! Wstawajcie! – zawołała, szturchając je coraz mocniej. Lecz nieważne, jak bardzo się starała, trzy klacze ani drgnęły. – No dalej! Wszystko z wami w porządku, prawda!? Po prostu sobie ze mnie głupio żartujecie! No już! Podnieście się!

Twilight przestała nimi potrząsać. Jej usta drżały. Ostrożnie przyłożyła kopytko do karku Fluttershy.

Jej serce zatrzymało się, ponieważ nie wyczuwała pulsu.

Szybko sprawdziła Rainbow Dash i Pinkie Pie. Tu było podobnie.

- Och nie... och nie. ochnieochnienienienieOCHNIE – wydyszała Twilight, cofając się do tyłu, czując narastającą w niej, panikę – Co... co ja zrobiłam!? – krzyknęła, a łzy zaczęły spływać po jej twarzy.

W jakiś sposób, właśnie udało jej się zabić trójkę najlepszych przyjaciółek.

Zakończenie – Coś tu nie graEdytuj

Warunek odblokowania: Uniknąć zobaczenia wspomnień i nie napotkać Pinkie Pie w świecie alternatywnym (pominięcie sceny z Pinkie Pie, powoduje także niepojawienie się sceny z Rainbow Dash).


Fluttershy wpatrywała się w stojącą przed nią, Mroczną Bestię. Przełknęła ślinę, próbując jednocześnie połknąć z nią swój strach. Wiedziała teraz, czym był ten potwór, ale to i tak nie pomagało zbyt wiele.

- Słuchaj... – powiedziała Fluttershy, starając się przemyśleć każde swoje słowo – Ja... Ja wiem kim jesteś... i... – Co ona miała powiedzieć? Przeszukiwała zakamarki umysłu, w poszukiwaniu odpowiedzi, lecz takowa nie nadchodziła. Mroczna Bestia, wolnym krokiem, ruszyła w jej kierunku, zmuszając ją do lekkiego cofnięcia się.

- ZOSTAW JĄ W SPOKOJU! – rozbrzmiał nagle głośny krzyk. Fluttershy odwróciła głowę, by ujrzeć różową smugę, która wyskoczyła nie wiadomo skąd, atakując potwora.

Stwór zaryczał, cofając się, po czym przekręcił głowę, by szybko spojrzeć na różową klacz, która stała przed nim z triumfalnym wyrazem twarzy.

- P-Pinkie Pie! – krzyknęła zdziwiona Fluttershy, nie spodziewając się ujrzeć tutaj swojej przyjaciółki.

- Nikt nie skrzywdzi Fluttershy, dopóki ja mam tu coś do powiedzenia – Pinkie parsknęła na mrocznego stwora.

- Pinkie Pie! Uciekaj stąd! On nie zawaha się ciebie skrzywdzić! – krzyknęła Fluttershy, próbując ostrzec swoją przyjaciółkę.

- Nie martw się o mnie! – powiedziała Pinkie, z uśmiechem odwracając głowę do pegaza – Poradzę sobie z tym gościem.

Mroczna bestia ponownie ryknęła, szarżując prosto na Pinkie Pie. Jego białe szczęki otworzyły się, szykując do zatopienia się w jej ciele.

Jednak zęby potwora natrafiły tylko powietrze. Pinkie z łatwością uniknęła ataku, prześlizgując się przy jego boku. Z głośnym okrzykiem bojowym, obróciła ciało i uderzyła w bok potwora tylnimi kopytami, by zająć czymś jego uwagę.


Bestia nie wydawała się speszona tym atakiem. Odwróciła głowę, wlepiając wzrok w różowego kucyka.

- ...Ups – powiedziała Pinkie, szybko odskakując z drogi ryczącej sylwetki, która zacisnęła swoje szczęki w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała Pinkie. Kucyk spojrzał poważnie na potwora, zdmuchując spadające na twarz, włosy, po czym wyszczerzył do niego zęby. – Cóż, wydaje mi sie, że muszę wezwać wsparcie powietrzne! TERAZ DASHIE!

- SPRÓBUJ TEGO! – do uszu kucyków dotarł dziki krzyk tęczowowłosego pegaza, który zleciał dosłownie znikąd, na pełnej szybkości. Jej przednie kopytka uderzyły w bok potwora, po czym pegaz ponownie wzbił się w powietrze.

Mroczna bestia ryknęła z bólu, zatrzymując się na chwilę, lecz wciąż twardo stojąc na nogach.

- Nie możemy odpuścić! To coś chciało skrzywdzić Fluttershy! – Pinkie stuknęła kopytkiem, przygotowując się do kolejnej szarży.

- Racja! – odpowiedziała Rainbow Dash, kreśląc w locie ósemki, gotując się do następnego ataku.

Fluttershy tylko wpatrywała się osłupiałym wzrokiem. Dwójka jej przyjaciółek właśnie przybyła jej na pomoc nie wiadomo skąd, a na dodatek jeszcze przechylały szalę zwycięstwa na swoją stronę. Mroczna Bestia zdawała się nie móc mierzyć z dwójką kucyków. Zupełnie jakby...

Jakby posiadały moc, którą ona nie władała. Moc, która mogła być opanowana tylko przez kogoś innego i wykorzystana dla niej.

Kopytka ponownie starły się ze sobą. Stwór ryczał i zawodził, obrywając raz za razem od walczących z nim klaczy. Zdawał się nie móc dorównać kroku dwóm zwinnym postaciom, a jednak wciąż trzymał się na nogach. Bez względu na to, jak bardzo się starały, nie potrafiły go powalić.

- Rany, walnęłyśmy to coś wszystkim, co miałyśmy! Czemu w końcu nie padnie? – krzyknęła Rainbow Dash do Pinkie, krążąc pod sufitem ponad bestią.

- Nie wiem... może musimy spróbować czegoś innego! – Pinkie przeszukiwała mózg, w poszukiwaniu błyskotliwego pomysłu, intensywnie wpatrując się w stwora.

Fluttershy, widząc to, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Jej przyjaciółki naprawdę przybyły jej na ratunek. Gdy tylko poczuły, że ma kłopoty, natychmiast popędziły ją ratować, nie zważając na konsekwencje.

- Zaczekajcie... Pinkie Pie, Rainbow Dash – zawołała do nich Fluttershy. Odwróciły głowy, by spojrzeć na przyjaciółkę – Pozwólcie mi czegoś spróbować. – uśmiechnęła się radośnie, podchodząc bliżej do bestii.

- Uważaj Fluttershy! To coś może cię bardzo łatwo skrzywdzić! – krzyknęła Rainbow, ostrzegając żółtego pegaza.

- Wiem. – powoli pokiwała głową, Fluttershy – Ale... teraz mnie posłuchaj... – powiedziała Fluttershy, skierowując swą uwagę na Mroczną Bestię – To już koniec. Może nie byłam na tyle silna, żeby stawić czoła moim problemom, ale teraz mam obok siebie moich przyjaciół.

- Racja! – powiedziała Pinkie Pie, doskakując do Fluttershy z uśmiechem na ustach – Tak długo, jak jesteśmy razem, poradzimy sobie z każdym niebezpieczeństwem! Pokonamy każdą przeszkodę! Zjemy każde ciastko! – zachichotała ze swoich słów – Żaden kucyk nie powstrzyma nas, dopóki działamy wspólnie! Nawet taki Przepodle Podły McMroczniak jak ty! – różowa klacz zaśmiała się radośnie.

- Taa! I mimo, że czasem coś nie idzie tak, jak tego byśmy chcieli, to zawsze będziemy przyjaciółmi! – powiedziała Dash, lądując obok Fluttershy, z uśmiechem na ustach – Jeśli tylko będziemy o tym pamiętać, znajdziemy sposób, żeby sprostać każdemu wyzwaniu!

Bestia ryknęła w kierunku trzech klaczy, gdy nagle między nimi pojawiła się kula jasnego światła. Unosiła się melancholijnie w powietrzu, skutecznie przykuwając wzrok trójki przyjaciółek.

- Hej, to jeden z Elementów Harmonii! – powiedziała zdumiona Rainbow.

- Ale... czyj? – Fluttershy zamrugała, lekko zmieszana.

- Nie wiem, ale założę się, że to nasza droga do domu! Szybko! Spróbujmy tego użyć! – wyjaśniła szybko, Pinkie. Każda z trójki kucyków sięgnęła kopytkiem w stronę elementu. Gdy wszystkie go dotknęły, światło z kuli zaczęło się błyskawicznie rozszerzać. Pochłonęło całą aulę, otaczając swymi promieniami, Mrocznego Potwora, który znikając w poświacie zdołał tylko zaryczeć z bólu.

Kucyki zniknęły w mieszance oślepiającego światła i pędzącego wiatru. Żadna z nich nie wiedziała, co się dzieje dookoła. Czuły, że kręcą się w kółku, zupełnie jakby wpadły do gigantycznego miksera. Nic nie miało sensu, aż do momentu, gdy zgasło światło, zderzając je z rzeczywistością.

-Aaa! – krzyknęła Twilight, czując, że jej ciało zostało odepchnięte siłą, odrzucając ją w tył na kilka metrów. Potrząsnęła głową, próbując odgonić uczucie mdłości. Położyła kopytka na czole, po czym usiadła, lekko jęcząc – Co właśnie się stało?

- Hej, myślę, że się nam udało! – dobiegł ją podekscytowany głos, Fluttershy.

- Hej, masz rację! Niesamowite, zrobiłyśmy to! – zabrzmiał chełpliwy głos Pinkie.

- To było... niesamowite – rozbrzmiał nieśmiały głos Rainbow.

- ... Hę!? – krzyknęły jednocześnie trzy klacze.

Twilight otworzyła oczy i ujrzała swoje przyjaciółki, które wpatrywały się w siebie w szoku, z otwartymi ustami.

- Co ja robię TAM, kiedy jestem TUTAJ!? – krzyknęła Pinkie, wskazując na Rainbow Dash.

- Co ty tam robisz? Miałaś chyba na myśli, co ja robię TUTAJ! - powiedziała szybko Fluttershy, wskazując na Pinkie Pie - Z całą pewnością jestem tu, ale jestem także tam! A ty nie jesteś tą DRUGĄ Pinkie Pie, która chciała się bawić w te podłe gry! To znaczy, mogłabyś być, ale to mało prawdopodobne, bo nie masz na sobie sukienki... chociaż w sumie sukienkę można łatwo zdjąć – Fluttershy położyła kopytko na podbródku, zamyślając się.

- Co... jak... – Rainbow Dash po prostu patrzyła w lewo i w prawo, nie dowierzając własnym oczom.

Wtedy każda z klaczy spojrzała w dół na swoje własne ciało.

-AAAAAA! JESTEM PINKIE PIE! – Pinkie Pie odskoczyła na kilka metrów od pozostałej dwójki. – W takim razie... to znaczy! – Pinkie Pie desperacko sięgała kopytkami w tył, do miejsc, gdzie powinny się znajdować skrzydła pegaza. Jej twarz zastygła w grymasie przerażenia, a jej tradycyjnie skręcone włosy, rozsypały się w prostą grzywę. – NIE MOGĘ JUŻ LATAĆ! – Pinkie uniosła głowę i zajęczała.

- Och no co ty, bycie mną nie jest TAKIE złe – powiedziała Fluttershy, skręcając głowę w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie byłaby w stanie. – To znaczy jest tyle dobrych rzeczy, które przychodzą razem ze mną! Mogę imprezować, mogę biegać tak szybko, jak Rainbow Dash, mogę jeść wszystkie słodkości, jakie tylko chcę, każdy kucyk wie kim jestem~ - Fluttershy zaczęła radośnie wymieniać listę powodów, dla których dobrze jest być Pinkie Pie.

- ... Ja... Ja nie wiem... bycie... R-Rainbow Dash... nie wydaje się właściwe... – Rainbow Dash zarumieniła się, mówiąc cichym głosem – Czuję się... jakbym naruszała jej prywatność.

- Oj przestań! – mruknęła Pinkie Pie, starając się wzbić w powietrze, unosząc grzbiet do góry, jakby próbowała zmusić skrzydła, do odczepienia się od jej boków – No dalej! No dalej! No dalejdalejdalejnodalejnodalejNODALEJ! – jej głos brzmiał coraz bardziej nienaturalnie, z każdą próbą uniesienia się w powietrze. Nawet po serii machania kopytkami, jedyną rzeczą, którą napotykała Pinkie była ziemia.

- -I wiedza, jak piec ciasteczka, i jak idealnie rozwieszać serpentyny, i OCH, jak przyrządzić Gummy’emu jego supertystyczno-ulubieniaszczo-specjalne-jedzenie! To naprawdę coś wielkiego! – zachichotała Fluttershy.

- Ojej... mam nadzieję, że z moimi zwierzęcymi przyjaciółmi wszystko będzie w porządku, gdy zobaczą mnie taką... – Rainbow potarła strachliwie kopytkiem o nogę.

Twilight tylko wpatrywała się w szoku w rozpościerającą się przed nią, scenę. Jej mózg, przez chwilę odmawiał poskładania tego wszystkiego do kupy, ale to wszystko, co mówiły i robiły, spowodowało, że wszystkie zapadki w jej umyśle weszły w końcu na właściwe miejsca. Poczuła dreszcz przerażenia, który spłynął wzdłuż całego jej ciała.

- W-Wy... wy trzy... zamieniłyście się ciałami? – spytała z wahaniem, Twilight.

Trzy klacze przestały robić, to co w tym momencie robiły i odwróciły się w stronę Twilight.

- ... Na to wygląda. – Fluttershy spojrzała na Rainbow Dash i Pinkie Pie – To znaczy, jestem Pinkie Pie, ale jak widać jestem też Fluttershy... cóż, myślę, że jestem mną, jako Pinkie, ale nie mną jako Fluttershy, ale jestem Fluttershy... zaraz ja-

- Tak, ona już załapała, Pinkie – mruknęła Pinkie w stronę Fluttershy – I... taa... jestem Rainbow Dash... uwięziona w ciele Pinkie. – Rainbow wcale nie brzmiała na wstrząśniętą.

- A... ja jestem Fluttershy... w... ciele Rainbow. – Rainbow Dash ponownie się zarumieniła.

- Och... ojej... – powiedziała Twilight, pocierając czoło – Tak... Tak mi przykro! Jestem pewna, że mogę to naprawić! Nie mam pojęcia, jakim cudem aż tak namieszałam z zaklęciem, ale jestem przekonana, że mogę to odkręcić! Może jeśli spróbujemy zaklęcia jeszcze raz? – Twilight pisnęła lekko, próbując posłać niezgrabny uśmiech swoim przyjaciółkom.

Oczy każdej z klaczy rozszerzyły się na wieść o sugestii Twilight, po czym spojrzały na siebie.

-... Wiesz co... może niemożność latania nie jest taka zła. Jasne, nie będę mogła dołączyć do Wonderbolts... ale z szybkością Pinkie, może będę mogła dołączyć do naziemnej drużyny wyścigowej! – powiedziała Rainbow, szybko wymyślając coś na poczekaniu.

- T-Taa! To jest pozytywne myślenie! A ja mogę opracować więcej niesamowitych sposobów na dekorowanie przyjęć! Nie muszę już polegać na balonach, które wędrują pod sufit – mogę po prostu do niego podlecieć! – szybko odpowiedziała Fluttershy, wskazując kopytkiem na Pinkie Pie.

- A... A ja w końcu mogę być silnym lotnikiem! Będę zdolna do rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam. Będę mogła nawet lepiej pomagać moim zwierzątkom! – Fluttershy, równie szybko dołożyła swoje trzy grosze.

- Więc tak... wszystkie jesteśmy szczęśliwe tak, jak jest, Twilight, i przepraszamy, że nie możemy zostać, ale powinnyśmy całkowicie sprawdzić, jak żyje się nam nowym życiem! – wyjaśniła szybko Pinkie Pie, praktycznie wybiegając przez drzwi frontowe.

- Taa, mamy dużo rzeczy do obgadania! Poczekaj na mnie, Dashie! – krzyknęła Fluttershy, podążając za Pinkie Pie.

- T-Tak... a-a ja nie mogę pozwolić, żeby moja dziewczyna radziła sobie z tym sama! Dziewczyny, zaczekajcie na mnie! – powiedziała Rainbow Dash, błyskawicznie ruszając za pozostałą dwójką i zamykając za sobą drzwi.

Twilight tylko siedziała w głuchej ciszy przez dłuższy czas. Trybiki w jej głowie kręciły się z wielkim trudem, próbując rozgryźć, co właściwie się stało.

- Och, Celestio... co ja narobiłam? – Twilight potarła głowę w rozpaczy.

Zakończenie: Tak to już jestEdytuj

Warunek odblokowania: Nie zobacz wszystkich wspomnień, ale napotkaj Pinkie Pie i Rainbow Dash w świecie alternatywnym.



Fluttershy spojrzała na stojącą przed nią, Bestię, biorąc głęboki oddech. Obecność potwora już jej nie przygniatała. Była w stanie z powodzeniem stanąć przed nim, lecz wciąż czuła dreszcze przechodzące wzdłuż jej kręgosłupa.

Jednak już zdecydowała. Musiała zrobić to, co było konieczne.

Fluttershy podeszła powoli do mrocznej bestii, która spojrzała sie na nią z dziką ciekawością.

- Ojcze... ja... wiem, że wiele się zdarzyło... między nami... – zbliżyła się, z lekkim wahaniem – Ale... to wszystko, co było jest już przeszłością. Ruszyłam dalej z moim życiem. Zyskałam przyjaciół, o których troszczę się jak tylko mogę, żyję szczęśliwie we własnym domu. Odnalazłam miłość... – Fluttershy uśmiechnęła sie przepięknie. Mroczna bestia ani drgnęła, gdy Fluttershy przybliżyła się do niej, stając tuż przed nią.

- I... myślę, że nie odnalazłabym tego wszystkiego, gdyby nie było ciebie na mojej drodze. – spojrzała w górę na potwora z uśmiechem – Jesteś częścią mojego życia... i muszę to zaakceptować.

Czarny stwór tylko się wpatrywał. Jego czerwone oczy świeciły, jakby przewiercały na wskroś jej duszę. W powietrzu pomiędzy nimi zawisła cisza, po czym białe usta uformowały się w złowieszczy uśmiech.

Paszcza stwora otworzyła się, odsłaniając garnitur ostrych zębów. Fluttershy tylko uśmiechnęła się, widząc, że stwór podnosi swoją głowę. Zamknęła oczy, gdy Mroczna Bestia skierowała swe szczęki w dół.

Otoczyła ją nagła ciemność, która pochłaniała wszystko dookoła. Nie było to bolesne, lecz bardziej dezorientujące uczucie. Czuła, jak jej ciało kołysze się i czuła jak wokół niej rośnie opór, zupełnie jakby była ciągnięta gdzieś w toni wodnej, z tą różnicą, że mogła swobodnie oddychać. Opadała i kręciła się w falującej ciemności, po czym uderzyła w coś twardego.

Z głośnym łomotem, znalazła się z powrotem w realnym świecie.

- Uchnn.... – jęknęła cicho Fluttershy, pocierając swoją głowę. Z jakiegoś powodu leżała teraz na ziemi. Powoli podniosła się i otworzyła oczy. Nad nią stała Twilight i również tarła kopytkiem swoje czoło.

- Uuch... czy wszystko w porządku z każdym kucykiem? – spytała Twilight, otwierając oczy, by spojrzeć na swoje przyjaciółki.

- W zasadzie czuję się... dobrze... – powiedziała Fluttershy, z lekkim zaskoczeniem w głosie. Obmacała swoje ciało, próbując znaleźć zabandażowane miejsca, lecz wszystkie opatrunki zniknęły, a jej rany zagoiły się.

‘... Musiały istnieć tylko w tamtym miejscu...’ – pomyślała Fluttershy, ostrożnie kładąc kopytko na twarzy.

- ... Taa.... w porządku... – następna odezwała się Pinkie, jednak nie był to jej zwyczajny „szczęśliwo-‘do boju’-radosny głos”. Fluttershy odwróciła głowę i dostrzegła, że włosy Pinkie ciągle były wyprostowane. Patrzyła się w dół ze smutkiem – Ale... każda z nas zrobiła, co w jej mocy, czyż nie? – Pinkie uniosła głowę, by spojrzeć na Fluttershy i Rainbow Dash.

- ... Taa... – było jedynym, co powiedziała Rainbow, przed wstaniem z miejsca. Odwróciła się w kierunku drzwi i ruszyła wprost na nie.

- Hej, Rainbow Dash, gdzie się wybierasz? – spytała Twilight, mrugając lekko zmieszana.

- ... Idę... się przejść... – powiedziała Dash, zanim otworzyła drzwi i wyszła.

- Hej... Dash, zaczekaj, musimy porozmawiać... – powiedziała Fluttershy, podnosząc się i szybko wybiegając przez drzwi za tęczowowłosym pegazem.

Twilight zamrugała, skonfundowana widokiem opuszczającej ją, dwójki przyjaciółek.

- Pinkie... co właściwie się tam stało?

Pinkie westchnęła głośno i popatrzyła na Twilight poważnym wzrokiem – Twilight... musisz mi coś obiecać...

- ... Co takiego? – zapytała Twilight.

- Przyrzeknij mi, że nigdy, PRZENIGDY nie użyjesz już tego zaklęcia. Niezależnie od okoliczności.

Fluttershy i Rainbow Dash kroczyły w milczeniu uliczkami Ponyville. Nie odzywały się ani słowem. Cisza, która między nimi zalegała byłaby wręcz ogłuszająca, gdyby nie otaczające je odgłosy codziennej rutyny miasteczkowego życia. Dash, powoli prowadziła je w kierunku swojego domu w chmurach.

Obydwie czuły, jakby spacer trwał wieki. W końcu Dash zatrzymała się tuż za Ponyville, na drodze prowadzącej do jej domu. Fluttershy również stanęła, patrząc się na nią z przejęciem.

- Fluttershy... – przemówiła w końcu Rainbow, jakby myślała o tym przez cały ten czas – Myślę... że najlepiej... jeśli przestaniemy się spotykać...

Fluttershy poczuła, że nadciąga spodziewany cios w serce.

- Ponieważ... za dwa miesiące będziesz próbowała dostać się do Wonderbolts... prawda? – odpowiedziała klaczka słabym głosem.

- Cóż... chodzi o coś więcej... – odpowiedziała Rainbow – Nie wydaje mi się, żebyśmy były dla siebie odpowiednie... a zwłaszcza ja nie jestem przeznaczona do miłości.

- Ale... – przemówiła Fluttershy, próbując znaleźć sposób, by racjonalnie odeprzeć wypowiedź Rainbow Dash, ale każde słowo, które wydawało jej się odpowiednie, więzło jej w gardle. Nie potrafiła zmusić się do powiedzenia czegokolwiek.

Fluttershy zniżyła lekko głowę. Łzy zaczęła piec ją w kącikach oczu. Wiedziała, że to się zdarzy, a jednak wciąż bolało bardziej niż przypuszczała.

- Ale... ciągle będziemy... przyjaciółkami... prawda? – udało się jej w końcu wykrztusić.

- ...Przypuszczam, że tak... tak długo, jak będę tu miała jeszcze przyjaciół – mruknęła cicho Rainbow Dash.

- Dash... my... – Fluttershy podniosła głowę – Nie przestaniemy być twoimi przyjaciółkami tylko dlatego, że opuścisz nas na jakiś czas. – Fluttershy pozwoliła przemawiać swojemu sercu – Zrobimy, co w naszej mocy, by zobaczyć twój występ, gdy będziesz w pobliżu. Odwiedzimy cię, gdy będziesz miała przerwę... będziemy twoimi przyjaciółkami, niezależnie od tego, co się wydarzy.

Dash zamilkła na moment, nie wiedząc, co myśleć, lub co odpowiedzieć na słowa Fluttershy.

- Chciałybyście przyjaźnić się z kucykiem, który porzuca kucyki, na których mu zależy? – Nadeszła kolej Rainbow, by jej głos zaczął się łamać.

- Nie porzucasz swoich przyjaciół, Dashie. Nieważne jak może to dla ciebie wyglądać, kiedy już do czegoś dochodziło, nie wahałaś się pomóc swoim przyjaciołom. Kiedy cię potrzebowali, byłaś tam dla nich. Żaden kucyk nie jest idealny przez cały czas. W lojalności nie chodzi o NIEPOTRZEBOWANIE czasu dla siebie... tu chodzi o bycie w odpowiednim miejscu, gdy przyjaciele cię potrzebują. – Fluttershy nie była pewna, jak była w stanie powiedzieć to wszystko, ale czuła że każde jej słowo jest najszczerszą prawdą.

-... Chyba tak. – Rainbow Dash potrząsnęła delikatnie głową – Ale... nawet jeśli to prawda... Ja... Ja popełniłam w życiu wiele błędów... i... i potrzebuję trochę czasu, by wszystko przemyśleć – powiedziała Rainbow, rozkładając skrzydła.

- ... Rozumiem... – uśmiechnęła się Fluttershy, powstrzymując napływające do jej oczu, łzy – Po prostu wiedz... że zawsze będę tu dla ciebie, Dash.

- ... Dziękuję – było jedynym, co była w stanie powiedzieć Dash, po czym odleciała w kierunku swojego domu. Fluttershy odczekała kilka minut po tym, jak Rainbow zamknęła drzwi. Położyła się na brudnej ścieżce i zaczęła płakać.

Zawsze miały być przyjaciółkami... ale kucyk, którego kochała przez całe swoje życie... nie chciał już dłużej kochać jej w ten sam sposób.

Zakończenie: UFOEdytuj

Warunek odblokowania: Odnajdź „channeling stone” (channel-kanał, przewód-przyp.tłum) w domu Twilight i użyj go w konkretnych miejscach.

- Na zewnątrz domu Twilight


- Okno w Domu z chmur


- Nad jeziorem Crystal


- Okno domu Fluttershy z dzieciństwa


- Co to jest? – spytała Fluttershy, spoglądając w niebo.

- Czy to smok? – powiedziała Rainbow, przybierając obronną pozę.

- Nie... to światło... – Fluttershy spojrzała na nie zaciekawiona.

- ... Chyba widziałam już kiedyś coś takiego – mruknęła pod nosem Pinkie, pocierając w zamyśleniu podbródek.

- Hej, to się porusza! – powiedziała Rainbow, patrząc jak to coś zdaje się znikać we mgle.

- ... Co to było? – spytała zmieszana, Fluttershy.

- A skąd mam wiedzieć? Nie mogę polecieć i się dowiedzieć przez tego głupiego smoka – mruknęła niezadowolona Rainbow.

- ... Cóż, wydaje mi się, że na razie nie ma co się tym przejmować. Powinnyśmy ruszać dalej – wyjaśniła Pinkie, po krótkiej przerwie.

- Hę? – powiedziała Fluttershy, gdy przed oknem pojawiło się światło. Mimo tego, że nie była w stanie dostrzec niczego za oknem, mała kulka światła jawiła się całkowicie wyraźnie.

- Znowu to światło... – powiedziała zdezorientowana, obserwując jak nieznany obiekt zakręca i znika raz jeszcze.

Fluttershy została zostawiona sam na sam ze swoimi myślami.

Fluttershy mrugnęła zdrowym okiem i mimo, że świat ciągle był trochę rozmyty z powodu bólu, jakiego doznała podczas opatrywania ran, zdecydowanie dostrzegła światło nad jeziorem. Krążyło wokół niego jak owad, próbujący znaleźć miejsce do wylądowania.

Zanim zdążyła nad czymkolwiek pomyśleć, ponownie zniknęło w ciemnościach nocy.

- Czemu ciągle widzę to światło? – zapytała się, zmieszana.

Światło pojawiło się w oddali. Wyglądało tak samo jak te wcześniejsze, z tym, że teraz znajdowało się bliżej i świeciło jaśniej.

- H-Hej! To się zbliża! – powiedziała Fluttershy, cofając się od okna. Światło wpadło przez okno, zmuszając pegaza do zamknięcia oczu. Cały dom zatrząsł się z głośnym łoskotem, które spowodowało to coś, co wylądowało obok niego.

Światło w końcu przygasło. Znów nie potrafiła niczego dostrzec przez szybę. Była zmieszana.

- Co się stało? – zapytała, po czym skręciła by spojrzeć na drzwi frontowe. Teraz była po prostu ciekawa, co znajdzie za drzwiami. Podeszła do drzwi z symbolem lalki i ostrożnie włożyła klucz do środka.

Z chrobotem, drzwi otworzyły sie, wypełniając pomieszczenie jasnym światłem.

- H-Hej! – krzyknęła, czując, że jakaś siła odbiera jej torbę oraz latarenkę. Poszybowały z dala od niej, prosto w tajemnicze światło. – Oddajcie mi je! Ciągle ich potrzebuję! – Fluttershy szybko ruszyła w stronę rozjaśnionego wyjścia.

-KLIK!-

Zakończenie – I wtedy walnął meteorytEdytuj

Warunek odblokowania: Podczas ponownego przechodzenia gry, musisz odnaleźć kilka niecodziennych przedmiotów.

- Księga Podstaw w Labiryncie Tuneli


- Maska Ninja w Opuszczonym Domu


- Czerwona Koszulka Dziwnego Kształtu w Szpitalu przed znalezieniem Drugiego Oka


- Ułamana Rękojeść Miecza w płonącym domu, gdzie była Rainbow Dash


- Karta Do Gry z Głową Brązowego Ogiera w Gabinecie Dawnego Domu Fluttershy


Otworzyła drzwi i przeszła przez nie.

Po drugiej stronie znajdowało się ogromne, otwarte pomieszczenie, wyglądające jak mała sala gimnastyczna. Podeszła w kierunku środka sali i zatrzymała się.

Po przeciwnej stronie płonął czarny ogień, który powoli rósł, formując się w kształt kucyka. Na jego twarzy pojawiły się przenikliwe, czerwone oczy i białe usta. Była to Mroczna Bestia.

Fluttershy wpatrywała się w potwora. Tym razem nie czuła jego ciężkiej, przygniatającej obecności. Stwór ciągle wywoływał strach w jej sercu, ale nie potrafił nad nią zapanować. Teraz była w stanie stawić mu czoła.

Jednak zanim którekolwiek z nich zdołało się poruszyć lub coś powiedzieć, z jej torby buchnęło mocne światło.

Fluttershy podskoczyła zdziwiona, gdy z jej torby wyrosło pięć całkowicie losowych przedmiotów, a każdy z nich jaśniał białym światłem i okrążał przestraszoną klacz.

Wtedy, ku kolejnemu zaskoczeniu, pięć obiektów wystrzeliło w sufit, łącząc się razem w jedno olśniewająco jasne, światło. Fluttershy starała się za nim podążyć, ale kula światła uderzyła w ziemię z ogromną prędkością.

Obiekt rozbił się pomiędzy Fluttershy, a Mroczną Bestią z wielką eksplozją, wyrzucając w powietrze tumany kurzu i pyłu i wywołując ogromny podmuch wiatru. Fluttershy była zdziwiona faktem, że jakimś cudem udało jej się utrzymać na nogach.

Pośród chmury dymu i kurzu dało się usłyszeć głośne kasłanie.

- Agh! A niech cię, Brad! Miałeś mnie ostrzegać, kiedy dzieje się coś takiego! – powiedział dziwny głos.

- Hej, miałem tu trafić samemu! – powiedział inny głos. Z kolejnym podmuchem wiatru, który dobiegł całkowicie znikąd, kurz i dym przerzedziły się. Tuż przed Fluttershy stał ziemny kucyk o brązowej sierści i grzywie, i zielony kucyk w zielono-czarnym stroju ninja.

- Ale... ale... moja historia! – jęknął brązowy kucyk, kładąc kopytko na twarzy.

- Później będziemy mieli mnóstwo czasu, by to naprawić; potrzebuję się zabawić! – uśmiechnął się Brad – A teraz czas, żeby ten koleś poznał moją sekretną broń! – Brad sięgnął do swojego stroju i wyciągnął z niego wielką kulę. Podrzucił ją w górę, a ze środka wyłonił się wielki człekopodobny stwór w porozrywanych, białych szmatach, dzierżący gigantyczny, metalowy miecz. Na jego głowie opalizowała wielka, metalowa piramida.

-... Czy czasem ktoś bardziej znany, nie użył tego żartu przed tobą? – Sam uniósł brwi, patrząc na Brada.

- Taa, ale nie zrobił tego! Piramidogłowy! Użyj ostatecznego rozproszenia!

Piramidogłowy ruszył powoli przed oblicze Mrocznej Bestii. Czarny Stwór uniósł brwi z zaciekawieniem.

Wtedy Piramidogłowy sięgnął ku ziemi, wyciągając stamtąd cylinder i laskę. Umieścił go z pietyzmem na czubku głowy, po czym znienacka, całkowicie znikąd dobiegła muzyka, a on zaczął tańczyć.

“Hello, my baby

Hello my baby by aguantegrimtales-d4bi9rg

Hello, my honey

Hello, my ragtime gal

Send me a kiss by wire

Baby, my hearts on fire

If you refuse me

Honey, you'll lose me

Then you'll be left alone

Oh baby, telephone

And tell me I'm your own”




Mroczna bestia szeroko otworzyła oczy, niedowierzając temu, że w rytmie soul tańczy przed nią stwór z piekła rodem. Nie było słów, by opisać to, co właśnie działo się tuż przed nim.

- Mam cię! – krzyknął Brad, pojawiając się nad mroczną bestią, po czym ruszył w dół, uderzając w potwora, który wydał z siebie głośny ryk. Dobitnie odczuł skutki eksplozji.

- Ugh... – jęknął Sam, wstając i podchodząc do Fluttershy, która gapiła się na całe przedstawienie z szeroko otwartymi ustami. – Przepraszam, Fluttershy. Wrócę całą historię na właściwe tory, kiedy tylko już mój edytor skończy celebrować swoją chwilę.

- Co... – było jedynym słowem, jakie mogła z siebie wydobyć Fluttershy. Wtem, poczuła dziwne uczucie, jakby jej ciało wypełniło miłe, pulsujące ciepło i wydawało jej się, że wszystkie rany opuszczają jej ciało. Brązowy kucyk, odwinął jej opatrunki, zanim w ogóle zdała sobie z tego sprawę. Jednak, gdy wszystkie bandaże opadły na ziemię, poczuła się całkiem dobrze. Cokolwiek zrobił, udało mu się ją uleczyć.

- Dobrze się czujesz? – spytał Sam.

- Yy... t-taa... – Fluttershy spojrzała na Sama, mrugając oczami.

- Jeszcze raz przepraszam, ten tam to mój edytor, Brad... i odmówił mi odejścia stąd, bez jego porcji zabawy. – Sam wywrócił oczami, gdy z drugiej strony sali dobiegła ich kolejna eksplozja. Nagle, przed ich dwójką pojawił się Brad.

- Hej, to wszystko jest i tak nie-kanonowe. Pozwól mi się zabawić! – zaśmiał się.

- Nie... kanonowe? – Fluttershy była w szoku.

- Brad... myślę, że wprowadziliśmy Fluttershy w stan katatonii – powiedział Sam, stukając lekko siedzącą przed nim, młodą klacz, która nie zareagowała na to w żaden sposób.

- W porządku, naprawimy ją, jak już tu skończymy i myślałem, że ty byłbyś najodpowiedniejszy, aby zakończyć to z mega-rozmachem. – Brad wydawał się szczerzyć zęby w uśmiechu za swoją maską.

- ... Co masz na myśli? – zapytał Sam, unosząc brew.

- Użyj swojej starej sztuczki! – powiedział Brad, po czym nagle błyskawicznie ruszył do przodu. Sam nie wiedział o co chodzi, ale po chwili poczuł, że jego kopytko robi się bardzo gorące. Uniósł je do góry i ujrzał, że Brad właśnie je podpalił.

-Och... już łapię... – powiedział Sam, gdy piekący ból zaczął drażnić jego nerwy.

Krwawa papka, która kiedyś była mroczną bestią, pełzła do przodu z całych sił, wydając z siebie potworne jęki, spowodowane zniszczeniami dokonanymi przez Brada. Sam wyrósł przed nim jak spod ziemi. Bestia spojrzała w górę na jego płonące kopyto.

- Robię to dla Brada. A teraz! – Sam uniósł kopytko nad głowę – Jedziemy! Moje kopytko ROZPALA SIĘ DO CZERWONOŚCI! Jego głośny ryk nakazuje mi DĄŻYĆ DO ZWYCIĘSTWA! – cofnął kopyto do tyłu – WYBUCHAJĄCE... PŁONĄCE... KOPYTO! – Sam pchnął kopyto w dół prosto na głowę Mrocznej Bestii – A TERAZ... FINAŁ! – Mroczna Bestia ryknęła, wybuchając w ogromnej eksplozji. Ogień na kopycie Sama zgasł.

- Wspaniale Sam! – Brad zaśmiał się radośnie.

- Skończyliśmy już? – powiedział Sam, patrząc na Fluttershy, która praktycznie zamieniła się w biały posąg – Wydaje mi sie, że powinniśmy wrócić do mojego komputera i naprawić tą traumę.

- Czekaj! Jest jeszcze JEDNA RZECZ, którą muszę zrobić, gdy tu jesteśmy! – zaśmiał się Brad.

- ... O nie... co chcesz zrobić, Brad? – skrzywił się Sam, nie będąc przygotowanym na chore pomysły Brada.

- Och, coś co sprawi, że fani będą NAPRAWDĘ szczęśliwi! – powiedział, stając na tylnich kopytkach, po czym głośno zaklaskał.

Lance był zajęty wypisywaniem w biurze karty swojej ostatniej pacjentki. Musiał pamiętać o tym, żeby zwiększyć jej lek o 50 miligramów, by osiągnąć lepsze rezultaty, jednak musiał zwiększyć ilość płynów w jej diecie, by zapobiec wystąpieniu efektu ubocznego, jakim były mdłości.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi i mruknął cicho pod nosem.

- Wejść – zawołał.

- Nie mogę – odpowiedział głos zza drzwi.

- A czemu nie? – ryknął Lance, niezadowolony z tego, że ktoś przerywa jego pracę.

- Mam coś dla ciebie, czego nie mogę w tym momencie przenieść przez drzwi; musisz je otworzyć.

- ... Dobra – burknął Lance, wstając od biurka. Ostrożnie wymanewrował pośród stosów książek, które walały się po jego gabinecie i sięgnął drzwi. Otworzył je, patrząc w coś, co wydawało się być czarną dziurą.

- Hej, więc nie mógłbym wpaść tutaj, bez złożenia tobie wizyty. I pomyślałem, że nie ma lepszego sposobu, by pokazać ci, co myślę o twoim „kanonie”, niż pokazać ci moje działo (gra słów- cannon=działo-przyp.tłum) – Brad siedział na szczycie ogromnego działa, które jakimś cudem zmieściło się w niewielkim korytarzu.

Wybuchła ogromna eksplozja, która wstrząsnęła do posad całym szpitalem.

- ...Taa... jeszcze raz za to przepraszam – powiedział Sam, patrząc na Fluttershy, która stała obok niego w zniszczonym korytarzu, spoglądając na działo. Korytarz wypełniony był dymem i pyłem. Jednak trzeba było przyznać, że przez podłogę był teraz piękny widok na niebo.

- ... Co... – mruknęła Fluttershy.

- Yyy... to wszystko to był zły sen? – Sam uśmiechnął się niezręcznie.

- ... Tak... tak to wszystko to był tylko zły sen – mruknęła Fluttershy do samej siebie.

„I raz jeszcze świat został uratowany. Kucyki Rainbow Dash i Fluttershy mogły dalej żyć radośnie bez żadnej traumy, bo ja tak powiedziałem. Lance Strongshy został rozerwany na kawałki przez kulę armatnią. I wszystko na zawsze stało się lepsze, dzięki temu dziarskiemu edytorowi – Bradowi.”

- Już skończyłeś rujnować moją historię?

Zakończenie: Czy tego nie dało się uniknąć?Edytuj

Warunek odblokowania: Zobacz wszystkie wspomnienia, ale nie napotkaj Pinkie Pie i Rainbow Dash w świecie alternatywnym.


- ... Tato... – powiedziała delikatnie – Ja... teraz rozumiem – upewniła się, że mówi wyraźnie – Zrobiłam straszną rzecz... i... prawdopodobnie to nigdy może nie zostać mi wybaczone. Nie potrafię przywrócić życia zmarłym... a krew mojej matki jest na moich kopytkach. – Fluttershy zamknęła na chwilę oczy i wzięła głęboki oddech, po czym kontynuowała dalej.

- Mogę tylko przeprosić za to, co wyrządziłam. – Fluttershy podeszła bliżej potwora – Prawdopodobnie zasłużyłam na wszystkie, otrzymane od ciebie kary... teraz rozumiem to lepiej. – uśmiechnęła się delikatnie, jeszcze bardziej się przybliżając. – Jeśli... wciąż nie czujesz się usatysfakcjonowany tym, przez co przeszłam... jestem w stanie przyjąć wszystko, cokolwiek uznasz za odpowiednie.

Mroczna Bestia wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu, wydając się usatysfakcjonowaną odpowiedzią żółtego pegaza. Uniosła szczęki w górę, przygotowując się do ataku. Fluttershy zamknęła oczy, uśmiechając się radośnie i przygotowując na to, co miało nastąpić.

Otoczyła ją nagła ciemność, która pochłonęła wszystko dookoła. Nie było to bolesne, lecz bardziej dezorientujące uczucie. Czuła, jak jej ciało kołysze się i czuła jak wokół niej rośnie opór, zupełnie jakby była ciągnięta gdzieś w toni wodnej, z tą różnicą, że mogła swobodnie oddychać. Opadała i kręciła się w falującej ciemności, po czym uderzyła w coś twardego.

Z głośnym łomotem, znalazła się z powrotem w realnym świecie.

Fluttershy zamrugała powoli, pozwalając oczom na przyzwyczajenie się do światła. Uniosła głowę i ujrzała Twilight, pocierającą kopytkiem swoje czoło.

- - Uuch... czy wszystko w porządku z każdym kucykiem? – spytała Twilight, otwierając oczy, by spojrzeć na swoje przyjaciółki.

-... Wszystko w porządku... Czuję się dobrze – powiedziała zaskoczona Pinkie.

- ... Taa, ze mną też wszystko okej. – Rainbow potarła swoją głowę.

- ... Tak. Również czuję się dobrze... – Fluttershy uśmiechnęła się delikatnie.

- Więc... to znaczy, że zaklęcie zadziałało? – spytała Twilight, lekko zmieszana, wciąż patrząc na Fluttershy.

- ...Ja...Ja nie wiem... – odpowiedział szczerze pegaz.

- Czy... Czy wiesz, co je powodowało? – zapytała Pinkie z wahaniem w głosie.

- ... Wiem... i... myślę, że dzięki temu będę w stanie przezwyciężyć moje koszmary. – Na twarzy Fluttershy pojawił się niewielki, smutny uśmiech.

- Więc... co to było? – zapytała zaciekawiona Rainbow.

- W-Wolałabym powiedzieć ci to na osobności, Rainbow Dash. – Fluttershy przeniosła swój pozbawiony radości, uśmiech, na tęczowowłosego pegaza – Poza tym... i tak musimy porozmawiać w cztery oczy.

- Yyy... jasne, Fluttershy... cokolwiek tylko chcesz – powiedziała Rainbow z lekkim niepokojem w głosie, nie wiedząc, czego oczekiwać od tej konwersacji. Obydwie klacze wstały i wyszły z biblioteki.

- ... Myślisz, że wszystko w porządku? – spytała Twilight, patrząc na Pinkie.

- ... Nie... potrafię powiedzieć – odpowiedziała Pinkie, marszcząc brwi – To strasznie dziwne zaklęcie. Nawet doświadczając go po raz drugi, nie ręczę głową ani ogonem, za to, co dokładnie się wtedy dzieje. – Pinkie potarła głowę – Jedyne, co chcę powiedzieć, to... NAPRAWDĘ nigdy więcej nie powinnaś używać tego zaklęcia, Twilight. Jest... bardziej problematyczne, niż jest tego warte.

- ... Jesteś tego pewna?

- Zaufaj mi. Świat będzie dużo lepszym miejscem, jeśli już nigdy nie użyjesz tego zaklęcia – Pinkie westchnęła cicho.

- Więc... o czym właściwie chciałaś ze mną pomówić, Fluttershy? – zapytała Rainbow, podążając za nieśmiałym pegazem.


- ... Nie, nie tutaj, za dużo kucyków – powiedziała Fluttershy, rozglądając się dookoła, gdy szły w dwójkę po uliczkach Ponyville. – Najpierw dojdźmy do mojego domu...

Po jakimś czasie udało im się dotrzeć do chatki Fluttershy. Jednak, Fluttershy zatrzymała się tuż przed drzwiami, odwracając w stronę Rainbow Dash.

- W porządku... Jestem gotowa – powiedziała Fluttershy, biorąc głęboki oddech.

- Zamieniam się w słuch. – Rainbow uśmiechnęła się ze wsparciem.

- Więc... ten świat... ja... nie wiem właściwie, co ty tam przeżyłaś... ale... wiem, że wiele z tego, co doświadczyłam ja było... bardzo osobiste. – Fluttershy zamknęła oczy, próbując jak najlepiej wszystko wyjaśnić. – Pokazał mi rzeczy... które, jak wierzę, miały uczynić mnie silniejszą... żebym, gdy już poznam prawdę... była sobie w stanie z nią poradzić... – odwróciła głowę, a na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. – Lub, może dokładniej, karał mnie za rzeczy, które zdarzyły się w mojej przeszłości...

- Lecz niezależnie od tego, ten świat przerażał mnie, ale ujawnił mi prawdę, o której rozmyślnie starałam się zapomnieć... i... cóż... – Fluttershy wzięła kolejny oddech, próbując znaleźć jakiś punkt oparcia.

- Dash... powiedz mi... co o mnie myślisz?

- Co ja o tobie myślę? – spytała zmieszana, Rainbow – Yyy... więc... jesteś... – Dash próbowała wymyślić słowa, którymi mogłaby opisać Fluttershy. Było wiele różnych określeń określających ją, ale żadne słowa nie wydawały się odpowiednio pasować do jej opisu. Nie potrafiła dokładnie określić, co chce powiedzieć – Yyy...

Fluttershy zaśmiała się delikatnie, zmuszając Rainbow Dash do zarumienienia się.

- H-Hej! Myślę! – powiedziała Rainbow, lekko zdenerwowana.

- W porządku, Dash... – Fluttershy uśmiechnęła się do niej smutno – Rozumiem. Naprawdę... – Pegaz zamknął oczy.

- Cieszyłam się naszym wspólnym czasem. Uczyniłaś mnie najszczęśliwszą, od dłuższego czasu. Nie wiem, co zrobiłabym bez Ciebie, Dashie. – Fluttershy zaśmiała się cicho – Tyle dla mnie zrobiłaś... czy ja sprawiłam ci radość?

Rainbow Dash zamrugała, zmieszana.

- Fluttershy? Mówisz, jakby to wszystko było już przeszłością... jesteś pewna, że wszystko gra? – na twarzy Rainbow malowało się przejęcie.

- Wszystko w porządku, Dash – Fluttershy tym razem wymusiła uśmiech – Po prostu... gdy tam byłam, zdałam sobie z czegoś sprawę i... mam ci coś ciężkiego do powiedzenia.

- ...Możesz mi powiedzieć o wszystkim, Fluttershy, wiesz przecież – wyjaśniła Rainbow Dash.

- ... Masz rację. W takim razie wybacz mi – powiedziała Fluttershy, biorąc kolejny, głęboki wdech, by się uspokoić – Myślę, że obrałyśmy za szybkie tempo w naszym związku... i dlatego... mogłam nie zdawać sobie sprawy z tego, czego chcę. – Fluttershy zamknęła oczy – Myślę, że... nie powinnyśmy się spotykać przez jakiś czas... muszę ułożyć sobie wszystko w głowie.

Rainbow Dash patrzyła na nią przez chwilę, w zmieszaniu. Uważnie analizowała w głowie jej słowa.

- ... Czy tego właśnie chcesz? – spytała po chwili.

- ... Czy to... Czy to w porządku dla ciebie? – Fluttershy posłała jej blady uśmiech.

- Oczywiście, że tak. Najważniejsze, żebyś ty była szczęśliwa, a ja będę cieszyć się twoim szczęściem. Więc jeśli potrzebujesz czasu dla siebie, rozumiem to. – Rainbow Dash odpowiedziała jej uśmiechem pełnym wsparcia.

- ... Dziękuję ci, Dash – odpowiedziała Fluttershy. – Przepraszam... zaprosiłabym cię do środka, ale potrzebuję przemyśleć kilka rzeczy. Jeśli nie masz nic przeciwko, powiedz innym, że potrzebuję trochę samotności. Będę bardzo wdzięczna.

- ... Rozumiem – przytaknęła Rainbow, odwracając się – Poczuj się lepiej, dobrze?

- Postaram się. – Fluttershy obserwowała odlatującą Rainbow z uśmiechem na twarzy. Gdy zniknęła jej z pola widzenia, pegaz wszedł do swojej chatki.

Przeszła przez korytarz, kierując się prosto do kuchni. Angel zerwał się ze swojego łóżka, gdy zobaczył, że Fluttershy wchodzi do domu. Wyskoczył z posłania i ruszył za nią.

Fluttershy pogrzebała w kuchennej szufladzie, wyciągając z niej kawałek papieru i ołówek. Ostrożnie podeszła do stołu, umieściła na nim kartkę, chwyciła ołówek w usta i zaczęła pisać.

Angel potarł oczy, próbując odegnać resztki snu, ale wpatrywał się w kucyka z mieszaniną dziwnej ciekawości. Coś mu tu nie pasowało, coś zmieniło się w jej zachowaniu.

Gdy Fluttershy skończyła pisać, odłożyła ołówek i wstała od stołu, po czym spojrzała w dół na białego królika.

- Och, witaj Angel, przepraszam, nie chciałam cię obudzić. – uśmiechnęła się, schylając i szybko głaszcząc króliczka. Mruknął niezadowolony, ale przyjął pieszczoty ze spokojem. Spojrzał w górę zmartwiony, lecz Fluttershy tylko uśmiechała się do niego – Och... nie patrz tak na mnie, Angel. Nie chciałabym, żebyś w tym momencie myślał o mnie w ten sposób.

Angel położył uszy po sobie, wpatrując się w mijającą go, klacz. Powiedziała to w tak dziwny sposób. Szybko wskoczył na stół, po czym pokicał w kierunku miejsca, gdzie leżała notka. Jego małe oczka błyskawicznie przeleciały przez tekst, gdy usłyszał odgłos zamykanych drzwi. Jego twarz pobladła, a serce podskoczyło do gardła. Nie tracąc ani chwili dłużej, pobiegł prosto do zamkniętych drzwi.

Fluttershy zamknęła drzwi od łazienki i w tym samym momencie usłyszała odgłos małych łapek swojego futerkowego przyjaciela, które uderzały w nie wściekle, raz po raz.

- ... Przepraszam, Angel – powiedziała miękko, Fluttershy, starając się przybrać jak najbardziej przepraszający ton. Podeszła do wanny i zaczęła napełniać ją wodą. Po krótkim czasie cała wanna była wypełniona ciepłą wodą. Wciąż słyszała nieustanne walenie do drzwi.

- Mam nadzieję, że mi wybaczysz – powiedziała Fluttershy w przestrzeń.

Weszła do małej wanny, czując, jak woda obmywa jej całe ciało. Wtem, nie biorąc oddechu, zniżyła się, kompletnie zanurzając się pod wodą. Skuliła się na dnie wanny, a resztki powietrza opuściły jej płuca.

Uśmiechnęła się, gdy przed nią pojawił się obraz jej ojca. Nieważne, jak mocno krzyczało i żądało tego jej ciało, nie dostarczyła mu potrzebnego powietrza.

Fluttershy odpłynęła powoli, znikając w cichym, mrocznym świecie wypełnionym wodą.

Proszę, wybaczcie mi moi przyjaciele, ale to jedyne, jak mogę zadośćuczynić za to, co zrobiłam. Mam krew na kopytkach, której nigdy już nie zmyję. Kochałam was wszystkich, byliście najbliższymi memu sercu kucykami, w całym moim życiu, i mimo że smutno mi opuszczać was, nie pozostało mi już nic innego. To jedyna możliwa opcja.

Dash, przepraszam, że cię okłamałam. Nie wrócę już, ale wiedz, że cię kochałam. To dzięki tobie byłam w stanie tak długo żyć z wypełniającym mnie bólem. Proszę, bądź szczęśliwa, wiedząc, że ból już zniknął. Tak wiele dla mnie znaczyłaś.

I proszę zajmijcie się moimi zwierzętami, gdy mnie już nie będzie. Pan Mysz musi mieć zmieniany opatrunek w każdy wtorek. Powinien móc go zdjąć przed upływem następnego miesiąca. Skrzydło Margaret powinno uleczyć się koło środy. Nawet nie będzie wiedziała, kiedy ponownie będzie mogła wzbić się w powietrze. Daisy potrzebuje lekarstwa. Ma okropne przeziębienie, a lekarstwo jest w szafce. I w końcu Catalina, w momencie, gdy to odnajdziecie, powinna już być w pełni zdrowia, więc możecie ją po prostu wypuścić.

Więc teraz... Żegnajcie Przyjaciele. Dziękuję wam...

Za wszystko...


Fluttershy

Zakończenie: Czy tego nie dało się uniknąć?+ - alternatywne zakończenie Silent Ponyville 2.Edytuj

Fluttershy weszła do małej wanny, czując, jak woda obmywa jej całe ciało. Wtem, nie biorąc oddechu, zniżyła się, kompletnie zanurzając się pod wodą. Skuliła się na dnie wanny, a resztki powietrza opuściły jej płuca.

Uśmiechnęła się, gdy przed nią pojawił się obraz jej ojca. Nieważne, jak mocno krzyczało i żądało tego jej ciało, nie dostarczyła mu potrzebnego powietrza.

Fluttershy odpłynęła powoli, znikając w cichym, mrocznym świecie wypełnionym wodą.

Gdy odgłosy dochodzące z łazienki ucichły, Angel wiedział, że musi działać szybko. Wiedział, niestety, że nie ma żadnego sposobu na sforsowanie zamkniętych drzwi łazienki, a nawet gdyby mógł to zrobić, nie byłby w stanie dźwignąć z wanny ciała Fluttershy. Nie wiedząc, co innego mógłby zrobić, popędził na zewnątrz, z listem Fluttershy w łapce, szukając jakiegokolwiek kucyka, który mógłby mu pomóc.

Rainbow Dash przeżywała w tym momencie jeden z najbardziej niepokojących dni w życiu. Wiedziała, że Fluttershy przez ostanie tygodnie, dręczyły nadzwyczajne koszmary, a tego ranka odwiedziły Twilight, w towarzystwie Pinkie, która po usłyszeniu o problemie pegaza, postanowiła im towarzyszyć. Twilight użyła jakiegoś szalonego zaklęcia, które pozwoliło na „zgłębienie umysłu” (czy coś takiego) Fluttershy, a to wszystko w celu pozbycia się jej koszmarów. Jednak, po rzuceniu zaklęcia, cała trójka znalazła się w jakiejś dziwacznej, koszmarnej wersji Ponyville.

Jedyne, co Rainbow Dash naprawdę pamiętała z tego doświadczenia, było eskortowanie Fluttershy pośród mglistego koszmaru, do jej chatki, w której świat złapał żółtego pegaza w swoje szpony, odseparowując ją od Rainbow i Pinkie Pie. Po tym zdarzeniu, wszystko było tylko jedną wielką plamą, aż do momentu ich nagłego powrotu do biblioteki. Żadna z nich z pozoru nie wyglądała gorzej, ale Fluttershy wydawała się być... inna, jakby zrezygnowana,pogodzona ze swym przeznaczeniem, o którym Rainbow nic nie wiedziała. Tuż po tym, Fluttershy chciała porozmawiać z nią na osobności, gdzie powiedziała jej, że powinny przestać spotykać się jako para, i że potrzebuje trochę czasu, by przemyśleć to, co widziała w tym drugim świecie. Po tym wszystkim, Rainbow Dash odleciała, czując, że nie potrafi wydusić z siebie nic, poza prostym – „Poczuj się lepiej, dobrze?”

Gdy Rainbow leciała do domu, oddalając się od chatki Fluttershy, czuła w żołądku dziwne, niejasne uczucie. Była trochę zaskoczona tym, że Fluttershy chce przestać się z nią spotykać. Bądź co bądź, to Fluttershy była tą, która żywiła do niej głębokie uczucie. Rainbow Dash nigdy nie odczuwała żadnych miłostek do żadnego kucyka, ani klaczy, ani ogiera, ale nie chciała zranić Fluttershy, gdy wyjawiła skrywane do niej uczucia. Rainbow naprawdę szczerze kochała Fluttershy na swój sposób. Wtedy zastanawiała się, czy nie jest po prostu kucykiem, który nie potrafi czuć niczego głębszego do innego kucyka.

Jednak, po miesiącu spędzonym wspólnie z Fluttershy, Rainbow Dash zorientowała się, że czuła się szczęśliwsza, bardziej spełniona, niż kiedykolwiek wcześniej. Rainbow Dash potrzebowała jej i musiała wiedzieć, czy z Fluttershy naprawdę wszystko w porządku. Chciała też zrobić coś, co zawaliła kilka minut wcześniej: chciała powiedzieć Fluttershy, jak naprawdę się czuje. Więc podjęła decyzję i poleciała tak szybko, jak tylko była w stanie przy swoim zmęczeniu, z powrotem do chatki żółtego pegaza

Po pięciu minutach, Rainbow Dash doleciała do przednich drzwi domku, zauważając w tym samym momencie spanikowanego królika, który dzierżył w łapce kawałek papieru i przebiegał przez znajdujący się nieopodal, most. Rainbow krzyknęła do niego – Hej, co się stało mały kolego?

Królik Angel ruszył z powrotem w kierunku Rainbow Dash, z imponującą prędkością, co nakazało jej się zastanowić, nad powodem pośpiechu małego króliczka. Szybko znalazła odpowiedź na to pytanie, gdy królik podniósł nad głowę notkę trzymaną w łapkach. „Proszę, wybaczcie mi moi przyjaciele,” – takie słowa widniały na samej górze. Rainbow nie potrzebowała czytać dalej. Schowała kartkę pod skrzydłem, zaczynając panikować.

- Gdzie ona jest? Gdzie jest Fluttershy? – Rainbow Dash nawet nie próbowała ukryć zmartwienia w swoim głosie. Królik Angel, nie marnując czasu, pobiegł prosto do zamkniętych drzwi łazienki, a Rainbow podążyła tuż za nim.

Małe łapki ponownie zaczęły wściekle walić o zablokowane drzwi, jakby chciał tym powiedzieć – Musimy natychmiast to otworzyć! – Adrenalina zaczęła krążyć w żyłach pegaza, gdy przygotowywała się do wyważenia drzwi. Na szczęście łazienka Fluttershy była bezpośrednio połączona z pokojem dziennym, co dało Rainbow mnóstwo miejsca, na rozpęd.

- Wóz albo przewóz! – Rainbow Dash wleciała z impetem na drzwi. Przez chatkę przebiegł głośny huk, gdy ogromny pęd pegaza spowodował wyrwanie drzwi z zawiasów, które uderzyły w drewnianą podłogę. Ignorując ból spowodowany uderzeniem, Rainbow Dash podniosła się i podbiegła do wanny, gdzie znalazła Fluttershy, leżącą spokojnie na dnie tak, że woda zakrywała ją już całkowicie.

- Nie nie nie nie NIE! – był to krzyk pełen boleści, wywołany widokiem drogiej przyjaciółki, leżącej bez ruchu pod powierzchnią wody. Rainbow Dash szybko przeszukała pomieszczenie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby posłużyć jej za dźwignię, która pomogłaby jej podnieść Fluttershy z wanny, ale poszukiwania nie przyniosły rezultatów.

- Och, co mam zrobić? Nie mogę jej tak po prostu wyciągnąć z wody. Nie wiem, czy mam na tyle siły – Rainbow Dash zaczęła płakać ze strachu, że będąc tak wyczerpaną, nie zdoła pomóc Fluttershy. Królik Angel nie miał podobnych dylematów. Wskoczył na głowę Rainbow, po czym rzucił się do wanny, podpływając do Fluttershy i starając się podnieść ją do góry, a przynajmniej tak można było wnioskować z jego gestów.

Te starania jednak, potrząsnęły Rainbow, która odegnała wszelkie strachy i przywołała całą wewnętrzną siłę. Zawisła nad wanną i ostrożnie opuściła się w dół, zaplatając nogi wokół ciała Fluttershy. Wkładając w to całą swoją siłę, wyczerpany pegaz wyciągnął Fluttershy z wody, wraz z uczepionym jej nogi, Angelem. Rainbow Dash udało się ułożyć ich delikatnie na podłodze, po czym zaczęła sprawdzać oznaki życia, nieprzytomnej Fluttershy.

Z przerażeniem dostrzegła, że Fluttershy przestała oddychać, lecz zauważyła też z przebłyskiem nadziei, że jej serce, mimo że słabo, ciągle bije. – Angel, idź sprowadzić kogoś, by pomógł zabrać Fluttershy do szpitala, a ja zostanę tutaj, starając się zrobić wszystko, co w mojej mocy. Pospiesz się! – odgłosy łapek, uderzających rytmicznie o podłogę, szybko oddaliły się wraz z Angelem.

Usta Rainbow Dash zbliżyły się do ust Fluttershy, gdy pegaz rozpoczął resuscytację krążeniowo – oddechową. Rainbow Dash nauczyła się wykonywać CPR podczas letniego obozu lotników, gdyż było to wymagane od wszystkich jego członków i Rainbow dziękowała teraz losowi, że pilnie uważała tamtego dnia na zajęciach, ponieważ te umiejętności mogły być tym, czego potrzebowała, by ocalić życie Fluttershy. Dash kontynuowała, aż jej ciało w końcu zaczęło domagać się odpoczynku. Tuż przed tym jak poczuła, że odpływa, szepnęła do ucha żółtego pegaza – Fluttershy, nie zostawiaj mnie. Kocham cię. – W oczach zalśniły jej łzy, gdy ostatkiem sił, złożyła delikatny pocałunek na jej wargach. Usłyszała stukot kopyt, lecz była zbyt zmęczona, by sprawdzić, kto właśnie wszedł do chatki.

- Pomóżcie... Fluttershy... – udało jej się wydusić, tuż przed tym jak padła na ziemię, wyczerpana wysiłkiem.

Rainbow Dash obudziła się w łóżku w Klinice Zdrowia w Ponyville i natychmiast usiadła, rozglądając się dookoła, w poszukiwaniu Fluttershy. – Fluttershy? Fluttershy, jesteś tutaj? Proszę, odpowiedz mi! – krzyczała.

- Ach, obudziłaś się. – zauważyła ją pielęgniarka Red Heart – Znaleźliśmy cię nieprzytomną, obok twojej przyjaciółki i zabraliśmy was obie. Całe szczęście, że ten króliczek pobiegł prosto do kliniki. Twoja przyjaciółka była w strasznym stanie, kiedy was znaleźliśmy, a gdyby nie twoja pomoc, prawdopodobnie byłaby martwa, zanim dotarlibyśmy na miejsce. Możesz wstać, nic ci nie jest. Po prostu zemdlałaś ze zmęczenia, lecz to nie powód, by powstrzymywać cię przed zobaczeniem przyjaciółki. Pozwól, że cię do niej zaprowadzę.

Pielęgniarka zabrała Rainbow do pokoju, gdzie leżała, wciąż nieprzytomna, Fluttershy, z nałożoną na twarz, maską tlenową. Pielęgniarka Red Heart przemówiła ponownie – Możesz tu zostać, aż twoja przyjaciółka nie dojdzie do siebie. Czy jest jakiś kucyk, którego chciałabyś, żebyśmy powiadomili?

Rainbow Dash myślała nad tym, ale odpowiedziała – Nie, chcę być z nią sam na sam, kiedy się obudzi. Może później.

- Och i jeszcze jedno. Kiedy się obudzi, czy chcesz, żeby odwiedził ją nasz psycholog? My, ech... znaleźliśmy tę notkę i ujrzeliśmy, że ostatnie słowa były pożegnaniem. – Red Heart zademonstrowała Rainbow Dash znajomy kawałek papieru.

- Nie, dzięki. Najlepiej będzie, jeśli przez jakiś czas porozmawia tylko ze mną. Ale... mogę odzyskać tą notatkę?... Nie miałam jeszcze okazji jej przeczytać.

- Oczywiście. – Pielęgniarka położyła karteczkę na stoliku. – Zostawię was same.

Nie mając nic innego do roboty, Rainbow Dash chwyciła notkę ze stolika i zajęła stojące obok krzesło. Pegaz powoli rozwinął notatkę, jakby nie do końca pewny, czy naprawdę chce znać jej zawartość, ale Rainbow wiedziała, że jeśli chce pomóc Fluttershy, musi wiedzieć, co ją zraniło, a treść na tej kartce była wszystkim, co miała w tym momencie. Rainbow Dash była wstrząśnięta już samym faktem, że taka notka – samobójczy list – w ogóle istniała. Pomyślała na głos – Och, Fluttershy, co mogło pchnąć cię do czegoś takiego? Każdy z kucyków cię kocha. – Biorąc głęboki oddech, Rainbow zaczęła w końcu czytać notatkę.

Proszę, wybaczcie mi moi przyjaciele, ale to jedyne, jak mogę zadośćuczynić za to co zrobiłam. Mam krew na kopytkach, której nigdy już nie zmyję. Kochałam was wszystkich, byliście najbliższymi memu sercu kucykami, w całym moim życiu, i mimo że smutno mi opuszczać was, nie pozostało mi już nic innego. To jedyna możliwa opcja.

Dash, przepraszam, że cię okłamałam. Nie wrócę już, ale wiedz, że cię kochałam. To dzięki tobie byłam w stanie tak długo żyć z wypełniającym mnie bólem. Proszę, bądź szczęśliwa, wiedząc, że ból już zniknął. Tak wiele dla mnie znaczyłaś.

I proszę zajmijcie się moimi zwierzętami, gdy mnie już nie będzie. Pan Mysz musi mieć zmieniany opatrunek w każdy wtorek. Powinien móc go zdjąć przed upływem następnego miesiąca. Skrzydło Margaret powinno uleczyć się koło środy. Nawet nie będzie wiedziała, kiedy ponownie będzie mogła wzbić się w powietrze. Daisy potrzebuje lekarstwa. Ma okropne przeziębienie, a lekarstwo jest w szafce. I w końcu Catalina, w momencie, gdy to odnajdziecie, powinna już być w pełni zdrowia, więc możecie ją po prostu wypuścić.

Więc teraz... Żegnajcie Przyjaciele. Dziękuję wam...

Za wszystko...


Fluttershy

Gdy Rainbow Dash skończyła czytać, łzy rzęsiście spływały jej po policzkach. Łzy płynęły, ponieważ Fluttershy targnęła się na swoje życie; łzy płynęły, ponieważ Fluttershy odgrodziła się i nie pozwoliła sobie pomóc; łzy płynęły, gdy czytała, jak Fluttershy wyraża swoją miłość w chwilach, które uważała za ostatnie, ale najbardziej ze wszystkiego, łzy płynęły, gdy widziała, jak bardzo Fluttershy cierpi. W przypływie złości i smutku, Rainbow Dash podarła notkę na strzępy.

Rainbow pamiętała, jak Fluttershy mówiła, że to, co zobaczyła w innym świecie chciało ukarać ją, za coś, co popełniła w przeszłości, a w samobójczym liście napisała, że ma krew na swoich kopytach, lecz Rainbow Dash nie była w stanie uwierzyć, że ten najsłodszy, najżyczliwszy kucyk, jakiego znała, mógł kiedykolwiek popełnić coś tak okropnego. Cokolwiek spowodowało załamanie u Fluttershy, Rainbow chciała dotrzeć do samego sedna. Lecz teraz, jedyne co mogła robić, to czekać, aż jej ukochana wydobrzeje. I gdy oczekiwała, pełna nadziei, łzy same napływały jej do oczu.

Odgłosy klimatyzacji dźwięczały pośród ścian korytarza, a drzwi do pokoju były zamknięte, więc Rainbow Dash mogła przeżywać swój ból w spokoju.

Fluttershy zobaczyła, że jest otoczona przez jakieś ostre, białe światło, a także słyszała cichy szept, zupełnie jakby dobiegał z bardzo daleka. Powoli wracała do stanu przytomności i była w stanie zacząć myśleć o swoim położeniu.

„Gdzie jestem? Umarłam? Powinnam być martwa... Och, mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku z moimi zwierzęcymi przyjaciółmi. Jestem pewna, że moi przyjaciele dobrze się nimi zajmą... Moi przyjaciele... Właśnie uczyniłam im coś okropnego, nieprawdaż? – Fluttershy pomyślała, że słyszy samą siebie, zaczynającą płakać. – Ale na to właśnie zasłużyłam... Jak mogłoby mi zostać wybaczone to, co zrobiłam?

Gdy powoli zaczęły jej wracać zmysły, zdała sobie sprawę, że na czymś leży. Ciągle słyszała płacz, ale zorientowała się, że nie były to jej łzy. Ona była zbyt zmęczona i niezdolna do płaczu lub czegokolwiek innego.

Jednak udało jej się wychrypieć słabe – Halo? – płakanie ustało. – Gdzie ja jestem?

Wzrok wrócił jej na samym końcu. Teraz mogła dojrzeć coś więcej niż poświatę i zauważyła, że ma na sobie maskę tlenową, lecz zanim zdążyła złożyć wszystkie kawałki w całość, usłyszała znajomy głos.

- Fluttershy! Obudziłaś się!

Nagle, tuż nad jej twarzą pojawiła się błękitna głowa z tęczową grzywą. – Rainbow Dash... co ty tu robisz? Zaraz... co ja tu robię?

- Więc, ja i Angel w sumie ocaliliśmy ci życie. Wtargnęłam do twojej łazienki, by wyciągnąć cię z wanny i wysłałam Angela, by wyruszył po kucyki z Kliniki Zdrowia Ponyville, by cię tu sprowadziły, jeśli wciąż się nad tym zastanawiasz, podczas gdy ja zostałam przy tobie i próbowałam utrzymać cie przy życiu. Cieszę się, że żyjesz, Fluttershy.

Fluttershy zdołała tylko wyszeptać w odpowiedzi – Ale... ale... ja zasłużyłam na śmierć, Dash. Nie powinnaś była wracać.

- Nie, Fluttershy, nie zasłużyłaś na śmierć i nie chcę nigdy więcej słyszeć czegoś takiego z twoich ust.

- Ale... Uczyniłam coś okropnego...

- Nie obchodzi mnie, co myślisz, że zrobiłaś. Nie pozwolę ci mnie zostawić. Wróciłam, ponieważ czułam, że muszę ci coś powiedzieć, coś czego nie potrafiłam powiedzieć ci wcześniej. Kocham cię, Fluttershy. Nie wiem, czy jako dziewczynę, czy jako przyjaciółkę, ciężko mi to teraz powiedzieć. Wydaje mi się, że na obydwa sposoby. Kocham cię i potrzebuję cię obok, Fluttershy.

Po twarzy Fluttershy spłynęły łzy radości, gdy usłyszała Rainbow Dash, powierzającą jej swoją duszę. – Ja też cię kocham, Rainbow Dash i to znaczy dla mnie wszystko, słyszeć takie słowa z twoich ust. – Jednak uśmiech Fluttershy wciąż nie nosił znamion radości, a wręcz przechodził w grymas. – Ale to, co tam zobaczyłam i czego dowiedziałam się o sobie... Po prostu nie myślę, że mogę sobie wybaczyć... Nie myślę, że zasługuję na przebaczenie, za to co zrobiłam... Nie zasługuję na twoją miłość. – Łzy Fluttershy były teraz przepełnione smutkiem i porażką.

- Fluttershy... nie potrafię znieść widoku ciebie w takim stanie. Wiem, że nie mogłabyś zrobić niczego okropnego. Nie jesteś w stanie skrzywdzić nawet muchy. Więc powiedz mi – co tam zobaczyłaś? Muszę wiedzieć, co cię rani, żebym mogła ci pomóc.

- Ale boję się, że jeśli ci powiem, znienawidzisz mnie. Jak mogłabyś nie znienawidzić? Właśnie próbowałam cię opuścić... Och, on miał rację. Naprawdę jestem potworem. Nie wiem nawet czemu chciałabyś mieć jeszcze taką przyjaciółkę... – odgłos szlochania wypełnił całą salę. Fluttershy nie była w stanie dłużej ukrywać swego bólu pod powłoką normalności. Jej wina z przeszłości została wzmocniona nową winą – winą za to, co prawie uczyniła swoim przyjaciołom. Ukryła głowę w kopytkach, chcąc tylko żeby cały ból jak najszybciej zniknął.

- Fluttershy! Przestań, natychmiast! – pokój ucichł na moment i rozdarta emocjonalnie Fluttershy, spojrzała w górę i ujrzała oczy Rainbow Dash, całe wypełnione łzami. – Nigdy cię nie znienawidzę, niezależnie od wszystkiego. Wybaczam ci to, co próbowałaś zrobić dzisiaj. Jestem po prostu szczęśliwa, że udało mi się ciebie ocalić. I Fluttershy – nigdy nie chciałabym cię stracić jako przyjaciółki. – W tym momencie, Rainbow zniżyła się do swojej przyjaciółki i uniosła na moment maskę tlenową, która wciąż znajdowała się na twarzy Fluttershy, by złożyć na jej ustach pełen miłości, pocałunek. – Chcę, żebyś teraz była silna, dobrze? – wyszeptała prosto do ucha pegaza.

- W... W porządku. Dziękuję, Rainbow Dash. Jeśli obiecujesz, że mnie nie znienawidzisz... myślę, że mogę powiedzieć ci, co widziałam... do przypomnienia czego, zmusiło mnie to miejsce.

- Gdy byłam jeszcze małą klaczką, moja mama bardzo poważnie zachorowała i nawet mimo tego, że mój ojciec był lekarzem, nie potrafił jej wyleczyć. Przez długi czas, moja matka przebywała w szpitalu, w Cloudsdale, lecz czasem pozwalali jej wrócić do domu, gdzie ja i mój ojciec opiekowaliśmy się nią. Jednak moja mama, z powodu choroby, cierpiała bez ustanku.

Z oczu Fluttershy zaczęły lecieć jedna za drugą, łzy, gdyż wiedziała, o czym będzie musiała powiedzieć za chwilę. – Wtedy, pewnego dnia, kiedy poszłam odwiedzić matkę i sprawdzić, czy nie chce czegoś do jedzenia, powiedziała mi, że wie jak się uleczyć, i że to ja muszę jej pomóc, by to zadziałało.

Fluttershy zaczęła niekontrolowanie szlochać i tylko biorąc krótkie wdechy, była w stanie, z wielkim trudem powiedzieć, co stało się potem. – Wtedy... wyciągnęła nóż... i powiedziała, że by ją wyleczyć... muszę ją... nim uderzyć...

Twarz Rainbow Dash pokrywał wyraz czystej makabry i współczucia dla swojej przyjaciółki.

Fluttershy kontynuowała – Wrzeszczała na mnie... i powiedziała, że... jeśli ją kocham... to to zrobię. Byłam zmieszana... kochałam ją, ale... zrobienie tego... nie wydawało się dobre. A jednak, zdecydowałam... że jej uwierzę... to było jedyne... co mogłam zrobić... więc to zrobiłam. Rainbow Dash... Ja zabiłam swoją własną matkę... – głośny jęk przetoczył się po ścianach pokoju, gdy ból wspomnień, ponownie przeszył na wskroś, Fluttershy.

Ale wtedy, Fluttershy poczuła delikatny dotyk na policzku i ujrzała parę oczu koloru magenty, wypełnionych nie odrazą, jak oczekiwała, lecz czystą miłością.

- Ciiii... Fluttershy, już w porządku. Jestem przy tobie.

- Ale Rainbow Dash, ja-

Rainbow Dash delikatnie położyła kopytko na ustach Fluttershy. – Nie musisz już nic mówić. Przykro mi, że musiałaś przejść przez coś takiego. Twoja matka zrobiła tobie coś okropnego i musisz zdać sobie sprawę, że krew znajduje się na jej kopytkach, a nie na twoich, Fluttershy. Proszę, przebacz sobie, ponieważ żaden kucyk, który posiada choć odrobinę serca, nie mógłby zrzucać winy na ciebie.

Fluttershy odsunęła kopytko Rainbow i czując przepełniający ją smutek, cicho wyszeptała – Oprócz mojego taty...

Zanim Rainbow Dash zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Fluttershy ruszyła z wyjaśnieniem – To kolejna z rzeczy, które tam ujrzałam... Po tym jak ja... jak moja mama umarła, wszedł mój ojciec, zastanawiając się, czemu jeszcze nie wróciłam, żeby powiedzieć, co mama chce do jedzenia. Ujrzał mnie, trzymającą nóż, umazaną we krwi mojej matki i uderzył mnie. Gdy skończył płakać nad jej ciałem, wziął mnie do łazienki, żeby mnie umyć... i kiedy tam byliśmy, nazwał mnie potworem. On... on prawie utopił mnie w wannie. Myślę, że to dlatego myślałam, że to będzie dla mnie odpowiedni sposób na zakończenie tego wszystkiego...

- Lecz mój ojciec uznał, że to byłoby zbyt łatwe. Powiedział, że chce abym poczuła ogrom nieszczęścia, jakie spowodowałam, więc chcąc mnie ukarać, znęcał się nade mną przez cały okres mojego źrebięctwa i była to kara, na którą musiałam zasługiwać...

Rainbow Dash stała przy łóżku Fluttershy, z kamiennym wyrazem twarzy, zszokowana deprawacją jej matki i okrucieństwem jej ojca. Tęczowowłosy pegaz na moment odwrócił głowę od Fluttershy, by ukryć ból pojawiający się na jej twarzy oraz łzy płynące z jej oczu. – Nie, Fluttershy, nie zasługiwałaś na to. Jesteś najsłodszym, najmilszym kucykiem w całej Equestrii i nigdy nie zasługiwałaś na los, który zgotowali ci twoi rodzice. To oni nie zasługiwali na to, by w ich życiu pojawił się ktoś tak słodki jak ty. Okropnie mi przykro, że przeszłaś przez to wszystko.

Z ust Rainbow Dash wydobyło się głębokie westchnienie i Fluttershy wykorzystując okazję, usiadła i położyła kopytko na ramieniu przyjaciółki. – W porządku. Jeśli nie przeszłabym przez to wszystko, mogłabym nie być taką słabą lotniczką. – zaśmiała się cicho, Fluttershy. – A wtedy nie poznałabym ciebie. Nawet jeśli nie potrafisz wybaczyć moim rodzicom, dziękuję im za to, co uczynili. Bez nich, nie poznałabym ani ciebie, ani żadnego z naszych przyjaciół, a to ciebie kocham najmocniej. Nadałaś sens mojemu życiu.

Rainbow Dash odwróciła się, pokazując swoje zapłakane oczy. Błagała – Więc zostań z nami. Zostań ze mną. Tylko dlatego, że dowiedziałaś się okropnej prawdy o swoim życiu, nie znaczy, że nie ma już w nim sensu! Zasługujesz by żyć i być szczęśliwą. Proszę, Fluttershy, obiecaj mi, że zostawisz przeszłość za sobą, gdzie jej miejsce i obiecaj mi, że już nigdy nie podniesiesz na siebie kopytka. Obiecaj mi, że już nigdy mnie tak nie wystraszysz. Po prostu obiecaj mi, że zostaniesz ze mną.

Rainbow Dash chwyciła Fluttershy i przycisnęła mocno do siebie.

Fluttershy westchnęła i spojrzała wstecz na to, czego dowiedziała się w innym świecie, lecz teraz widziała to w zupełnie innym świetle. Miała przyjaciół, którzy ją kochali i troszczyli się o nią i miała najlepszą klacz na całym świecie. Odwzajemniła uścisk Rainbow i powiedziała:

– Obiecuję, Rainbow Dash. Przepraszam, że sprawiłam ci tyle kłopotu...

- Rainbow Dash... czy przyjmiesz mnie z powrotem? To, co powiedziałam wcześniej... Naprawdę chcę być z tobą, Dashie.

- Oczywiście, że tak, Fluttershy. Nikt nie jest dla mnie ważniejszy od ciebie. – Uśmiech rozjaśnił twarz Rainbow Dash, gdy zdjęła maskę tlenową z jej twarzy i złożyła na jej ustach głęboki, namiętny pocałunek, który obie pozbawił tchu. Potem, przez dłuższy czas nie robiły niczego, tylko cieszyły się wpatrywaniem w milczeniu w oczy drugiego, kochającego kucyka. - Och, Rainbow Dash, jesteś najlepszym kucykiem, jakiego można sobie wymarzyć.

Ta noc – noc, którą spędziły razem w szpitalu, była sekretem obydwóch klaczy. Fluttershy i Rainbow zdecydowały się nie mówić przyjaciołom, o pochopnej próbie samobójstwa i obydwie zgodziły się, że najlepiej będzie nigdy nie omawiać bolesnej przeszłości z żadnym kucykiem. Jednak ta noc miała dla nich obu specjalny wymiar, ponieważ podczas niej zdały sobie sprawę z ogromu swojej miłości.

Po tym sądnym dniu, obydwie klacze oficjalnie zamieszkały razem. Pinkie Pie nawet wyprawiła im wielkie przyjęcie gratulacyjne, odbijając sobie za to, które przegapiła w dniu, gdy ich trójka odwiedzała Silent Ponyville. Fluttershy i Rainbow Dash utworzyły szczęśliwy związek pełen miłości i wsparcia w trudnych chwilach. Obydwie były szczęśliwsze niż kiedykolwiek wcześniej w życiu.

Kiedy dla Rainbow Dash nadszedł czas decyzji, czy opuścić Ponyville i spróbować dołączyć do Wonderbolts, uznała, że Fluttershy jej potrzebuje, pomimo protestów pegaza, który mówił, że Dash powinna podążać za swymi marzeniami. Jednak Rainbow Dash czuła, że ważniejsze jest, żeby zostać przy boku swojej partnerki i sprawiać, by była szczęśliwa. Mimo tego, że Fluttershy z niechęcią to przyznawała, ciągle potrzebowała wsparcia Rainbow i w końcu Rainbow Dash bezpowrotnie zrezygnowała z marzenia o dołączeniu do Wonderbolts.I życie płynęło dalej, a w Ponyville znów zapanowało szczęście i spokój.

-Koniec-

Autor zakończenia: Ace2401

Tłumaczenie: Deveel

Zakończenie: Staw czoła strachom.  – Zakończenie oficjalneEdytuj

Warunek odblokowania: Zobacz wszystkie wspomnienia i napotkaj Pinkie i RainbowDash w świecie alternatywnym.


Twilight z całych sił próbowała zrozumieć, co oznaczają znajdujące się przed nią, trzy obrazki. Każdy z nich był koślawą masą kolorów i kształtów. Były momenty, gdy myślała, że jest w stanie ujrzeć niewyraźny kształt kucyka, lub jakiś inny kształt, który mogłaby zidentyfikować, ale szybko wracał z powrotem do pierwotnego, rozmazanego kleksa.

- Nie potrafię tego rozgryźć – jęczała Twilight, patrząc na to z każdej strony – Jak właściwie działa to zaklęcie? To drugi raz, gdy go używam i WCIĄŻ jestem zmieszana. – Książka nie wyjaśniała nic ponadto, jak użyć zaklęcie i czemu ma służyć. Czy rozgryzienie jego istoty miało być aż tak dziecinnie łatwe? Czy coś powinno być dla niej oczywiste? Nie było żadnych instrukcji, jak interpretować obrazy, albo co mogłaby zrobić, by pomóc!

To naprawdę wyglądało tak, jakby celowo była powstrzymywana. Jakby coś broniło jej zobaczyć, czego doświadcza każda z jej przyjaciółek.

- Jeśli miałabym coś do pisania, może mogłabym sporządzić lepsze notatki... ale i tak nie mam tego z czym porównać! Mam tylko te dwa pozostałe obrazki! Wrr! Nic się w ten sposób nie dowiem! – jęczała Twilight, siedząc i wpatrując się w obrazki z narastającą frustracją. Nie chciała niczego bardziej niż rozwiązać tą zagadkę i dowiedzieć się, jak lepiej pomóc przyjaciołom, lecz nie mając punktu odniesienia, to wszytko wydawało się bezcelowe.

Gdy coraz mocniej się denerwowała, nagle każdy obrazek zaczął promieniować jasnym, białym światłem. Twilight próbowała obserwować rozwój sytuacji, lecz światło stało się zbyt rażące, by móc je znieść. Zakryła oczy i w tym samym momencie poczuła znajome szarpnięcie, towarzyszące zakończeniu zaklęcia.

Została pociągnięta w tył, z dala od wirującej ciemności, w której znajdowały się trzy obrazy, po czym ponownie znalazła się w rzeczywistości.

- Uuuuggghh... – jęknęła Twilight, pocierając czoło. Wyciągnięcie w ten sposób nie było zbyt przyjemnym uczuciem. – W porządku, kucyki? – zapytała, otwierając oczy, by spojrzeć na trójkę przyjaciółek.

- Jej! To zadziałało! Wróciłyśmy! – krzyczała podekscytowana Pinkie, podskakując i śmiejąc się radośnie.

- Haha! A masz, ty przerażający świecie! – wyszczerzyła zęby, Rainbow Dash.

- To naprawdę... otworzyło mi oczy. – Fluttershy uśmiechnęła się delikatnie, kładąc w zadumie kopytko na brodzie.

- Więc... zaklęcie zadziałało? – Udało ci się odkryć, czemu dręczyły cię koszmary, Fluttershy? – zapytała Twilight swoją przyjaciółkę.

Fluttershy poczuła, że znajduje się w centrum uwagi, a każda klacz patrzy na nią z wyczekiwaniem. Zarumieniła się lekko.

- Uhmm... tak... odkryłam przyczynę – przyznała powoli, Fluttershy.

- Więc, nie trzymaj nas w niepewności. Co to było? – spytała żądna odpowiedzi, Rainbow.

- Łooł, wstrzymaj konie, Dashie! – powiedziała Pinkie, przybliżając się – Jeśli to odkrycie podobne do mojego, że straciłam siostrę, nie powinnyśmy zmuszać jej do odpowiedzi, jeśli nie jest gotowa... jednak przyznaję – naprawdę jestem ciekawa, co to było... Prawdopodobnie to coś wymagającego mocnego przytulenia.

- Och... uhm... – Fluttershy niezręcznie potarła nogę o nogę – Więc... ja... – nie potrafiła ułożyć myśli – P-Powiem wam... że.... jest coś, co muszę zrobić... coś, czym muszę się zająć... wtedy będę mogła powiedzieć wam o wszystkim... mam nadzieję... – ostatnią część powiedziała bardzo cicho.

- A my to całkowicie rozumiemy – powiedziała Pinkie, zamykając Fluttershy w ogromnym uścisku – Wiedz tylko, że cokolwiek by to nie było, jesteśmy tu zawsze dla ciebie.

- Taa, przepraszam. Nie chciałam brzmieć tak nachalnie. Powiesz nam, jak będziesz gotowa. – Rainbow uśmiechnęła się ze wsparciem.

- ... Dziękuję ci... wam wszystkim... – odpowiedziała Fluttershy z uśmiechem. W jej oczach błyszczały krople łez – Nie wiem, co zrobiłabym bez was, dziewczyny – przytuliła się do grzbietu Pinkie.

- Cóż... cieszę się, że mogłam pomóc – uśmiechnęła się Twilight.

- ... Tak... a co do tego... – powiedziała Pinkie, puszczając Fluttershy i spoglądając na dwójkę przyjaciółek.

- ... Myślę, że wszystkie się zgadzamy, Pinkie Pie – rzekła Rainbow, przytakując Pinkie.

- Tak, myślę, że tak – pokiwała głową, Fluttershy.

- Twilight... – zaczęła Pinkie.

- Hę? – spytała zmieszana Twilight. Trójka klaczy stojąca przed nią wzięła głęboki oddech, po czym wszystkie jednocześnie krzyknęły jednym głosem:

- NIGDY WIĘCEJ NIE UŻYWAJ TEGO ZAKLĘCIA!

- Więc... po co wyruszamy do Cloudsdale? – zapytała dociekliwie Rainbow Dash, spoglądając na Fluttershy, gdy wspólnie leciały w kierunku położonego wśród chmur, miasta.

- Cóż... myślę, że mogę ci powiedzieć – rzekła Fluttershy, wzdychając lekko i uśmiechając się – Chcę zobaczyć się z moim ojcem.

- Twoim ojcem? – zapytała zdziwiona Rainbow – Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek go poznała... niech to, właściwie nie mówiłaś mi za dużo o swojej rodzinie. Za każdym razem, gdy cie pytałam, unikałaś tego tematu.

- Miałam powody – powiedziała cicho, Fluttershy.

- ... Czy... to ma coś wspólnego z tą szaloną, koszmarną wersją Ponyville? – spytała niepewnie, Rainbow. Jej mózg pracował na najwyższych obrotach.

- ... Tak, ma. – odpowiedziała Fluttershy, starając się nie niepokoić Dash. Nie była ciągle gotowa, by powiedzieć zbyt wiele o tym, co widziała, przynajmniej dopóki nie stanie twarzą w twarz ze swoim ojcem. Rainbow patrzyła na Fluttershy, lecąc obok niej w milczeniu; czekała, aż powie coś jeszcze, lecz w końcu zorientowała sie, że to nie nastąpi. Rainbow cicho westchnęła.

- Ale MASZ zamiar wyjaśnić wszystko, prawda? Pinkie nie wyjaśniła nic oprócz tego, że straciła siostrę z powodu jakiegoś seryjnego zabójcy... ale nie wspomniała o potworach w tym mieście. Ja... Ja naprawdę chcę wiedzieć, co ci się zdarzyło, Fluttershy. Po tym jak zostałaś od nas oddzielona okropnie się martwiłam... – powiedziała Rainbow, ciągle czując się winną z powodu nawrzeszczenia na Pinkie Pie.

-... Ja... obiecuję ci, Dashie... Powiem ci o wszystkim... – Fluttershy spuściła głowę ze smutkiem na twarzy.

- Tylko... obiecaj mi, że nie pomyślisz... że jestem potworem...

Rainbow spojrzała na nią wstrząśnięta, zupełnie jakby została urażona tym przypuszczeniem.

- Jak mogłabym kiedykolwiek pomyśleć COŚ TAKIEGO!? Jesteś najmilszym, najżyczliwszym, najłagodniejszym kucykiem w całym Ponyville! Ba, może nawet w całej Equestrii! Jak mogłabym pomyśleć o tobie jak o potworze? – Rainbow potrząsnęła głową w zaprzeczeniu.

- ... Dziękuję ci, Dashie. – Fluttershy ukradkiem wytarła łzę – Już prawie jesteśmy na miejscu... – powiedziała, gdy zbliżyły się do miasta w chmurach.

Cloudsdale było wypełnione zwyczajnym gwarem pędzących w swoją stronę, kucyków. Niektóre pracowały na budowie, niektóre dostarczały przesyłki, a inne zaś po prostu rozkoszowały się piękną pogodą, podczas gdy pojedyncze jednostki gdzieś bardzo się spieszyły. W Cloudsdale płynął normalny dzień.

Fluttershy rzuciła okiem na szkołę, gdy przelatywały koło niej. Słyszała znajomy dźwięk dzwonka i wyobraziła sobie wylewającą się gromadkę podekscytowanych, młodych źrebaków, którzy z utęsknieniem wyczekiwali końca ciężkiego dnia szkoły, by w końcu móc się pobawić. To wywołało uśmiech na jej twarzy – ujrzenie tylu szczęśliwych, młodych twarzy poprawiło jej humor.

- No i jest – miejsce, gdzie pracuje mój ojciec – Szpital Główny w Cloudsdale – powiedziała Fluttershy, po kilku minutach lotu, wskazując na wielki, biały budynek, z wymalowanym wielkim, czerwonym krzyżem. Widziała kilka pegazów wlatujących i wylatujących przez drzwi frontowe. Niektórzy byli zdrowi, niektórzy chorzy, kilka miało opatrunki na kończynach. Obok zaparkowana była karetka, by w razie wypadku mogła zostać pociągnięta przez drużynę pegazów.

- Czy twój ojciec jest lekarzem? – zapytała Rainbow Dash, gdy zniżyły lot tuż przed drzwiami frontowymi i weszły do środka.

- ... Można tak powiedzieć – odpowiedziała delikatnym uśmiechem. Lobby było ogromne – naprawdę ogromne. Nad ich głowami znajdowała się wielka przestrzeń przeznaczona dla pegazów, na środku stała gigantyczna fontanna z kilkoma kondygnacjami, obok była recepcja wypełniona po brzegi kucykami, poczekalnia dla kucyków, które musiały wypełnić odpowiednie papiery i czekać na pokierowanie w odpowiednie miejsca, lecz najbardziej zauważalną częścią pomieszczenia było wiszące nad biurkiem recepcjonisty ogromne zdjęcie przedstawiające jasnobursztynowego Pegaza w białym fartuchu, z ciemnoczerwoną grzywą i zdumiewająco niebieskimi oczami. Pod zdjęciem znajdowała się plakietka, jednak z tej odległości odczytanie jej było niemożliwe.

- Coż, to dopiero jest ogromne zdjęcie – powiedziała Rainbow, naśmiewając się z monumentalnego rozmiaru – Muszą naprawdę lubić tego doktorka.

- Cóż, uratował setki kucykowych żyć. Jest najlepszym lekarzem w całym szpitalu. – Fluttershy zatrzymała się w miejscu, zmuszając Dash do tego samego. Niebieski pegaz patrzył teraz na nią zaciekawionym wzrokiem. – Nazywa się Lance... Lance Strongshy... i jest moim ojcem.

Rainbow otworzyła usta w niedowierzaniu, po czym szybko spojrzała na ogromny obraz, a następnie na Fluttershy. Powtórzyła czynność kilkakrotnie.

- M-Masz na myśli TEGO Lance’a Strongshy!? Ja... O CELESTIO... on jest najsłynniejszym lekarzem w CAŁYM Cloudsdale! Nawet JA o nim słyszałam! Mówią, że kiedy z Centrum Pogody wydostała się ogromna burza z piorunami, raniąc przynajmniej trzydzieści kucyków, jemu udało się uratować ICH WSZYSTKICH, podczas gdy przekraczało to możliwości innych lekarzy.

- Tak... pamiętam ten dzień – powiedziała Fluttershy, powoli potakując. Wszystkie jej wspomnienia z dzieciństwa powróciły. Pamiętała teraz prawie każde zdarzenie.

- Zawsze był jednym z najlepszych lekarzy! Słyszałam, że stał się nawet lepszy, gdy całkowicie poświęcił się swojej pasji – medycynie, po tym jak jego żona zmarła z powodu chor- – Rainbow Dash natychmiast przerwała, gdy prawda uderzyła w nią jak tona kamieni. Mówiła właśnie o mamie Fluttershy.

- O-Och... Fluttershy... Ja...Ja... nie miałam pojęcia... Ja... – Rainbow zaczęła przepraszać.

- W porządku, Dash – powiedziała Fluttershy ze smutnym uśmiechem, mijając błękitnego pegaza i kierując się do lady – Jest... wiele rzeczy, które muszę ci powiedzieć... wkrótce zrozumiesz.

- Witamy w Szpitalu Cloudsdale, jak mogę pom- – zaczęła pielęgniarka, siedząc z nosem głęboko w papierach, lecz gdy spojrzała w górę, na jej twarzy pojawił się szok i ujrzała stojącą przed nią, Fluttershy.

- ... Witam Pielęgniarko Soft Cure (łagodna terapia-przyp.tłum), dziś robi pani za recepcjonistkę? – Fluttershy uśmiechnęła się najszczerzej, jak tylko mogła do białego pegaza z blond grzywą. Bądź, co bądź minęło wiele lat, od kiedy ostatnio odwiedziła szpital i po raz pierwszy od dawna widziała swoją osobistą pielęgniarkę z czasów źrebięctwa.

Oczy pielęgniarki Soft Cure natychmiastowo się zwęziły, posyłając Fluttershy raczej paskudne spojrzenie.

- ... Co TY tu robisz? – praktycznie syknęła. Rainbow Dash uniosła brew, zdziwiona zachowaniem pielęgniarki. Nie wydawała się zbyt uprzejma, biorąc pod uwagę, że rozmawiała z córką najlepszego lekarza w szpitalu.

- Przyszłam odwiedzić mojego ojca... to jest, jeśli nie jest zbyt zajęty – wyjaśniła prosto, Fluttershy.

Pielęgniarka uderzyła kopytami o blat biurka. Prawie każdy kucyk odwrócił głowę w ich stronę, nie spodziewając się tak głośnego łomotu w samym środku szpitala. Pielęgniarka Soft Cure rozejrzała się dookoła, po czym uśmiechnęła się niezręcznie i delikatnie zaśmiała, jakby zrobiła to przez przypadek. Pozostałe pegazy wzruszyły ramionami i wróciły do swoich zajęć. Gdy już upewniła sie, że żaden kucyk nie zwraca na nie uwagi, ponownie przeniosła nienawistny wzrok na Fluttershy.

- ... Więc tak... po tych wszystkich latach, wchodzisz tu jak gdyby nigdy nic, nie tylko oczekując spotkania, ale też myśląc, że uwierzę ci, że jest to jedyny powód twojej wizyty!? – Soft Cure próbowała krzyczeć, lecz musiała ściszać głos do ostrego szeptu.

- Hej, paniusiu! Jak ci się wydaje, z kim rozmawiasz!? – powiedziała Rainbow Dash, czując jak jeży jej się grzywa, lecz została powstrzymana kopytem przez Fluttershy.

- Przysięgam pani Cure... jestem tu tylko po to, by porozmawiać z moim tatą. – Fluttershy uśmiechnęła się do twarzy, która wyrażała czystą nienawiść.

- Och, taa, jakbym miała w to uwierzyć – ryknęła Soft Cure – Jesteś tu tylko po to, by zniszczyć dobre imię Lance’a, czyż nie? Próbujesz przeszkodzić w jego misji ratowania życia, przez jakąś chorą żądzę zemsty.

Ponownie, Rainbow Dash spróbowała coś powiedzieć, lecz została powstrzymana przez Fluttershy.

- Może mi pani towarzyszyć, jeśli pani chce... Naprawdę nie chcę niczego więcej, jak tylko szansy porozmawiania z moim ojcem. Nie zamienię nawet słowa z nikim innym, obiecuję – wyjaśniła spokojnie, Fluttershy.

Pielęgniarka Soft Cure wpatrywała się w pegaza, próbując przemyśleć w głowie całą sytuację. Jej wzrok skierował się na Rainbow Dash, która z całą swą zawziętością, oddała jej ostre spojrzenie. Po jakimś czasie, pielęgniarka odpowiedziała.

- ... W porządku... Odprowadzę cię do jego gabinetu. – Pielęgniarka wstała z krzesła, po czym rozłożyła skrzydła. Poleciała w kierunku jednego z korytarzy, prowadzących do wyższych poziomów.

- Raany, ONA ma jakiś problem!? – warknęła Dash, gdy podążyły za pielęgniarką.

- To... długa historia. Powiem ci później. – Fluttershy uśmiechnęła się delikatnie. Rainbow Dash nie wydawała się tym usatysfakcjonowana, ale posłuchała Fluttershy. Pielęgniarka minęła kilka pięter, by zatrzymać się ostatecznie na dziewiątym. Poleciała długim korytarzem, na którym, pomijając pojedyncze pegazy, nie było praktycznie żywej duszy.

- Tutaj. Jego gabinet. – Soft Cure zatrzymała się przed jednymi z drzwi, zwracając się ku dwóm klaczom – Poinformuję go, że chcesz się z nim zobaczyć – wyjaśniła, po czym odwróciła się i zapukała do drzwi.

- Proszę wejść – odpowiedział burkliwy głos. Pielęgniarka weszła do środka, zamykając drzwi za sobą.

- ... Nie podoba mi się to, Fluttershy... – Rainbow wyszeptała, niezadowolona z tej sytuacji – Coś mi tu nie gra...

- Rozumiem, Dash... Obiecuję, to niedługo się skończy. Po prostu... pozwól mi porozmawiać z moim ojcem na osobności, proszę... Jeśli będę cię potrzebowała, od razu się o tym dowiesz – powiedziała Fluttershy, ocierając się z czułością o jej kark.

- ... Wolałabym wejść tam z tobą... ale... jeśli tak wolisz – powiedziała cicho Rainbow, przytulając się do jej grzbietu.

Drzwi otworzyły się ponownie i wyszła z nich pielęgniarka.

- Powiedział, że możesz wejść – rzekła, odsuwając się na bok i ciągle mierząc je spojrzeniem.

- Dziękuję. – Fluttershy uśmiechnęła się, po czym podeszła do drzwi. Wzięła głęboki oddech, by nabrać sił i weszła do gabinetu.

Gabinet wydawał się niezmieniony od czasu, gdy ostatni raz go widziała. Ciągle stało tam biurko, ściany wypełnione były książkami, a niektóre z książek stały w stosach na podłodze, jakby były niedawno czytane. Jedna leżała otwarta na biurku, jakby ktoś był w trakcie czytania.

Zza biurka, patrzyły na nią zmęczone oczy, znajomego bursztynowego kucyka o ciemnoczerwonej grzywie. Był to jej ojciec. Spoglądał na nią, jakby nie dowierzał w to, że naprawdę stoi przed nim, po tylu latach.

- Witaj... ojcze. To ja... Fluttershy – powiedziała najmilej jak umiała.

- ... Więc... więc jesteś. – Lance westchnął cicho, wstając zza biurka i podchodząc, by lepiej się jej przyjrzeć – Wyrosłaś odkąd ostatni raz cię widziałem. – Zlustrował ją spojrzeniem z góry na dół – Tak bardzo przypominasz teraz swoją matkę...

Jej ojciec odwrócił głowę i zamknął oczy - ... Czemu tu przyszłaś?

- Ja... Ja przyszłam porozmawiać – odpowiedziała cicho, Fluttershy – O tym... co wydarzyło się między nami.

- ... A o czym tu gadać? Zabiłaś swoją matkę... a ja cię za to karałem i krzywdziłem. – Wypowiedział te słowa chłodnym tonem, jakby zupełnie o nie nie dbał, nie mówiąc już o ich przemyśleniu. – Pamiętasz to, prawda? Więc nie ma o czym gadać.

- ... Ale ja... przyszłam przeprosić. – Na twarzy Fluttershy pojawił się niewielki, smutny uśmiech.

- ... Przeprosić? – Jej ojciec wyglądał na całkowicie zmieszanego, po czym odwrócił się do swojej córki.

- Ja... przepraszam, że zabiłam mamę... – Fluttershy powoli opuściła głowę – Nigdy nie zadość uczynię temu, co zrobiłam i żadne przeprosiny nie wrócą jej z powrotem... ale... ja... ja ją zabiłam... więc... przepraszam.

W pokoju nastała cisza. Fluttershy czuła na sobie chłodne spojrzenie swojego ojca, który próbował dowiedzieć się o co tu chodzi.

- ... Teraz próbujesz znaleźć przebaczenie? – przemówił w końcu szorstkim tonem – starając się naprawić to, co wyrządziłaś dawno temu? Po tylu latach... przychodzisz po to do mnie? – słychać było jak w jego głosie wzrasta gniew.

- Ale... to jeszcze nie wszystko... – przyznała Fluttershy, unosząc głowę z uśmiechem – Przyszłam także po to... by powiedzieć ci... że ja także ci przebaczam.

Starszy ogier stanął w miejscu jak wryty.

- Karałeś mnie za to, co zrobiłam mamie... i ciągle czuję... że ta kara mi się należała. Uczyniłam coś okropnego, więc musiałam zasługiwać na odpowiednią karę... i nie czuję do ciebie złości za to, co mi robiłeś. Właściwie... dzięki temu udało mi się odnaleźć wspaniałe życie. Mam teraz wielu kochających przyjaciół... zajmuję się zwierzętami w Ponyville, wykorzystując wiedzę, jakiej nauczyłam się z książek medycznych. – Fluttershy uśmiechnęła się radośnie, wracając myślami do swojego życia w Ponyville.

- A nawet... udało mi się w Ponyville odnaleźć miłość. Nie wiem dokąd to zmierza, ale mam zamiar cieszyć się tym uczuciem ze wszystkich sił... i gdybyś nie uczynił tego, co uczyniłeś, nigdy nie poznałabym mojej miłości. Wszystko, co osiągnęłam w życiu, zawdzięczam tobie, ojcze... i... chcę ci za to podziękować – Fluttershy ukłoniła się lekko.

- Dziękuje ci za wszystko.

Lance wpatrywał się w swoją córkę. Ciągle pamiętał tą noc, gdy jego żona została brutalnie zabrana od niego, przez potwora, który zakończył jej życie. Pamiętał też ile bólu i cierpienia wyrządził temu potworowi, i jak po tym włożył ogromną ilość pracy w naukę medycyny i doskonalenie umiejętności, by był w stanie uratować każdego kucyka, niezależnie od jego stanu, czy choroby...

Lecz teraz ten potwór kłaniał się przed nim, dziękując mu za wszystko, co przytrafiło się w jej życiu, przepraszając za odebranie klaczy, która przyniosła mu największe szczęście na świecie.

Zacisnął szczęki, czując wzbierający w nim gniew. Wpatrywał się w nią z szalonymi intencjami. Ujrzał, jak powoli unosi głowę, by spojrzeć na niego z uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech... był jak igła wbijana w jego duszę.

Ruszył krok do przodu i biorąc głęboki oddech przez nos, uniósł kopyto w powietrze. Chciał ją uderzyć, chciał sprawić, by cierpiała i chciał by wiedziała, że to co się zdarzyło ciągle rozdziera jego duszę, gdy patrzy w oczy każdego uratowanego pacjenta...

Fluttershy uśmiechała się delikatnie, spoglądając na ojca. Zamknęła oczy, przygotowując się na uderzenie. Mogła przyjąć każdą karę, którą uznałby, jak zawsze, za odpowiednią dla niej. To było jedyne, co mogła zrobić, by zadośćuczynić przeszłości, za odebranie matki z tego świata.

Czekała na cios, który miał nadejść.

Lecz uderzenie nigdy nie nadeszło.

Zamiast tego to, co poczuła Fluttershy, zaskoczyło ją.

Jej ojciec delikatnie położył kopytko na jej grzbiecie, przyciągając ją do siebie, by objąć ją kopytkami. Mrugnęła z zaskoczenia, gdy poczuła, że ogier zaczyna się trząść. Nie wiedziała jak zareagować, gdy nagle poczuła na grzbiecie coś ciepłego i mokrego.

Jej ojciec płakał. Płakał, przytulając ją do siebie.

Fluttershy nie mogąc się powstrzymać, objęła kopytkami swojego ojca i przytuliła go do siebie, zamykając oczy i pozwalając mu się wypłakać.

Obydwoje stali w uścisku przez czas, który im wydawał się wiecznością, gdy w końcu jej ojciec puścił ją i wycierając twarz, odwrócił się od córki.

- ... Fluttershy... – powiedział w końcu, gdy głos przestał mu drżeć.

- Tak? – zapytała z ciekawością.

- ... Myślę... że najlepiej będzie jeśli już nigdy się nie zobaczymy... – mruknął cicho – Proszę... nie przychodź już nigdy do mnie.

- ... W porządku... rozumiem... – Fluttershy powoli pokiwała głową – Wiedz tylko... że kocham cię tato...

- ... Ja... Ja też cię kocham... – wykrztusił – A teraz... wyjdź z mojego gabinetu.

Fluttershy nie trzeba było powtarzać. Ukłoniła się jeszcze raz, po czym ruszyła do drzwi i otworzyła je, wychodząc na zewnątrz.

- ... To była szybka wizyta – powiedziała Soft Cure, patrząc podejrzliwie na Fluttershy. Jej wyjście było jedyną rzeczą, która powstrzymała nieustającą bitwę na spojrzenia pomiędzy Soft Cure, a Rainbow Dash. - Tak... ale niech się pani nie martwi, pani Cure, już nigdy mnie pani nie zobaczy. – Fluttershy uśmiechnęła się do pielęgniarki.

- ... Co? Naprawdę? Nie masz zamiaru zszargać jego dobrego imienia? – powiedziała zaskoczona.

- Pani Cure... teraz rozumiem... Robiłaś to, co robiłaś, ponieważ nie chciałaś, by mojemu ojcu przytrafiło się coś złego. Jeśli coś by się stało, nie byłby w stanie uratować tych wszystkich żyć, które uratował przez ostatnie lata. – Fluttershy uśmiechnęła się, lecz Soft Cure odwróciła szybko głowę, jakby została zaatakowana jej słowami. – Nie winię pani... On ratował tak wiele kucyków, więc jeden, którego krzywdził, w porównaniu do tego wydawał się nic nieznaczący. – Fluttershy zaśmiała się cicho.

- ... Pogódź się z tym – warknęła Soft Cure.

- Przepraszam, musiałam to powiedzieć – odpowiedział uśmiechem żółty pegaz. – Proszę, wiedź wspaniałe życie... i opiekuj się moim ojcem. – Fluttershy skłoniła się i odeszła.

- ... Fluttershy... – Rainbow Dash przemówiła po dłuższej chwili – O co tu DO SIANA w tym wszystkim chodzi?

- ... Wydaje mi się, że teraz mogę ci to wyjaśnić, Dashie. – Fluttershy uśmiechnęła się radośnie – Ale... najpierw lećmy znaleźć jakieś bardziej ustronne miejsce.

Rainbow i Fluttershy wylądowały na szczycie wzgórza leżącego pośrodku wielkiej łąki, rozciągającej się aż po horyzont. Można było stamtąd zobaczyć, majaczące w oddali, ośnieżone szczyty gór, a w dole piękne, kwitnące kwiaty. Był to przepiękny widok – jeden z tych wypełniających duszę spokojem. Dookoła nie było nawet jednego kucyka.

- To wygląda na dobre miejsce. Fluttershy uśmiechnęła się, kładąc na ziemi i obracając się na bok, by spojrzeć na pobliski las. – Wiesz, gdzieś tam jest miejsce, w którym spadłam z Cloudsdale i dowiedziałam się, że moim specjalnym talentem jest opieka nad zwierzętami. – zaśmiała się cicho.

- Hę... naprawdę? – Rainbow Dash usiadła obok Fluttershy. Widok lasu przywoływał miłe wspomnienia, lecz nie to w tym momencie zaprzątało jej głowę.

- W porządku, Fluttershy. Czy teraz, gdy jesteśmy same, możesz mi wreszcie o wszystkim powiedzieć? Oczy tej pielęgniarki ciskały w ciebie gromami i to mi się nie podobało. No i co właściwie zobaczyłaś w tym „innym” Ponyville, że zdecydowałaś się na wycieczkę do Cloudsdale? – zapytała szybko Rainbow Dash, pragnąc odpowiedzi.

Fluttershy przywołała na twarz smutny uśmiech, a wiatr rozwiał jej różową grzywę. Zamknęła oczy i zaczęła mówić.

- Przypuszczam, że wiesz, że moja mama zmarła z powodu choroby, prawda? – zapytała Fluttershy, chcąc po prostu potwierdzić informacje posiadane przez Rainbow.

-T...Tak... Byłam zbyt młoda, by to dokładnie pamiętać, ale to była dosyć popularna informacja tego dnia. I oczywiście za każdym razem, jak kucyki o nim rozmawiały, prawie zawsze wspominały, w jak tragiczny sposób stracił żonę, i że to spowodowało, że zapragnął stać się jeszcze lepszym lekarzem – wyjaśniła powoli, Rainbow.

- Więc... prawda jest taka, Rainbow Dash. Moja mama nie zmarła z powodu choroby. – Rainbow spojrzała na nią z zaciekawieniem. – To prawda, że była chora na coś, na co nie było lekarstwa i prawdopodobnie to by w końcu ją zabiło. Ale nie umarła od tego. Bo, widzisz... to ja ją zabiłam. Zabiłam moją własną matkę, Rainbow Dash.

Rainbow Dash otworzyła usta, wpatrując się bezmyślnie w żółtego pegaza. Fluttershy nawet na nią nie patrzyła. Utkwiła wzrok w bezkresnej przestrzeni, przywołując na twarz delikatny, smutny uśmiech. Jakiekolwiek wątpliwości, które przebiegały przez głowę tęczowego kucyka zostały rozwiane tym żałosnym widokiem. Fluttershy nie kłamała – naprawdę zrobiła to, o czym przed chwilą powiedziała...

- ... Ale... Ale... czemu? Czemu miałabyś... – jąkała się Rainbow, próbując przetrawić tę informację – Co... co pchnęłoby, najmilszego kucyka NA ŚWIECIE do... do zabicia swojej matki?

- ... Poprosiła mnie o to – odpowiedziała powoli, Fluttershy.

- Co?... – powiedziała Rainbow, przeżywając kolejny szok – Masz na myśli... że twoja matka poprosiła swoją małą córkę... by ta ją ZABIŁA!? – Fluttershy tylko powoli skinęła głową.

- Fluttershy... w takim razie to nie czyni CIĘ morderczynią! – Rainbow tupnęła kopytkiem – Byłaś zbyt młoda, by znać różnicę! Jeśli zmuszała cię do zabicia jej, nie miałaś zdolności, by móc jej odmówić! Nie zabiłaś swojej matki! To ONA się zab-

- Ale to ja ją zabiłam, Rainbow Dash. – Fluttershy zamknęła oczy – Nawet jeśli mi kazała, a ja jako dziecko musiałam się jej słuchać, to ciągle miałam wewnętrzne poczucie, że to, co robię jest złe, że to nie może być nic dobrego... ale nie chciałam zawieść mojej matki. Wzięłam nóż, który mi dała i pchnęłam ją kilkukrotnie.

- Nieważne, jak na to spojrzysz, na motywy, czy powody, moja matka zmarła ponieważ wielokrotnie ją dźgnęłam. Jeśli nie wzięłabym tego noża, jeśli nie poruszyłabym moimi kopytkami w odpowiedni sposób, jeśli nie posłuchałabym jej, to może ciągle by dzisiaj żyła. – Wyraz twarzy Fluttershy nie zmienił się nawet na sekundę. Ten smutny uśmiech mówił, że zmusza się do udawania, że wszystko jest w porządku.

- Jestem zwykłym potworem, Rainbow Dash.

- NIE! – krzyknęła Rainbow, uderzając w ziemię. Ku zaskoczeniu Fluttershy, chwyciła ją za ramiona i odwróciła smutną twarz pegaza ku sobie – Nie jesteś potworem! Twoja matka zmusiła cię do tego, Fluttershy! Jako najłagodniejszy kucyk w całej Equestrii, nie jesteś zdolna do morderstwa, chyba że tak jak wtedy, nie wiedziałaś, co robiłaś! Nie jesteś potworem! – Rainbow oddychała ciężko.

Fluttershy, przez chwilę spoglądała na nią w szoku, po czym uśmiechnęła się łagodnie. Była bardzo szczęśliwa, że Rainbow tak się o nią troszczy, mimo ujawnienia jej swojej potwornej prawdy. Czuła łzy zbierające się w kącikach jej oczu, lecz udało jej się je powstrzymać, zamykając je.

- Więc... mój ojciec mówił co innego – to ponownie uciszyło Rainbow, która znów spojrzała z niedowierzaniem na Fluttershy. – Nie tylko powiedział mi, że jestem potworem... Karał mnie jak potwora. Poza tym... nie można się kłócić z najlepszym lekarzem w Cloudsdale... on wie, co jest dla ciebie najlepsze. Nie mam żadnych blizn, ponieważ doskonale wiedział, co robił, ale często odwiedzałam szpital z powodu jego kar. – Fluttershy pozwoliła sobie na mały śmiech; najwidoczniej uznawała, że to wyznanie jest dosyć zabawne.

- I tu wkracza na scenę pielęgniarka Soft Cure... Ona była przełożoną pielęgniarek mojego ojca. Ilekroć przychodziłam tam po jednym z moich „wypadków”, to właśnie ona mnie opatrywała. Jednak była bardzo lojalna w stosunku do mojego ojca... Kiedy próbowałam powiedzieć jej, że to on robi mi to wszystko, krzywdziła mnie w odpowiedzi, zmuszając mnie do niewypowiadania jakichkolwiek słów, które mogłyby narazić reputację mojego ojca na szwank.

- I teraz rozumiem już dlaczego... Chroniła kucyki, którymi opiekował się mój ojciec. Pamiętam jak jednego dnia przechodziłam akurat przez sale pacjentów... w momencie, gdy prowadził jednego z pacjentów chorych na raka, którego wszyscy pozostali doktorzy skazali na straty, lecz mój ojciec powiedział, że nie podda się aż do samego końca. Inny pacjent potrzebował przeszczepu jakiegoś narządu, którego inni chirurdzy bali się wykonać, ponieważ pojedyncza pomyłka mogła ją zabić, ale mój ojciec wziął się za to samemu i uratował jej życie.

Łzy zaczęły płynąć swobodnie po policzkach Fluttershy, gdy wspominała chwalebne czyny swojego taty.

- Była też mała klaczka z chorobą autoimmunologiczną... Już całkowicie się poddała i była bliska śmierci, gdy mój ojciec dał jej, tak potrzebną, nadzieję... Wróciła do pełnego zdrowia. Był nawet taki czas, że potrafił pomóc matce, która chciała zabić swoje dziecko, ale dlatego, że tam był i wiedział, co zrobić, dziecko wyszło z tego wszystkiego bez najmniejszych obrażeń...

Rainbow nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa; wpatrywała się w płaczącą klacz, która mówiła z głębi serca o czynach swojego ojca.

- Widziałam tych wszystkich pacjentów na własne oczy, Rainbow Dash... Widziałam jak się śmieje, pomagając im. Nawet po tym, jak zabiłam swoją matkę, nigdy nie ukazał im swojego cierpienia... więc kim innym mogę być, jak nie potworem, Rainbow? Zasłużyłam sobie na wszystko, co mnie spotkało. Zrobiłam coś niewybaczalnego – zabiłam matkę. – Fluttershy zamknęła oczy i zaśmiała się cicho. Łzy wciąż nieubłaganie spływały po jej twarzy.

- ... nie... nie... nie... nie, nie, nie, NIE, NIE, NIE! – Rainbow Dash zaczęła krzyczeć, pochylając głowę. Fluttershy spojrzała na nią z zaskoczeniem. Rainbow zaczęła się trząść, czując, jak w kącikach jej oczu zbierają się łzy.

- Fluttershy... NIE JESTEŚ POTWOREM! – Rainbow Dash spojrzała prosto w zapłakane, cyjanowe oczy Fluttershy – Nawet jeśli to prawda... nawet jeśli NAPRAWDĘ zabiłaś swoją matkę, to nie czyni cię potworem! Nie skrzywdziłabyś nawet muchy, chyba że nie pozostawiono by ci wyboru. Nie ma innej opcji! Jeśli nie zostałabyś przyparta do muru, nigdy nie zrobiłabyś niczego, by skrzywdzić jakąkolwiek żywą istotę!

- Więc... więc przestań mówić, że jesteś... – łzy spływały bez opamiętania po policzkach Rainbow Dash – Przestań... mówić, jakbyś była jakimś... okropnym kucykiem, który zasługuje na karę... gdy wcale tak nie jest... gdy jesteś najmilszym, najłagodniejszym, najżyczliwszym kucykiem, jaki żył kiedykolwiek. – Ramiona Rainbow drżały.

- ... Rainbow Dash... – wyszeptała Fluttershy, spoglądając na nią oczami pełnymi cierpienia. Obydwa kucyki siedziały na zielonym wzgórzu, wpatrując się w swoje zapłakane oczy. W tym momencie nie liczyły się żadne słowa, jedynie więź, która łączyła obydwie klacze.

Gdy słońce zaczęło zachodzić za horyzont, dwie zmęczone klacze splotły się w głębokim pocałunku. Każda z klaczy czuła w nim promieniującą z partnerki pasję; to nie był zwykły pocałunek z tęsknoty, czy z pożądania, albo z prostego zrozumienia, czy troski...

To był pocałunek czystej miłości – miłości, która właśnie zrodziła się w ich sercach.

Na niebie zaczęły świecić pierwsze gwiazdy, gdy dwa pegazy wreszcie przerwały swój pocałunek. Fluttershy mocno wtuliła się w sierść Rainbow.

- ... Dziękuję ci, Rainbow Dash... – powiedziała cicho. Rainbow Dash tylko uśmiechała się do swojej dziewczyny, głaszcząc ją delikatnie po karku. Obydwie trwały przez jakiś czas w tej pozycji. Milczenie przerwała w końcu, Fluttershy.

- ... Jednak jeszcze nie skończyłyśmy... – powiedziała cicho.

- Hę? – spytała z zaciekawieniem Rainbow, widząc, że Fluttershy się podnosi.

- Tym razem... musimy porozmawiać o tobie. – Fluttershy wytarła swoją twarz, ciągle się uśmiechając – O... twoim marzeniu wstąpienia do Wonderbolts.

- Och... – Rainbow Dash skrzywiła się, nie chcąc jeszcze poruszać tego tematu. Spojrzała na Fluttershy, która wciąż się do niej uśmiechała, następnie w niebo, po czym wbiła wzrok w ziemię. Zacisnęła zęby i zamknęła oczy, a następnie cicho powiedziała: - Nie... będę się-

- Chcę, żebyś spróbowała dostać się do Wonderbolts. – Fluttershy uśmiechała się radośnie.

- Hę? – Rainbow Dash mrugnęła zaskoczona – Ale... ale mówiłam ci wcześniej... że jeśli dołączę do Wonderbolts... będę musiała opuścić moich przyjaciół, kucyki o które się troszczę... – Rainbow czuła, jak kurczy się z każdym słowem – Będę musiała opuścić ciebie...

- Przemyślałam to wszystko dokładnie – powiedziała z uśmiechem, Fluttershy – I... na początku jest trwający rok, trening, tak? Więc... z tego, co wiem, nie wolno im trzymać cię przy sobie na zawsze. Według prawa, muszą dawać ci możliwość odpoczynku i przerwy od pracy. Masz chorobowe, urlop, weekendy, wakacje... i nawet, gdy już jesteś częścią głównego zespołu, to oni nie dają występów podczas zimy. I nie każdy członek drużyny lata podczas każdego występu. Każdy wolny czas, który dostaniesz będziesz mogła spędzić z nami.

Rainbow Dash zamrugała.

- Skąd... Skąd to wszystko wiesz? – powiedziała Rainbow, oszołomiona poziomem wiedzy Fluttershy, na temat Wonderbolts. Fluttershy tylko się roześmiała.

- Słuchałam twoich przemów o nich, od czasu gdy byłyśmy klaczkami, Rainbow Dash i zapamiętałam większość z tego, co o nich mówiłaś. Wybrałam z każdej twojej przemowy najważniejsze informacje i poskładałam je w całość. – Fluttershy skinęła powoli głową – Tylko dlatego, że nie będzie cię tu przez jakiś czas, nie oznacza, że musisz opuszczać swój dom, czy swoich przyjaciół. A na pewno nie opuszczasz mnie.

- ... Ja... Ja nie myślałam o tym w taki sposób... – powiedziała Rainbow, przetrawiając sobie teraz wszystko w głowie. W tym drugim Ponyville, to zostało jej zaprezentowane w samej czerni i bieli, zmuszając ją do zaakceptowania tych informacji jako całkowitej prawdy... lecz Fluttershy zmiksowała czerń i biel, tworząc z nich dwuznaczną, napawającą optymizmem szarość.

- ... Masz rację, Fluttershy... masz absolutną rację! – powiedziała Rainbow Dash, z entuzjastycznym uśmiechem na twarzy – TAK! – krzyknęła, wzbijając się w powietrze z wyciągniętymi kopytkami – Moje marzenie wciąż żyje! Zostanę jedną z Wonderbolts! – zapewniała się Rainbow.

- To cudownie, Dashie! – Fluttershy zaśmiała się wesoło, obserwując tęczowowłosego pegaza – Ja też chcę spełnić moje marzenie... i mam nadzieję, że ziści się jak najszybciej.

- Och? O czym marzysz, Fluttershy? – Rainbow podleciała do Fluttershy, wciąż się uśmiechając.

- Zdecydowałam... że chcę zostać matką – wyjaśniła Fluttershy.

Skrzydła Rainbow Dash zatrzymały się, powodując upadek błękitnego pegaza, tuż pod nogi Fluttershy.

- A-Ale... jak... ja... ja nie mogę dać ci dziecka? – krzyknęła Rainbow w panice. Fluttershy nie potrafiła powstrzymać śmiechu.

- Miałam na myśli, że chciałabym adoptować małą klaczkę, lub źrebaka – wyjaśniła Fluttershy bardziej przejrzyście.

- ... Och. – Rainbow Dash podniosła się, rozumiejąc teraz słowa swojej partnerki. – No nie wiem, Fluttershy... Ze źrebakiem jest DUŻO roboty... dużo więcej, niż z próbą dostania się do Wonderbolts... a dodatkowo jeśli ja jestem twoją dziewczyną, to wiesz... musiałabym pomóc ci się nim zajmować... – Rainbow potarła tył głowy w zamyśleniu – Nie wiem, czy jestem gotowa na tak dużą odpowiedzialność.

- W porządku, Dashie, nie poprosiłabym cię o nic, jeśli nie byłabym pewna, że sobie poradzisz – Fluttershy uśmiechała się radośnie.

- ... Ugh... naprawdę potrafisz zakręcić moim sercem. – Rainbow położyła kopytko na twarzy, po czym uśmiechnęła się – ale jeśli naprawdę tego chcesz... nie pozostaje mi nic innego, jak to zaakceptować... tylko yyy... rozważmy najpierw możliwe opcje.

- Opcje? – zamrugała Fluttershy, przekrzywiając lekko głowę.

- Wiesz... ach... mogłybyśmy... – Rainbow Dash myślała, jak ma przekazać swoje słowa - ...Więc chciałam powiedzieć, że mogłybyśmy zapytać Twilight o... no wiesz... zaklęcia ciążowe pomiędzy dwoma klaczami... ale myślę, że przez jakiś czas wolałabym unikać zaklęć Twilight – skrzywiła się Rainbow.

Fluttershy nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

- W porządku. Czy to od ciebie, czy od kogoś innego, jedyne co wiem, to... że chcę dać jakiejś małej klaczce, czy źrebakowi cudowne dzieciństwo – jakiego ja nigdy nie zaznałam. – Fluttershy przytuliła się do Rainbow Dash.

... Wiem – zachichotała delikatnie, Rainbow, obejmując swoją dziewczynę. – Hej, robi się dość późno, chyba powinnyśmy wracać do Ponyville – powiedziała Rainbow, czując chłodną bryzę, rozwiewającą jej grzywę.

- W porządku, ruszajmy – odpowiedziała z uśmiechem, Fluttershy.

Wkrótce obydwie odleciały z malowniczego wzgórza, wracając do rodzinnego Ponyville.
Silent+Ponyville+2+-++Pielęgniarka+i+Ojciec+PL


-Koniec-

Autor: Jake-Heritagu


Tłumaczenie: Deveel
Silent+Ponyville+2+-+Bestiariusz+PL